agnieszka_7828
09.01.09, 16:06
Mam 30 lat, narzeczonego i roczną córeczkę. Mam problem z moją mamą i naprawdę nie mam już sił. To wszystko jest takie straszne, że naprawdę nie wiem jak z tego wybrnąć… Mama jest chora na epilepsję. Zawsze uważała, że z tego powodu należy jej się specjalne traktowanie. Jest na rencie, więc uważa, że ona nic nie musi, bo nie ma pieniędzy.
We wtorek eksmitowali ją z mieszkania. Mój ojciec się z nią rozwiódł pół roku temu, nie będą razem mieszkać. Powodem eksmisji było nie płacenie za mieszkanie czynszu. Wiele lat, dług jest ogromny. Mnie też nim obciążono, mimo, że w czasie jego powstawania byłam na studiach. Nie przyszło mi do głowy wglądać w opłaty rodziców. Komornik zajął mamie część renty, teraz ma 400zł. Większość z tego wydaje na papierosy, nie ma zamiaru przestać palić, woli nawet nie jeść. Nawet ja jej płacę za prąd, bo ona czuje się zwolniona z jakichkolwiek opłat. Ja nie pracuję, utrzymuję się z niewielkiego stypendium doktoranckiego. Żyję z dwóch miastach i tak wożę dziecko – w jednym jest jej ojciec, w drugim – doktorat. Radzę sobie z trudem. Mimo to daję mamie co miesiąc około 200 zł na życie, płacę za prąd, na czynsz 500zł nie było mnie już stać…
Nie mam już sił. Eksmisja była przymusowa i straszna. Moja mama nie rozumie, że trzeba za wszystko płacić. Uważa, że stała jej się krzywda, bo trzeba było ściągnąć dług z ojca a ją zostawić w mieszkaniu. Oczywiście by za nie płaciła, bo ona nie ma pieniędzy!
W lokalu socjalnym, który jej przydzielono jest tylko zimna woda, brak ubikacji, łazienki, są piece (ona nie będzie palić! Niech jej wszyscy dadzą spokój), jest zimno. Ona bardzo marznie, grzejniki elektryczne niewiele dają. Kupiłam 40kg węgla, na więcej nie mam pieniędzy, starczy to na niewiele. Pisałam do MOPS podanie o pomoc, ale nawet nie wiem, czy ona ją przyjmie, bo się obraziła na nich, że jej nie pomogli zostać w mieszkaniu. Miesza instytucje, żyje jakby była kompletnie oderwana od rzeczywistości! Tłumaczę ile mogę, ale to niewiele daje. Jestem załamana.
Ja próbuję jej rozpakować rzeczy, ona nic nie robi. Wszystko jest zwalone na kupę, nawet nie mam jak powiesić szafek kuchennych, sama nie dam rady, nie mówiąc o tym, że nie umiem wiercić w ścianie… Kurczę, nie wiem co robić. Mieszka chwilowo u ojca mojego dziecka ale ile można. Ja muszę wracać do pracy, nawet nie wiem jak ją w tym mieszkaniu zostawić. Ona grozi, że sobie coś zrobi, boję się, bo wiem, że może próbować, nie raz to przerabiałam.
Nie wiem, może jak ktoś z Was to przeczyta, spojrzy na to wszystko z zewnątrz. Może to jakoś skomentuje. Jestem zrozpaczona, nie widzę żadnej jasnej przyszłości tego wszystkiego.