aga_ta_78
23.12.08, 15:26
Zadzwoniła moja matka z życzeniami. Rozmowę zakonczyła
stwierdzeniem, że w tym roku powinniśmy (ja, mąż i syn) byc u nich
na święta, ale poniewaz zdecydowałam inaczej beda musieli poczekac
do przyszłego roku... Na świeta jeżdzimy na zmianę - raz do jednych
raz do drugich rodziców. Tak było od ślubu - czyli od 3 lat. W
tamtym roku na Boże Narodzenie mialam termin porodu i nigdzie sie
nie wybieraliśmy (jedni i drudzy mieszkaja 120 km od nas). Wtedy
przypadala "kolej" moich rodziców.
Dzien przed swietami, dokładnie jak dzisiaj, zadzwoniła moja mama z
zyczeniami i pytaniem czy już wszystko sobie przygotowałam na
święta. Tego samego dnia rodzice męza zrobili nam niespodziankę i
przyjechali do nas na moment, zeby połamac sie opłatkiem, przy
okazji przywieżli nam potrawy wigilijne. Nie chcieli sie wcinac, ale
wiem, że chcieli z nami spędzić świeta. Ja uparcie wierzyłam, ze moi
rodzice przyjada do nas. Nie zostawią nas samych. Babcia, która na
codzien opiekuja się w domu była w szpitalu, a brat pojechał do zony
(tez była w ciązy) do szpitala. Ale oni woleli spedzic wigilie sami.
Dokładnie 1 stcznia, prawie 2 tygodnie po terminie urodziło sie moje
pierwsze dziecko. Moi rodzice przez 2 miesiące nie mieli "czasu"
zobaczyć go na żywo. Nie mieli czasu, bo babcia wymaga opieki, "a
przeciez na smietnik jej nie wystawią". Mama zasugerowała, ze musimy
sami sie do nich wybrac, zeby wreszcie zobaczyli swojego pierwszego
wnuka. Nie wpadli na to, że mozna poprosić ciotkę, syna, kogokolwiek
z rodziny i przyjechac na pare godzin... Tak jak robią gdy jada na
wszystkich świętych, pogrzeb. W koncu zrobiłam im taką awanture, że
natychmiast czas znależli.
Od samego poczatku (jeszcze w szpitalu) była przy mnie moja
tesciowa. Jest mi strasznie bliska, chociaz tez bywalo róznie miedzy
nami - obrazłyśmy sie na siebie, jak to baby. To jej moge wszystko
powiedziec, razem plotkujemy, chodzimy na zakupowe szaleństwa. Wiem,
że zawsze mi pomoże. A takiej pewności juz nie mam w stosunku do
moich rodziców.
Oni dla mnie nigdy czasu nie mają. Za to dla mojego brata a jakże. Z
bratowa to moj ojciec wszedzie jeździł po 200 km, do specjalistów,
szpitali. A do mnie maja za daleko, zeby na wigilie przyjechac, albo
dziecko zobaczyc... Do dziecka mojego brata po porodzie pojechali
nastepnego dnia, ojciec przy stole bedac w odwiedzinach u mojego
syna powiedzial, ze teraz to juz moze umierac, bo "ma następce"
czyli wreszcie po 7 latach urodziło sie dzicko u mojego brata, o
moim synu do niedawna przy kazdej rozmowie telefonicznej
wysłuchiwałam, ze mam wyjątkowe grube dziecko.
W odpowiedzi na olewcze zachowanie moich rodziców, przestałam do
nich jezdzić. W tym roku nie byłam ani razu. Wiec zarzucaja mi, ze
ja wole tamta rodzine, swieta z nimi, chociaz teraz jest niby
ich "kolej”, bo w tamtym roku wigilia przepadła...