magdalenka77
25.11.08, 13:05
Teoretycznie wiem, że miłości nie trzeba dzielić, kocham moje dzieci
(chłopiec 3,5 roku, dziewczynka 1,5 roku) nad życie, ale mam
wrażenie, że dla nich ilość czasu poświęconego jest miarą miłości
jaką ich darzę.
Synkowi, gdy jeszcze był jedynakiem, mogliśmy poświęcić z mężem
niemal cały czas, odsuwając na późny wieczór obowiązki domowe, czy
własne sprawy.
Odkąd urodziła się córeczka, jestem strzępkiem nerwów: ona mnie
potrzebuje, jest jeszcze maleńka, ma silny AZS (ciągle się drapie,
trzeba bardzo uważać na dietę, osobno gotować, dużo przytulać i
zajmować się nią, bo jak się denerwuje, to się drapie i zaognia
sobie chorobę). Ale synek tez jeszcze jest mały i bardzo potrzebuje,
żeby mu poświęcić dużo czasu. Od niedawna chodzi do fajnego
przedszkola.
Pracuję zawodowo na pełen etat, ale u nas w pracy nie bardzo jest
inna mozliwość (czyli albo etat, albo nic, a ja mam dośc wąską
specjalizację i nie ma dużo stanowisk tego typu na rynku). Moja
praca jest cudowna, ludzie super, tam odpoczywam, pieniądze
przyzwoite i ciężko byłoby mi zrezygnować.
Jakoś nie wiem, jak napisać, żeby wyrazić dokładnie to co czuję.
Cała się wewnętrznie gotuję, jak wiem, że każde z nich potrzebuje,
żeby poświącić mu czas, a ja nie mam aż tyle czasu :-(
Pracuję, gotuję, sprzątam (trzeba na bieżąco np jak synek zje, to od
razu trzeba posprzątać resztki i to co niechcący narozrzucał, żeby
córeczka-alergiczka nie dopadła czegoś zakazanego), usypiam (kąpie
mąż), sama jestem permanentnie niedospana.
Staram się bawić z dwójką naraz, ale to ich często nie
satysfakcjonuje, bo brakuje im tego czasu sam na sam z mamą. W nocy
śpią niespokojnie, budzą się wielokrotnie, płaczą. Ta świadomość, że
mimo tylu starań i poświęceń moje dzieci nie są do końca szczęśliwe,
mnie powoli zabija. O byle co się denerwuję, wrzeszczę, nawet na
dzieci, wszystko widzę w czarnych barwach. Nie potrafię się cieszyć
życiem.
Staramy się wychowywać konsekwentnie, z szacunkiem dla dzieci,
żywimy zdrowo, i po prostu je kochamy, ale na to wszystko jest za
malo czasu! Na własne przyjemności już go w ogóle nie starcza, ale
to jeszcze jakos mogłabym odżałować, gdybym tylko wiedziała, że moje
dzieci są szczęśliwe.
Czasem mi się wydaje, że skrzywdziliśmy dzieci tą małą różnicą
wieku. Wszyscy wkoło mówią, jak to się za jakiś czas będą wspólnie
bawić, ale teraz, kiedy tego potrzebują, nie dostają od
mamy/rodziców tyle miłości (=czasu) ile potrzebują.
A co do męża... jest porządnym człowiekiem (też pracuje, jeździ z
dziećmi do lekarzy, karmi, jak trzeba, bawi się z nimi, sprząta
wieczorem kuchnię. wstaje do dzieci w nocy itp), ale dla siebie w
ogóle prawie nie mamy czasu, wieczorami jesteśmy padnięci, co
oczywiście nie sprzyja pielęgnowaniu naszego związku. Krótko mówiąc -
jest coraz gorzej :-(
Chciałabym móc odkupić od kogoś trochę czasu...
Czy kiedyś będzie lepiej? Jak pomóc moim dzieciom? Analizowałam
wszystko setki razy, ale nic nowego nie wymyśliłam. Podpowiedzcie
proszę. Pani Agnieszko?