problem 30-letniej frustratki...długie...

12.03.09, 15:52
Mam 30 lat, 2-letnie dziecko, jestem w drugiej ciąży, mężatka od 4
lat.Mąż lat 31. Oboje z wyższym wykształceniem, pracujemy w
budżetówce.
Problem, o którym chce napisać dotyczy mnie samej, mojego podejścia
do świata i ludzi.
Odbierana jestem (pierwsze wrażenie) jako osoba pewna siebie,
pyskata, a nawet zarozumiała. Kto mnie lepiej pozna wie, że po
prostu mam donośny głos i wcale taka nie jestem. Jestem wręcz
zakompleksiona i mam zero wiary we własne mozliwości. Trochę to
dziwne, bo skończyłam z wyróznieniem studia prawnicze, ale zabrakło
mi odwagi, żeby podejśc do ezgaminu na aplikację.Mam taki dziwny
pogląd, że lepiej nie próbować jak nie mam 100% pewności, że coś
osiągnę.Panicznie boję się porażek.Nie radze sobie z nimi, podkopują
we mnie wiarę we własne mozliwości.Swoją frustrację z powodu braku
satysfakcji zawodowej (w pracy u mnie licza się tylko układy
partyjne, kto ich nie ma nie może liczyć na awans ani na podwyżkę)
wyładowuję na mężu.A on nie jest niczemu winien.Namówiłam go do
założenia własnej firmy, super mu idzie.Coraz lepiej prosperuje i
osiąga coraz wieksze sukcesy.Bardzo sie z tego powodu cieszę, ale
jednocześnie wpędza mnie to w jeszcze większe kompleksy.Bo ja się
cofam, widzę, że przestałam być dla niego atrakcyjną partnerką.nie
dziwię mu się, mnie tez nie pociągałaby osoba, która nic w życiu nie
osiagnęła, nie ma entuzjazmu do działania, nie ma planów na
przyszłość, ciągle narzeka i ma pretensje nie wiadomo o co.Jestem
zazdrosna o sukcesy męża, chociaż bez mojego udziału na pewno
trudniej by mu było je osiągnąć (prowadzę dom i wychowuję dziecko,
żeby on mógł po pracy w budżetówce realizowac zlecenia w naszej/jego
firmie).Mąż miał chwile załamania, kiedy na poczatku interes nie
szedł, ale nie dałam mu zrezygnować i podtrzymywałam na duchu.
Brak we własne mozliwości spowodował, że czuję się zerem. Pewnie
nikt kto mnie zna nie uwierzyłby w to, ale tak jest. Nie wiem jak
się podbudować, jak wytrwać we wałsnych postanowieniach.Bardzo
szybko się załamuję i jeszcze nigdy nie osiągnęłam tego co sobie
zaplanowałam.Doszło wręćz do tego, że nawet nic nie planuję.Jedynie
w macierzyństwie znalazłam spełnienie na jakiś czas.chciałabym
zmienić pracę, ale "nigdzie mnie nie przyjmią".niby z moim
wykształceniem powinnam móc znaleźc inna pracę, ale każdy kto
skończył prawo wie, że bez aplikacji i ciągłej nauki (od studiów
minęło 6 lat) nie ma na to wielkich szans, bo teraz to ja mam tylko
pustkę w głowie.Poza tym czuję się niekochana, ale to mój odwieczny
problem - rodzice byli mało wylewni, prawie wcale nie przytulali,
nie mówili:"kocham", chociaż wiem, że bardzo mnie kochają.Tylko nie
potrafia tego okazać fizycznie. mój mąż jest podobny. W dodatku jak
ja jestem mało przyjemna to on tym bardziej nie ma ochoty przytulać,
nie dziwię mu się...a ja nie mam smiałości go o to prosić...
Nie wiem co mam robić, nie chce się wyżywac na mężu, nie chcć go
stracić.Chciałabym się zmienić, ale nie wiem jak to zrobić.
Poradźcie coś, proszę.
    • fantazjuje Re: problem 30-letniej frustratki...długie... 12.03.09, 17:35
      Ja Ci radzę wizytę u psychologa, bo bez fachowej pomocy może się nie
      obejść.
    • uli Re: problem 30-letniej frustratki...długie... 13.03.09, 13:39
      Tak się zastanawiam od 2 dni co Ci napisać.
      Odnoszę wrażenie, że Twój stan jest po części związany z byciem mamą, tzn z tym,
      że masz mało czasu, a przy drugim dziecku tego czasu będzie jeszcze mniej. Może
      czujesz, że przy dzieciakach wszystkie Twoje ambicje zawodowe nie zostaną
      spełnione. To jest wybór, który podjęłaś zachodząc w ciążę - dwa razy. Ciężko
      wtedy o wielkie manewry, zmianę pracy itd. To jest normalne, założę się, że
      noblistami nie zostają ludzie z dwójką bobasów pod opieką. Nie każdy jest
      gwiazdą, ale też chyba szczęście nie polega na byciu gwiazdą, realizowaniu się
      na każdym polu w 100%, to normalne, że nie wszystko wychodzi.

      Nie wiem, odnoszę wrażenie, że nie umiesz cieszyć się życiem, to nie jest
      oskarżenie. Że nawet gdybyś miała tą lepszą pracę, to i tak bys sobie coś
      znalazła do smucenia się. Zastanów się czemu, ja tradycyjnie polecę 'toksycznych
      rodziców', to książka od której warto wyjść - mnie bardzo pomogła. Przeczytałam
      ją przez przypadek - tzn sama nie chciałam stac się toksyczną mamą.

      Ważne jest, żebyś zobaczyła, że te ograniczenia leżą tylko w Twojej głowie (no i
      zapewne układ w twojej pracy też robi swoje - ale nie ustawałabym na Twoim
      miejscu w szukaniu innej pracy). Na całym świecie kobiety rodzą dzieci, a potem
      wracają do aktywności zawodowej - jeśli tylko tego chcą, nawet jeśli muszą
      douczyć się paru rzeczy.
      Może jak ogarną Cię te myśli, że jesteś nic nie warta, to spróbuj poszukać
      chociaż 3 rzeczy, które są w życiu przyjemne. I trzech, których chciałabyś
      jeszcze doświadczyć. Powodzenia!
      • mauveflower79 uli 13.03.09, 13:53
        Trafiłaś w sedno sprawy - mi wiecznie wszystko nie pasuje. Nawet
        jakbym dostała gwiazdkę z nieba to po pewnym czasie czułabym się
        nieszczęśliwa.

        Wiem, że swoje podejście do życia wyniosłam z domu - oboje rodzice
        pracują od 30 lat w tej samej firmie, mimo że mieli mozliwości, żeby
        np.w latach 90-ych otworzyć sklep.Ale bali się ryzyka i kiblują za
        marne pensje na państwowych posadach. I ja widzę, że moje zycie
        zaczyna byc podobne do ich! Nie chcę w tej durnej pracy spędzić
        reszty życia, a nie potrafie sie zmobilizować, żeby to zmienić :-(((

        Mąż nie jest typem osoby, która zachęci mnie do działania. Nie
        chcesz, nie rób - myśli. Każdy ma według niego wolną wolę. Zgadzam
        się z tym, ale sama nie potrafię wyjśc z tej patowej sytuacji.
        stresują mnie kontakty z ludźmi, wystapienia publiczne, boję się
        zycia, a jednocześnie mam świadomość, że raczej stać mnie na więcej!

        wiecie jak to jest w życiu - są osoby z mozliwościami, które nigdy
        nic nie osiągną, bo nie próbują. A są osoby mniej zdolne, ale które
        maja odwagę żyć i te są szczęśliwe.
        • uli Re: uli 13.03.09, 14:08
          Wiesz, ja Ci tak radzę, a sama taka jestem, że najchętniej nie podejmowałabym
          żadnego ryzyka zawodowego. Ja dostałam dotację, rzuciłam swoją znienawidzoną
          pracę, i zaszłam w ciążę :) mój mąż twierdzi, że boję sie sukcesu. Teraz
          przeprowadziiśmy się za granicę. Za rok synek pójdzie do przedszkola - no i to
          będzie moja chwila prawdy. Już dłużej nie mogę się zastanawiać, co by tu jeszcze
          zrobić, żeby uciec od realizacji/klęski zawodowej ;)

          Powiem Ci jeszcze, że jak się da parę razy plamę to nawet dobrze człowiekowi
          robi, bo widzi, że potem życie dalej płynie i tak naprawdę to nic się nie
          zmieniło. Można próbować do upadłego :) Tylko przestępcy i straszni partacze
          mają ograniczone pole manewru ;) Każdy się czasem potyka a ludzie też nie są
          tacy zajęci życiem innych, żeby tylko na te porażki czekać i rozpamiętywać.
    • sambormama Re: problem 30-letniej frustratki...długie... 13.03.09, 13:39
      Hej...
      Pewnie oczekujesz, że w twojej sprawie wypowie się jakiś "fachowiec", a jam jeno
      w podobnej jak Ty sytuacji. Dobrze wiem, co to znaczy mieć trzydziestkę na
      karku, dwa skończone fakultety, znać trzy języki i....parzyć kawę, facetom,
      którzy mówią do ciebie per kochane dziecko. Cóż, kilka błędnych życiowych
      decyzji i trafiasz do rodzinnego grajdołka, gdzie zrobić karierę równa się
      wykazać się legitymacją partyjną (jak nie własną, to choć rodziców). Dolina...
      Myślę, że to trochę klęska pokolenia, które nie załapało się na przemianę po 89,
      kiedy jeszcze o pracę było łatwo. Wzrastaliśmy w czasach słusznie minionych,
      przyzwyczajeni do ówczesnych standardów i języka rosyjskiego. Kiedy wchodziliśmy
      na rynek pracy, to sukcesem było znalezienie czegokolwiek - jak już ktoś załapał
      się do księgarni w supermarkecie, to mógł mówić o szczęściu. Ja nie wytrzymałam
      i wróciłam "do domu". Wówczas to nie była najgorsza decyzja. No ale nie o
      historię mą tu chodzi - chodzi o mechanizm odreagowywania frustracji, na którym
      też się łapię. Puszczają mi nerwy... niestety. Może to zasłanianie przemianami
      politycznymi własnego, paskudnego charakteru, ale naprawdę czuję, że to
      niezaspokojona ambicja jest źródłem tych frustracji. Jak mam dzień, w którym
      postawię przed sobą wyzwania i uda mi się je zrealizować - jestem zupełnie inną
      córką, kobietą i matką. Całe szczęście więcej jest tych dni, ale przełożeni
      niekiedy potrafią mnie sprowadzić do parteru.
      Wiem, że moi bliscy nie zasługują na takie traktowanie, ale jak mawiał Valmont w
      "Niebezpiecznych związkach" - to silniejsze ode mnie. Mam nadzieję, że będzie
      lepiej - albo odchowam młodego - tupnę nogą i zacznę robić coś swojego, albo się
      przyzwyczaję. Wszak o klasie człowieka świadczy to, jak traktuje swoich
      podwładnych, hehehe
      A może i Ty przydałabyś się w firmie męża, myślałaś o tym? Ja tam najlepiej
      wspominam czasy, kiedy pracowałam ze swoim facetem, niestety, teraz jest to
      niemożliwe, a szkoda....
      Pozdrawiam Cię i radzę nucić "choć mało rozumiem, a dzwony fałszywe, coś mówi
      mi, że jeszcze wszystko będzie możliwe"....
      Życie z muzyką od razu jest bardziej znośnie - uszy do góry!
      • mauveflower79 Re: problem 30-letniej frustratki...długie... 13.03.09, 13:48
        Pewnie mogłabym się wziąć za robote w firmie męża, ale musiałabym
        się trochę doszkolić. to nie jest niemozliwe, ale jak to ja - wolę
        nie próbować. 3 razy próbowałam zorganizować szkolenia na rózne
        tematy (tym tez się mąz zajmuje) i wiecie, że ani razu nie zebrałam
        pełnej grupy klientów. to mnie tym bardziej podłamało. A mąż
        zorganizował kilka szkoleń i wszystkie doszły do skutku!
        • uli Re: problem 30-letniej frustratki...długie... 13.03.09, 14:01
          Powinnaś spróbować czegoś bez męża. Mąż może się buntowac o to, że chciałabyś,
          żeby wziął za Ciebie odpowiedzialność za życie (to a propos tego, co pisałaś
          wczesniej). To dla niego za dużo. Ma prawo nie chcieć.
          Druga sprawa. Może szkolenia nie są dla Ciebie - do tego potrzeba jednak dużej
          pewności siebie - może to nie Twój żywioł. Ja też bym nie chciała :)
          Wiesz, przeczytaj tych toksycznych rodziców, są w prawie każdej większej
          bibliotece. Nad charakterem da sie pracować, to robota jak w kamieniołomie, ale
          się opłaca :)
          30 lat to nawet nie połowa życia - jeszcze warto ;)

      • uli Re: problem 30-letniej frustratki...długie... 13.03.09, 13:55
        To prawda, to jest naprawdę paskudne, że nasze pokolenie w dużej mierze
        wyjechało na zmywak do anglii, żeby tam "spełniac swoje ambicje" :/ albo parzy
        kawę jakims bucom :/
        Może faktycznie własna firemka to jest to. Dużo teraz unijnej pomocy, zwłaszcza
        dla kobiet (musi byc spełniony parytet).
        • mauveflower79 własny biznes 13.03.09, 14:14
          Dla mnie kasy z UE nie ma, juz się mocno tematem interesowałam.
          Inaczej, gdybym była bezrobotna.

          A mąż tej naszej firmy nie chciał otwierać, nawet kilka razy chciał
          zamykać, ale wierzyłam w niego i nie pozwolilam. I teraz osiaga
          sukcesy. chciałby, żebysmy razem w niej pracowali. To dla naszego
          małżeństwa byłoby super- wspólna rzecz :-)

          A co do szkoleń - byłam ich organizatorem, a nie wykładowcą.
          Powiem jeszcze że 3 lata temu przeprowadziłam ponad 100szkoleń.
          wtedy nabrałam pewności siebie i przyznam, że super sie z tym
          czułam. a teraz nie moge wyjśc z nory, tylko sie chowam...
          • catrinceoir Re: własny biznes 13.03.09, 14:30
            dziewczyny, przepraszam, ze sie wtykam... jak mozna sie dowiedziec o tych
            dotacjach? ja 30 lat w tym roku skoncze, pracy wlasnie szukam, bo ze wzgledu na
            mezowskie pragnienie rozwodu musialam zrezygnowac z dotychczasowej, no i
            generalnie zlapalam dola nt. przyszlosci... malego moze nie przyjma do
            przedszkola, bo rodzic niepracujacy (a jeszcze nie samotna matka), no i obawiam
            sie utkniecia w zamknietym kole brak dyspozycyjnosci-brak pracy :(
            • uli Re: własny biznes 13.03.09, 14:41
              O dotacjach można się dowiedzieć w urzędzie miasta, w wydziale zajmującym się
              rozwojem, i w urzędzie pracy - to sa zwykle dotacje dla osób bez pracy.

              Wyprostowania sytuacji życiowej życzę...
              To pragnienie rozwodu to może tylko pragnienie zmiany sytuacji...wyrażone w ten
              dziwny sposób.
            • mauveflower79 dotacja 13.03.09, 14:56
              w Urzędzie Pracy jest taka dotacja, około (chyba) 12-15tys.zł, ale
              trzeba byc co najmniej rok zarejestrowanym jako bezrobotny.
              • kornel-ka123 Re: dotacja 17.03.09, 10:38
                w UP są dotacje dla bezrobotnych, natomiast w agencjach rozwoju
                regionalnego są dotacje do 40 tys. zł - warunkiem jest nie
                prowadzenie własnej działalności w okresie ostatnich 12 czy 18 m-cy
                (tego nie pamiętam dokładnie), zatem osoba pracująca również może
                się ubiegać - wiem bo byłam osobiście. Konkurencja jest duża bo na
                kilkaset osób dotacje otrzymało 15, ale w kwietniu będzie kolejna
                edycja. Priorytetowo traktowane są osoby bezrobotne, do 25 r.ż.,
                samotne matki itd, ale jeżeli - szczególnie w dobie kryzysu -
                napiszesz dobry biznes plan to myślę, że masz szansę.
                • olenka_a Agencja Rozwoju Regionalnego 17.03.09, 10:50
                  Bardzo trudno uzyskac te dotację. moja koleżanka dostarła prawie do
                  samego finału - jest na liście rezerwowych. Przede wszystkim musi to
                  byc biznesplan na firmę, której w regionie nie ma albo jest
                  zapotrzebowanie, np.poradnia logopedyczna. Kryteria oceny sa bardzo
                  swobodne, cięzko stwierdzić kto dostanie pieniądze, a kto nie...

                  ale zawsze warto spróbować.
          • uli Re: własny biznes 13.03.09, 14:35
            Aaa rozumiem, czyli to jest znany Ci temat. No to super - ponad 100 szkoleń -
            czyli jednak nie jest tak fatalnie jak to przedstawiasz, i jednak nie boisz się
            ludzi. To czemu przestałaś??
            Czy to nie jest tak, że w ciąży i z małym dzieckiem tej energii jest jednak
            mniej??? To jest trudny moment w życiu - nowe dziecko - wielka zmiana. Który to
            miesiac? Może daj sobie jeszcze trochę czasu, ułózcie sobie. Czy nie możesz już
            czekać??
            • mauveflower79 Re: własny biznes 13.03.09, 14:55
              Szkolenia się skończyły, bo w firmie zmieniły sie zadania. bo ja na
              tej państwowej posadzie je prowadziłam. Tematyka szczególna, nie da
              się tak, żebym mogła je dalej prowadzić, nawet na własną rękę.

              Ciąża - 4miesiąc. ale nie mam doła z jej powodu, jestem bardzo
              szczęsliwa. A strasze dziecko tez daje mi wiele radości. Zero
              problemów, nieprzespanych nocy czy niejedzenia-ciągle się smieje i
              jest b.grzeczne.

              Te nastorje, o których piszę miałam juz podczas studiów. Taka
              wieczna frustracja i strach przed życiem :-(Podczas studiów to
              potrafiłam nawet 3 tygodnie na zajęcia nie chodzic, bo się bałam
              ludzi,tzn.nie chcialam mieć z nimi kontaktu. I to co jakiś czas
              powraca...czy ja mam jakąś depresję? nie wiem...
              • kadewu1 Re: własny biznes 13.03.09, 15:28
                Myślę, że twoje wsparcie dla męża (firma) to taki sukces zastępczy, pośredni (i
                zupełnie bezpieczny). Żyjesz trochę pożyczonym życiem (jak i ja...) Może i jest
                w tym trochę fobii społecznej i depresji? Warto spotkać się z fachowcem.
                A co do noblistów z dwójką dzieci: Skłodowska miała dwie córki - i dwa Noble.
                Więc dasz radę.
                Czytałam cały twój wątek, jesteś bardzo wartościową osobą.
                Pozdrowienia
                K
    • olenka_a Re: problem 30-letniej frustratki...długie... 16.03.09, 09:57
      Mam ten sam problem, jeśli chodzi o skończone studia i nie podjęcie
      aplikacji...wrrrrrrr
    • rapunzel1 Małe sprawy 16.03.09, 14:05
      Nie myśl teraz o karierze, bo stres w tym obszarze cię paraliżuje.
      Zacznij od małych kroków.
      Parę razy dziennie (jak cię dopadają ponure myśli i przed snem) rób rachunek dzisiejszych osiągnięć.
      Osiągnięcia to np.
      - zrobienie śniadania/obiadu, podlanie kwiatów, nastawienie prania
      - zabawa z dzieckiem
      - spokojne wypicie herbaty, kąpiel z pianką, przejrzenie gazety (jesteś pracującą mamą prawie dwojga dzieci, więc znalezienie czasu dla siebie to sukces)
      - odfajkowanie jakiegoś punktu w pracy (wypełnienie formularza czy zestawienia, załatwienie telefonu)

      Ważne abyś nauczyła się rejestrować każdą najdrobniejszą sprawę jako osobny sukces.

      Zacznij całować męża na do widzenia, potem dołącz przytulanie

      Poszukaj też terapeuty, bo wydaje się że masz sporo do przepracowania
    • eastern-strix hej 16.03.09, 14:50
      ja jestem prawie w Twoim wieku (28) i wiesz co? odkrecilam troche srubki i juz
      tak nie planuje. mam fajnego meza, nie jest idealem ale co z tego? tez nie byl
      wylewny ale jak zobaczyl jak fajnie jest byc drapanym po plecach to sie zmienil
      - skoro chcesz tulenia i milosci to moze warto pokazac mezowi jakie to fajne
      uczucie czyli zaczac samej? Ja tak zrobilam i podzialalo super.

      a co do planow to ja skonczylam filmoznawstwo i wszyscy mi wrozyli kariere
      uniwersytecka, jednak nie wyszlo ze wzgledow ode mnie niezaleznych i tak oto
      skonczylam za granica pracujac na telefonie w fundacji charytatywnej.
      I lubie to :) Wcale nie tesknie do wymadrzania sie przed grupa studentow ;)

      Jak sie nie ma co sie lubi, to sie lubi co sie ma ;) Troche to okrutne,ale
      prawdziwe.
      • mauveflower79 eastern-strix 16.03.09, 15:08
        U mnie tak naprawde to nie chodzi o karierę, bo jakos wyścig
        szczurów tak bardzo mnie nie obchodzi. choć lepiej miec pracę, która
        daje perspektywy na przyszłość. Na razie skupię się na maluchach.
        Bardziej doskwiera mi w życiu to, że mąz jest nieczuły, uważa, że
        jesli on pracuje na 2 zmiany to moją rolą jest zajmowanie sie domem,
        pranie, gotowanie itd. Teraz to zrozumiałe, ale jak pracował w tych
        samych godzinach co ja i tylko na 1 etat to tez tak sądził (z domu
        to niestety wyniósł. Trochę wczesniej pomagał, ale teraz to się w
        ogóle zwolnił z prac domowych). Przez to, że on sie rozwija
        zawodowo, a mnie sprowadził aktualnie do roli kury domowej, czuję
        się źle, poniżona, niekochana, niezrozumiana.
        Cięzko mi się przemóc i go przytulac kiedy ja podhcodze do niego, a
        on pracuje przy komputerze (co robi praktycznie codziennie do
        późnych godzin wieczornych),jego reakcją jest obojętność - dalej
        gapi się w ekran.
        Jak przerwiemy tę obojętnośc to jest super, pasujemy do siebie - tak
        myślę. Ale nasz związek to jedna wielka sinusoida emocji :-(
        • eastern-strix Re: eastern-strix 16.03.09, 22:52
          u Ciebie jest wiec inaczej.

          Pan jest leniem i stereotypami/tradycja usprawiedliwia fakt,ze Ty masz zasuwac a
          on bedzie siedzial na du*ie i 'robil kariere'.

          Nie daj sie. Wyjedz na weekend (nawet gdybys miala mieszkac u kolezanki na
          sasiedniej ulicy)-niech sie facet pomeczy.

          Nie wiem,co Ci poradzic, bo ja bym sie z takim rozwiodla po 24 godzinach.

          Bedzie trudno ale jak chcesz go zmienic to muisz zacisnac zeby. Jedno jest
          pewne- jesli pan chce miec sluzbe to sluzbie sie placi.
          • mauveflower79 eastern-strix 17.03.09, 09:11
            Nie, nie...az tak źle to nie jest. co prawda mąz próbuje wymigiwac
            się od "babskich" zajęć (a niby jakie to? co ja z patelnia w ręce
            sie urodziłam? :-))), ale pojęczy pojęczy i robi - umyje okna,
            dziecko codziennie kąpie, na spacer wyjdzie. Tylko, żeby rodzicom
            jego o tym nie opowiadać...wrrrrrrr spokojnie moge się tez umawiac z
            koleżankami, byłam 3 dni w górach, a on został z dzieckiem.

            Jednakże dni powszednie wyglądają tak, że nie mam szansy dokształcić
            się, podszkolić, żeby np.zwiekszyc swoje kwalifikacje, bo on pracuje
            na 2 etaty. Wiem, zaraz ktos powie, że mąz na mnie robi, a mi
            jeszcze źle. Ale mi akurat ten układ do końca nie pasuje.
            wypełnianie obowiązków domowych nie jest szczytem moich ambicji.
            Czuje sie teraz troche jak w klatce,patowa sytuacja...
            • uli Re: eastern-strix 17.03.09, 13:30
              To czemu zdecydowaliście się na drugie dziecko? Ja pytam tak z ciekawości,
              dzieci doskonale zamrażają wszelkie zmiany/postęp w życiu, przynajmniej na jakis
              czas. Powinnaś powaznie porozmawiac z mężem, że też chciałabys się realizować.
              Nie wiem, może powinnaś się zapisać na jakiś sobotni kurs malarstwa, parę godzin
              dziennie poświęconych na coś zupełnie innego, z innymi ludźmi, coś z zupełnie
              innej beczki. Brzmi, jakbyś była przemęczona i wkurzona na męża. Myslę, że nie
              chodzi ani o Twoje kwalifikacje ani poczucie własnej wartości, bo to widac
              między wierszami, że wiesz na co Cię stać, że sobie radziłaś, tylko teraz jesteś
              w jakims zawieszeniu. Ja mam 1,5 rocznego synka i też jestem w zawieszeniu.
              Jakiś rok łudziłam się, że może uda mi się jednocześnie pracować (gdy dziecko
              śpi) i go wychowywać. Jednak cała energia idzie w synka. Mąż też jest w takim
              stanie, tzn on pracuje, po pracy dziecko, kąpanie, usypianie, oboje zajmujemy
              się potem domem, no i wieczór, kiedy mamy trochę czasu dla siebie. Nie chcę
              pisac, że jestesmy wrakami ludzi :) bo to nie tak, ale ciężko tu mówić o
              inwestowaniu w siebie :) trzeba sobie odpuścić na parę lat, bo inaczej mozna się
              nieźle sfrustrować. Weź znajdź sobie jakieś przyjemne zajęcie, rzuć wszystko w
              diabły przynajmniej na parę godzin.
              • mauveflower79 uli 17.03.09, 13:41
                Chcieliśmy, żeby była mała róznica wieku między dziecmi, wyjśc z
                okresu pieluchowania, zacząc normalnie na wczasy jeździć, itd.
                Drugie dziecko nie było do końca planowane, ale od kiedy odstawiłam
                tabletki to liczylismy sie z tym, że moge zajśc w ciążę. Tragedii
                nie ma :-)

                Piszę o pracy i niespełnieniu, ale pewnie gdybysmy mieli z mężem
                więcej czasu dla siebie, więcej czułości i mniej stresu to i na
                pracę bym tak nie narzekała. to taki zastepczy temat...trochę myślę.

                A co do tego, że wiem czego chcę...ze mną tak własnie jest - w
                oczach innych jestem zdecydowana osobą, silną, pewną siebie. Ale to
                chyba tylko efekt tego, że głośno mówię i niby wiem czego chcę, ale
                tak naprawdę nie wiem jak to osiągnąć :-(
                • eastern-strix Re: uli 17.03.09, 23:25
                  nie wiem, co Ci poradzic- to chyba cena posiadania dziecka,ze pewne sprawy
                  trzeba odlozyc?

                  my dzieci nie mamy i raczej miec nie bedziemy.
                  wiem,ze zaraz uslysze ze jestem egoistka ale to nie prawda, mam swoje powody,maz
                  swoje i na szczescie w tej kwestii sie zgadzamy.

                  i mysle,ze gdybysmy my mieli dziecko to nie wiem, czy byloby tak fajnie. mamy
                  male schronisko dla zwierzat i to nas czasem wykancza a to tylko koty, kroliki i
                  insze gryzonie ;)

                  moze jak dziecko pojdzie do przedszkola?

                  a moze kurs w domu? a moze kilka godzin w kazdy weekend a maz niech sie zajmie
                  dzieckiem? ja taki zrobilam we wrcoku jak studiowalam - ze studiami dziennymi
                  sie dalo pogodzic, moze z dzieckiem tez sie da?

                  pozdrawiam

                  Ewa
Pełna wersja