burum
27.02.09, 17:27
Mam problem z ojcem. Właściwie mam go ja i moja matka. Problem narasta od lat,
jestem w problem uwikłana, bo z nimi mieszkam i niestety muszę się z nim
spotykać. Nigdy nie miałam jakichś głębszych więzi z ojcem czy relacji, jednak
zdarzało mi się z nim rozmawiać o bzdetach czy innych nieważnych rzeczach jak
również zdarzało mi się z nim sprzeczać. Tak było mniej więcej do czasu
pierwszej czy drugiej klasy liceum. Potem kontakt z moim ojcem się urwał a
raczej się zaognił, wystąpił konflikt. Zaczęłam sobie uświadamiać, że sposób w
jaki traktuje swoją rodzinę nie jest normalny, zaczęła się przeciwstawiać i na
przykład wtrącać się gdy kłócił się z matką. Przejrzałam w końcu na oczy. Mama
zawsze usiłowała sprawić bym miała jako taki dom i jako takie dzieciństwo,
wiec trwała w tym strasznym związku. Poniekąd jakoś to się jej udawało. Niestety.
Wcześniej pryzmowałam ten stan rzeczy jaki był za normalny i powszechny. Przez
ten stan rzeczy rozumiem to, że on często (prawie zawsze) wracał do domu późno
i pijany bądź podpity, że miał wtedy wieczne pretensje o to, że obiad jaki
jest mu nie odpowiada, że nie interesował się tym co robię i tym co można
byłoby zrobić w domu, że wiecznie umierał (tj. wracał i mówił że długo nie
pociągnie, że źle się czuje, że my nawet sobie tego nie wyobrażamy), że zawsze
miał pretensje jak matka kupowała coś do domu, często zdarzało się po kłótni,
że przestawał się odzywać do matki i z czasem do mnie, mówił że odejdzie etc.
Kiedy mama parę lat temu straciła pracę szantażował ją że ją zostawi, robił
jej wyrzuty że nie pracuje (nie dostrzegał tego, że wiele lat podczas gdy w
zimie jako robotnik budowlany nie miał pracy matka go utrzymywała - a on
siedział w domu i nic nie robił), że za dużo wydaje. Jak byłam mała
przejmowałam się jego gadaniem (że umrze, że chce umrzeć, i raz jak miał rwę
kulszowa że chce się powiesić), potem przestałam, przywykłam.
Obecnie sytuacja jest o wiele bardziej napięta. Studiuję dziennie, pracuję
dorywczo i z konieczności mieszkam w "rodzinnym" domu. Mam dość jego
zachowania. Pokłóciłam się z nim znów, bardziej niż zazwyczaj, nie wiem o co,
nie pamiętam dokładnie, chyba za całokształt, wybuchłam gdy powiedział mi
"żebym się k.. odpie...ła i zamknęła w końcu" i wykrzyczałam mu w twarz, że
jest skończonym sku...synem i skoro nie szanuje ani mnie ani matki to nie ma
żadnej rodziny, powiedziałam mu też że go nienawidzę. Myślę, że moje
zachowanie spowodowane było ambiwalencją uczuć jaką żywię wobec tego człowieka
-tj. miałam jeszcze wtedy jakieś resztki miłości dziecka, ale i ogromne
pokłady nienawiści do niego. Wcześniej zdając sobie sprawę, że powinien się
zmienić usiłowałam mu tłumaczyć, że tak nie można się zachowywać: obrażać o
byle co, mieć wiecznych pretensji, tak kląć (codziennie jak przychodzi około
23 to siada przed tv i zaczyna litanię w stosunku do polityków albo narzeka
jak go traktujemy) i tak się odnosić do mnie i do matki, że powinien się
opamiętać, postarać naprawić relacje z matką, zrozumieć że życie i utrzymanie
domu nieco kosztuje (dodam, że nie robił nigdy większych zakupów, ani o nic
się nie troszczył). Nie podziałało - stwierdził, że nic nie będzie robił,
kreował się na ofiarę tej złej kobiety, która myśli tylko o kasie... Dno po
prostu.
Mam dość. Nie wiem jak do niego przemówić, żeby się opamiętał. To już nie
możliwie. Życie z nim pod jednym dachem jest do niczego. Zdaje się że
najlepszym wyjściem byłoby pozbycie się go z domu - jednak choć dom jest na
mamę to raz on ma chyba jakieś do niego prawa a dwa wątpię by dobrowolne
zszedł nam z oczu i trzy - nie wiem czy ja stać na to.... Moja ambiwalencja do
niego zmalała szalenie teraz już tylko go nienawidzę. Za całokształt. Nawet
sobie ubzdurałam, że on częściowo przyczynił się do mojej choroby w liceum
(anoreksja). O dziwo czuję się z tym lepiej, z ta nienawiścią i obojętnością.
Nie mam wyrzutów sumienia. Nie odzywam się do niego i ignoruję go, jak można
rozmawiać z kimś komu nie można nic powiedzieć, o nic go poprosić, bo od razu
strzela focha albo krzyczy? Ja nie chcę i chcieć już nie będę. Ten człowiek
zniszczył wszystko co miał, ale mieszka z nami. W grudniu dał matce jakąś
kasę. Grudzień , styczeń i pół lutego siedział w domu i oglądał prawie
non-stop tv, słuchał radia i palił papierosy (kilka razy coś ugotował jak nie
był taki obrażony). Teraz gdzieś pracuje. Nie ma go od rana do 23/24 lub
później. Jest spokój nie musimy na niego wieczorem patrzeć ani za wiele go
słuchać. Tylko co to za życie? Czekanie aż odejdzie (jak czasem mówi) i nie
będzie zatruwał atmosfery? Czy czekanie aż te papierosy jeden za drugim go
wykończą?
Zastanawiam się czy zasadnym byłaby próba namówienia mojej mamy na bardziej
radykalne kroki? Ona coś przebąkuje o tym, ze jak jej nie da kasy to
przestanie mu kupować jakiekolwiek żarcie (no bo przecież skądś na fajki kasę
ma??)... Tyle, że ten krok nie uwolni nas od niego. Chciałabym żeby się
rozwiodła i ułożyła sobie życie, miała spokojną starość, bez ciągłych
wyrzutów, sapań, utyskiwań czy kłótni. Czy powinnam namawiać ją do rozwodu?
Jak to zrobić żeby się nie wtrącać w jej sprawy za bardzo? Jak ja przekonać,
że to dobra decyzja (choć wydaje mi się że o tym to akurat wie)? W jaki sposób
po ewentualnym rozwodzie rozwiązać kwestię domu? Spłata? I ile % na odczep się
mu się ewentualnie należy skoro dom jest na mamę?
I ogólnie cóż z tym człowiekiem można zrobić, żeby choć nie przeklinał jak
wieczorem przychodzi :/ (od lat mu mówię że mi to przeszkadza a on ma to
głęboko gdzieś i twierdzi, że to jego święte prawo, wrrr). Kłótnia kolejna nie
jest chyba najlepszym pomysłem.