anna_no14
18.11.08, 15:30
Odkąd pamiętam zawsze było coś nie tak. W poprzednim roku miałam
problemy przedstawione w poście:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=43390&w=66022297&a=66022297
Zdecydowaliśmy się razem na terapię małżeńską. Chodziliśmy na nią
rok z kilkoma przerwami. Nie wiem czy dała nam ona coś.
Przychodziliśmy na spotkania, omawialiśmy bieżące kłótnie, a że nie
mieliśmy dowodów rzeczowych kto i co powiedział, więc był problem
kto ma rację. Nauczyliśmy się modelu pełnej ekspresji, który w
obliczu jakieś stresowej sytuacji niewiele dawał, bo i tak wracały
zakorzenione dawne utarte schematy walki, juz nawet nie kłótni. Ja
miałam problem taki, że nie od razu mówiłam o tym co mi się nie
podoba, pozwalałam, żeby dochodziły nowe sprawy, aż nie dawałam rady
i z pełną ekspresją dawałam upust nagromadzonej złości nie bacząc na
dzieci. Wyzwiska, płacz i lament. Świadoma szkodliwości takich
zachwań chciałabym coś zrobić. Mój mąż jest typem lekkoducha. Jak
już uda mi się wcisnąć mu dzieci to nie patrzy na ich rozkład dnia,
robi swoje a dzieci pozostawione swojej woli robią co tylko im się
podoba. Nie potrafi włączyć zmywarki, pralki, nie wie że brudne
naczynia same sie zmywają itd. Ale to już nawet nie chodzi o
obowiązki domowe tylko tak naprawdę o rozmowę, o zrozumienie
cudzych, często innych potrzeb. Wczoraj np. Przez cały dzień chodził
wkurzony o czym wproet mówił. Zadawałm mu pytanie czy może chodzi o
mnie. Odpowiadał, że nie. Wieczorkiem mi zależało na tym żebyśmy coś
porobili wspólnie, cokolwiek byle razem. Brakuje mi go na codzień,
chciałabym żeby łączyła nas większa bliskość. Póściłam kilka
filmików jak dzieci były małe, on w tym czasie w coś grał, potem
załatwiał jakieś firmowe sprawy. Potem stwierdził, że idzie do
wanny. OK. A że dzieciaczki poszły za nim, to ja chyc do kompa i na
Skype. Był tam mój szwagier, a że dawno nie gadałam z siostrą (kilka
dobrych miesięcy) to go zaczepiłam, potem przyszła ona i tak na
pogaduchach zeszło mi 2 godzinki. Długo, ale zwarzywszy na to, że od
miesiąca nie mam z nikim kontaktu (jestem na wypowiedzeniu i siedze
w domku, który razem wybudowaliśmy i jest na kredyt, do którego
ledwo co się przeprowadziliśmy) a z moja siostra kiedyś miałam
bardzo dobry, ale ona wyjechała do Angli i tak jakoś powolutku się
to wszystko rozmija. Czuję się trochę samotna. Nie mam z kim
pogadać. Żadko kiedy mam okazję, jestem typem domatora. No więc
skończyłam rozmawiać, mąż wyszedł z wanny i poszedł spać, bo troche
podziębiony i chory (ale nie przeszkadzało mu to w wyjściu na salę w
niedzielę i w sobotę na imprezkę), weszły tam dzieci, którymi już
dalej ja się zajmowałam. Gdy dzieciaczki wysłałam spać, sama też się
położyłam. A tu mąż wyskoczył z amorami. Mi się nie chciało, nie
byłam nastrojona. On sie obraził. Powiedział, że nie było mnie przez
dwie godziny dla rodziny, odpoczęłam sobie i się zrelaksowałam, i
teraz nie powinnam go odrzucać. Wyszedł naburmuszony. Wrócił po
godzinie, zapalił światło i czytał. Prosiłam go o wyłączenie
światła, na co on dlaczego moje potrzeby mają być ważniejsze?
Próbował jeszcze mówić mi, że wszystko to moja wina, że zawsze mówię
mu nie (wczoraj nie mówiałam). Po kilku prośbach o zgaszenie światła
wkurzyłam się, chciałam zabrac kołdrę i wyjść. Niestety on jest
silniejszy i mi się nie udało. Rzuciłam się na niego z pięściami. I
wyszłam do innego pokoju spać. Zamknęłam drzwi na klucz, żeby mnie
już nie gnębił. Mamy różne temperamenty seksualne. Mi wystarczy 2,3
x w tygodniu, on potrzebuje codziennie. U mnie dodatkowo brak ochoty
wynika z braku czułości, bliskości, braku innych zajęć
pozaseksulanych. Żyjemy obok siebie. Ja próbuję rozmawiać, wypytuję
jak minął dzień. On niestety udziala mi zdawkowych informacji. O
wszystkim dowiaduje się na spotkaniach towarzyskich, jak opowiada
innym. Dziś cały dzień się do mnie nie odzywa. Chciałabym, żeby tym
razem on przyszedł pełny skruchy, ale pewnie nie wytrzymam i to ja
wykonam pierwszy krok, choć dziś już taki wykonałam. Rano złapałam
go w locie i się do niego przytuliłam, a potem zaczęłam rozmowę.
Niestety nic z niej nie wyniknęło. Kolejna kłótnia, i kolejne
tabletki uspokajające. Ciągle coś jest nie tak. Staram się ze
wszystkich sił. Czytam książki jak konstruktywnie rozmawiać. Nawet w
sypialni, mimo jego zdania, że jestem oziębła, czasami się postaram
i zrobię coś, co mu się podoba i o tym mówi. Ale jak następnego dnia
odmówię seksu, to znowu awantura gotowa. Często też jest tak, że
gdyby poświęcił mi trochę czasu, dał czułość to ja bardzo chetnie
bym przystała na jego pomysły. Tylko on tak od razu przechodzi do
rzeczy gdy ja nie jestem gotowa. A na moje sugestie
odpowiada: ”Dlaczego ma byc tak ja chcę?”. Męczy mnie to strasznie.
Nie wiem co robić. Chciałabym, żeby było dobrze. On sugeruje,
żebyśmy oboje skupili się wyłącznie na drugiej osobie. Tylko ja już
tego nie chcę. Powoli budzi się moja świadomość, że ja też mam prawo
do śmiechu, do własnego realizowania się. Tylko przez te wszystkie
lata zatraciłam siebie. Żyłam tylko dla niego, dla domu, dla pracy.
Zupełnie zapomniałam o sobie. Przestałam panować nad emocjami.
Zżerały mnie ciągłe biegunki. Niestandardowe czynności zaczęły mnie
przerażać. Starciłam wiarę w siebie. Czułam się jak Kopciuszek. On
mógł robić wszystko, spotykać się ze znajomymi, chodzic na imprezy,
mimo że dla mnie potem już czasu nie starczało. A ja wymęczona na
maxa wieczorami myślałam tylko o tym, żeby przyłożyć głowę do
poduszki. Nie miałam swojej odskoczni, żadnych przyjemności, tylko
obowiązki. Nawet przyjemność w sypialni zaczęła jawić się jako
przykry obowiązek i czynność, która miała zapewnić chwilę spokoju,
aż do następnego razu. Zaczęłam nawet chodzić na terapie w celu
zwiększenia samooceny, niestety w wyniku natłoku innych obowiązków
przerwałam ją. Dałam też wypowiedzenie w pracy, znalazła nową bliżej
i teraz zbieram dla niej siły. Nie wiem jak żyć. Chciałabym być
szczęśliwa, zrealizowana zawodowo. Chciałabym również, żeby mąż i
dzieci byli szczęśliwi. Chciałabym więcej szasu spędzać na wspólnej
zabawie. Prawie niemożliwe jest, żeby męża gdzieś wyciągnąć. Jak żyć.