wagulek
04.01.09, 10:29
Nie wiem co mam robić, jestem załamana, rozczarowana sobą jako
matka, swoim macierzyństwem i ogólnie teraźniejszością. Przecież
zycie matki małych dzieci, w najpiękniejszym okresie ich zycia nie
powinno polegać na tym, żeby przetrwać z zaciśniętymi zębami ten
okres i przeczekać, aż będą starsze i łatwiejsze w obsłudze i troche
się ode mnie „odczepią i dadzą żyć”. Przecież to nie powinno być
tak. Przecież to wlaśnie jest życie, i nazywa się szczęściem w
dodatku, to co jest ze mną nie tak, że dla mnie to trudna sytuacja,
której mam serdecznie dość. Jestem mamą dwóch chłopców, którzy mają
prawie 5 i prawie 2 latka. Jak urodziłam pierwszego synka już
wiedziałam, ze cos ze mną jest nie tak, ze nie będę taka mama jak
obserwuję czasami u koleżanek, poświęcającą się bez mrugnięcia okiem
i bez marudzenia, ze dziecko jest nr 1 i ja się nie liczę, nie
narzekającą na to, ze ciężko, ze nie można wyjść z domu kiedy się
chce i normalnie zyć. Od początku czulam frustrację z powodu tego,
ze dziecko płacze, nie spi w nocy, wisi na mnie, łazi mi za d…
czasami calymi dniami, ze ciągle cos chce, i ze ciągle musze być na
każde zawolanie. Denerwuje mnie płacz dzieci, marudzenie o
niewiadomo co itd. Ale podobno po pierwszym dziecku i tak w opinii
rodziny i znajomych byłam wyciszona, spokojniejsza i zadowolona z
życia, w mojej opinii bylam sfrustrowana, darłam się na malego
czasami o byle co i miałam go nie raz dośc. Uwielbiam moje dzieci,
staram się być dobrą mama, ale nie wychodzi mi to najlepiej.Czuje
się jak w jakiejs szkole przetrwania z ktorej mam ochote coraz
częsciej uciekać. Drugi maluch okazal się jeszcze większym
diabełkiem niż pierwszy, pierwszy przy nim to jednak anioł, a nie
dawal nam spac przez 2,5 roku, odstawiał wszystkie możliwe bunty
itd. Teraz to dopiero mam wesoło.Starszy egoista, zachowuje się tak,
jakby najchętniej chciał pozbyc się malego.mały jest słodziachem
cudnym, ale jednoczesnie broi za trzech, wszędzie go pełno, na
sekunde nie można go spuścic z oka, mam wrazenie ze babcie oddychają
z ulga jak już wyjeżdżamy, bo każdy jest nim zmęczony.
Jestem zawiedziona sobą jako matką-pracuję (i dobrze, bo chyba praca
ratuje mi życie obecnie i nie daje zwariować) wychodze czasami ze
znajomymi, oczywiście z męzem osobno bo nie mamy z kim zostawiać
dzieci, robie teraz kurs prawa jazdy, czasami wyjeżdżam w delegację
(żadko, ale jednak)tak, ze moje zycie, to nie tylko dom i dzieci,
ale jednak cos jest nie tak. Nie radze sobie z emocjami, dzieci mnie
męcza, denerwują, w domu jest ciągle pisk, krzyk, walka o zabawki,
nie da się odpocząć, odetchnąc, bo ciągle któryś coś chce , wszędzie
ich pełno, głośno-jeden wielki chaos. Radze sobie z nimi owszem, ale
mam zbyt duzo momentow ze jestem nieszczęsliwa, ze czekam tylko jak
podrośnie mały, zeby już się zająl spokojniej czyms, nie
przeszkadzal starszemu w zabawie, bo to tylko wieczne krzyki.Marze o
tym, żeby bacie zabieraly ich czasami na weekend, żeby można było
pospać, wyjśc gdzieś z mężem razem, rozwala nam się małżeństwo przez
brak czasu dla siebie, przez to, ze wychodzimy osobno, kazde z nas
ma swoje towarzystwo , swoje sprawy, prace, znajomych ,coraz mniej
nas łączy, więcej dzieli, dzieci stoją między nami, nie dają
porozmawiać,pobyć razem, robimy poza domem wszytsko osobno, bo razem
z dziecmi się jeszcze nie da. Ale o ile babcie były cudowne jak
mielismy jedno dziecko, to odwrocilo się wszystko o 180 stopni, jak
urodzil się mały. Teraz, kiedy potrzebujemy tym bardziej ich pomocy,
to one są zmeczone, maja swoje sprawy i boja się zwyczajnie zając
dwojka, zwłaszcza ze maly jest naprawde męczący i widze ze może i by
chcialy czasami , ale się boją. Znowu oddac każdego do innej babci w
tym samy czasie to też niezły wyczyn i żadko się zdarza, zbyt żadko.
Nie wiem co mam robić, nie tak powinno wyglądac moje, męza i ich
zycie, ze mama jest ciągle zła, zmęczona, ma ich dośc i najchętniej
ucieklaby z domu na koniec świata. Tęsknie za nimi jak ich nie widze
trochę dłużej niż zwykle, ale nie wracam chętnie do domu, uciekam w
pracę, przyznaje, co też powoduje problemy z męzem i
nieporozumienia. Mąż mi zarzuca, ze angazuje sie za bardzo w prace,z
e jest dla mnie wazniejsza, ze w pracy jestem szczęsliwa,
usmiechnięta, w domu nieszczęsliwa-mamy problemy przez to. Dzieci
mnie drażnią , złoszcza, za duzo ich wszędzie , płaczę przez nich,
krzycze na nich, jestem okropna;-( Jest mi strasznie, strasznie źle,
mam wyrzuty sumienia, ze nie lubie się z nimi bawić, ze oczekuje ze
mi dadza święty spokoj, ze nie będą nic chcialy, żebym tylko nic nie
musiała. Najgorsze jest to, ze myśle coraz częściej o tym, ze
popelnilam straszny błąd mając drugie dzicko tak wczesnie a nawet
mając je w ogole. Wiem, ze to straszne co piszę, ale uświadomiłam to
sobie i chyba pora się samej sobie do tego przyznać, ze tak wlasnie
myślę. Uwielbiam malego łobuza, już sobie nie wyobrażam bez niego
zycia, ale niestety,czesto myslę o tym, jakby to było fajnie i
spokojnie mieć już odchowanego 5 latka, z ktorym można wszedzie
pojśc, dogadac się, nie biegac za nim w kolko, pojechac na wakacje
bez wożenia polowy domu ze sobą, bez krzykow , piskow i chaosu w
domu-po prostu mieć spokój. Jestem cholerną egoistka, wiem ,mogłam
pomyśleć wczesniej, wiem-ze drugie dziecko nie było już tak
upragnione i raczej z wyrachowania-ze przeciez chcemy mieć dwoje
dzieci, wiec robmy szybciej i miejmy to z głowy (w sensie pieluchy,
nieprzespane noce itd.).A to chyba nie powinno być tak, chyba
powinno się mieć kolejne dzicko wlasnie dlatego, ze się tego
pragnie, a dla mnie druga ciąza była koszmarem, miałam jakas
depreche, ze już nic mnie w zyciu nie czeka, tylko dzieci i dzieci,
czulam się uwiązana jak pies do budy z wielkim pragnieniem urwania
się z tego łańcucha. Teraz też się tak czuję. Może ja w ogóle nie
powinnam mieć dwojki dzieci-tez myśle tak bardzo często. Boże, jaka
ja jestem sobą rozczarowana, jak ja chcę być lepsza mama dla moich
dzieci, zajmowac się nimi z radością, z chęcią, nie z obowiązku.
Jaka ja czuję się uwiązana,ograniczana, nieszczęsliwa, czuje się jak
zakładniczka. Nie wiem co robić, jak się zmienić, nie tak powinno
wyglądac moje zycie, bo przeciez jak matka jest nieszczęśliwa, to
jak mogą być szczęsliwe dzieci?Szkoda, ze nie wiedzialam wczesniej
ze tak to będzie wyglądalo, bo widze teraz, ze jednak nie nie dla
wszystkich to podwojne szczęscie, jest jednak szczęściem. Myslalam,
ze zostając matką kobieta zmienia sie na tyle,z e dopasuje sie do
tej trudnej sytuacji, ze ja to uszczęsliwia, tylko czmu jak sie
zmienilam, owszem, ale nie w tym kierunku? ze mnie to nie
uszczęsliwia? ze gdyby nie praca i gdybym musiala byc z dziecmi w
domu bylabym bardzo, ale to bardzo nieszczęsliwa? ze patrzenie na
rozwoj moich dzieci nie ejst dla mnie wystarczającym szczęsciem i
czegos wiecej mi w zyciu trzeba? ze ja tez jestem ważna?Nie wiem co
robic, bylam juz u psychologa, łykam ziolowe uspokajacze, zeby sie
wyciszyc, ale i tak nie poprawia i to nastroju,w domu sa napięcia,
ja wiecznie zmeczona, zla i nieszczęsliwa, czekac az maly podrosnie
i wtedy bedzie lepiej? ta mysl tez trzyma mnie przy zyciu, ale
przeciez on wlasnie teraz jest slodki i kochany, a przy okazji męczy
wszystkich wokół na maxa.nie wiem co mam ze soba zrobić, jak sobie
pomoc, jak sie zmienić, doradźcie coś.z góry dziekuję.aga