locusipsum
09.12.08, 07:09
Wybaczcie, że zawracam głowę - ostatnio otrzymałam tu wiele cennych rad, więc
pozwalam sobie raz jeszcze poprosić o radę.
Jestem jedynaczką, pochodzę z bogatej, na zewnątrz udającej porządną rodziny,
którą wspominam jako koszmar - od kiedy pamiętam, moja mama wyzywała mnie,
biła, upokarzała, kontrolowała we wszystkim (nie wolno mi się było nawet
zamykać w łazience - dla pewności ucięła klamkę, żebym musiała zostawiać drzwi
stale otwarte). Szkoła parę razy wzywała policję, jak przychodziłam
zakrwawiona, ja też ją wezwałam, chyba raz, jak rzuciła sie na mnie z
nożyczkami, ale tak naprawdę nikt mi nie pomógł. Szybko wyniosłam się z domu i
jakoś udało mi się stanąć na nogi - skończyłam studia, osiągnęłam pewną
stabilizację zawodową, niestety w niezbyt rynkowej specjalności... Po śmierci
ojca, zahukanego, biernego człowieka mamie zupełnie odbiło. Wynajęła
detektywa, żeby mnie śledził, zaczęła prześladować rodzinę mojego wtedy
chłopaka, a teraz męża, wydzwaniała do mojej promotorki i mojego szefa, że
jestem w sekcie (jestem niewierząca, ale błoto sie zawsze przyczepi). W
efekcie mało nie wyleciałam ze studiów, straciłam pracę. Znowu udało mi sie
jakoś stanąć na nogi. Spadku po ojcu (połowy domu, pokaźnej sumy na koncie)
się zrzekłam - teraz wiem, ze niepotrzebnie, ale wtedy nie chciałam mieć z
matką nic wspólnego, a ona chciała o ten spadek walczyć w sądzie (mimo, że to
ja opiekowałam sie ojcem przez ostatnie lata ciężkiej choroby).
Dziś mam 31 lat, kochaną rodzinę i staram się postępować tak, żeby w
przyszłości nie mieli do mnie żalu. Kilka lat temu zrobiłam ogromny błąd i
przeprowadziłam się z rodziną z powrotem do mojej mamy. Było mi jej żal -
twierdziła, że ma raka i potrzebuje opieki (potem okazało się, że kłamała),
zachowywała się normalnie, pojednawczo. Poza tym... Chyba chciałam dać swojej
rodzinie coś, czego za nauczycielską pensję dać jej nie mogę, wyższy standard
życia, ogródek, wymarzonego kota i psa zamiast tułania się po wynajętych,
śmierdzących norach, lepsze warunki rozwoju dla dziecka wyciągniętego z
niepełnosprawności.
Od paru miesięcy mamie znowu odbija - wrzeszczy, rzuca mięsem, wymyśla
niestworzone historie ze mną w roli głównej, wydzwania do moich znajomych i
opowiada im o mnie dziwne rzeczy, twierdzi, ze chcę ją wykończyć. Niestety
jest dość wiarygodna - nikt "z zewnątrz" nie sprawdzi, czy nie jestem w sekcie
i czy nie jestem narkomanką, a autorytet ordynatora oddziału w dużym szpitalu
robi swoje.
Oczywiście się wyprowadzamy, bo muszę chronić rodzinę. I oczywiście mama mnie
wydziedzicza. Chciałabym naprawić ten błąd, którym było zrzeczenie się kilka
lat temu swojej części spadku po ojcu, zapewnić moim dzieciom jakąś lepszą
przyszłość. Czy takie wydziedziczenie jest ważne (zaznaczam, ze ja jej w
niczym nie uchybiłam, chociaż ona oczywiście wygaduje na mnie niestworzone
historie)? Czy mogę sie jakoś zabezpieczyć?
Smutno mi... Może nie powinnam tyle chcieć od życia, ale to nie dla mnie :-(