gatsien
25.11.08, 16:25
Jestem osobą, która zawsze wyznawała ściśle określone zasady w temacie
kontaktów damsko męskich, która miała konkretne cele i potrzeby odnośnie życia
rodzinnego. Nigdy nie zadałabym się z żonatym facetem ani nie chciała być z
kimś, kto ma dziecko, ponieważ dla mnie najważniejszym celem zawsze było
stworzenie silnej, stabilnej i ciepłej rodziny w tradycyjnym tego słowa
znaczeniu. To nie tylko jakaś moja zachcianka, ale też głęboko zakotwiczona
potrzeba, której realizacja jest dla mnie czynnikiem koniecznym do bycia
szczęśliwą.
Jego poznałam przez internet. Zwyczajny facet, bardzo sensowny i
odpowiedzialny, zachwycony moim podejściem do życia, szczerością itp. Na
pierwszym spotkaniu pytałam czy jest żonaty, bo mam świadomość, że różni
mężczyźni szukają w internecie "rozrywki". Powiedział, że nie. Spotkaliśmy się
kilka razy (200 km między naszymi miastami), potem wyjechaliśmy razem na długi
weekend. Wróciłam zakochana. Przyjechał do mnie jeszcze tego samego dnia,
którego się rozjechaliśmy do swoich miast. Powalił mnie informacją, że się we
mnie zakochał i że ma żonę (rozwodzi się) i małe dziecko. Przegoniłam go, bo
znam siebie i wiem, że to dla mnie zbytnie obciążenie emocjonalne. Błagał o
szansę, bo idealnie do siebie pasujemy itp. Byłam twarda, mimo, że czułam, że
to taki facet na zawsze. Po miesiącu okazało się, że jestem w ciąży. On był
zachwycony, bo to "zrządzenie Boskie", bo los chciał, żebyśmy byli razem.
Jesteśmy razem. Mamy prawie 5-miesięcznego synka. Bez przesady mogę
powiedzieć, że to było zrządzenie losu i że bardzo się kochamy. Stanowimy
dobraną parę.
Niestety żona (sprawa rozwodowa w toku) i dziecko nie zniknęli, a ja nie umiem
sobie poradzić ze świadomością ich istnienia. Mam wrażenie, że moja rodzina
nie do końca jest moja. W dodatku żona przypomina o swoim istnieniu kilka razy
w tygodniu. A jego małego dziecka nie jestem w stanie oglądać, tak mnie boli
wręcz. Jak widzę jak go łapie za rękę to mi serce pęka. W dodatku mam
wrażenie, że kocha go bardziej niż naszego (powiedział kiedyś, że dla faceta
dziecko istnieje dopiero jak można z nim pograć w piłkę). Na domiar złego
bałam się o swojego synka, bo tamten był dla niego agresywny i poprosiłam,
żeby spotykał się z nim po za naszym domem.
Uwikłałam się w coś z czym sobie nie radzę i żyje wbrew sobie i swoim zasadom
i nie wiem jak z tego wybrnąć. Zastanawiałam się czy odejść, ale widzę jak
nasz synek jest wpatrzony w tatę i nie mam sumienia mu tego zrobić. A jeśli
zostanę, to już chyba zawsze będę nieszczęśliwa, bo nie umiem się pogodzić z
obecnością obcych dla mnie ludzi w moim życiu.
Ja wiem, że najlepiej wziąć się w garść, ale nie umiem tak po prostu się
pogodzić z tym wszystkim i zapomnieć o swoich przekonaniach czy wyobrażeniach
o "prawdziwej rodzinie". Nigdy nie kazałabym mu odciąć się od dziecka, bo sama
mam własne i wiem, że to nieludzkie by było. Ale wiem też, że to jedyny jak
dla mnie sposób uwolnienia się od jego przeszłości, z którą sobie nie radzę.
Obawiam się, że bez psychologa się nie obejdzie, ale liczę na rady osób, które
znalazły się w podobnej sytuacji i poradziły sobie z nią.