imonmati
29.03.09, 14:58
Jesteśmy małżeństwem 9 lat, mamy troje dzieci- dwóch chłopców i dziewczynkę.
Mąż jest postrzegany przez znajomych jako dobry mąż i ojciec- choć tak
naprawdę problemy w naszej rodzinie się piętrzą i narastają a ja czuję, że nie
daję już rady ciągnąć tego cyrku. Od ponad ośmiu lat walczę z męża
słabościami, jego ciągłymi "depresjami", żyje iluzją, że on zrobi wszystko,
żeby się zmienić. A tak naprawdę nie robi nic i właśnie do mnie dotarło, ze w
takim razie nie zależy mu na rodzinie, jeśli nie potrafi zmienić się dla nas.
Chłopcy potrzebują ojca, męskiego autorytetu- ale go nie mają. Starszy syn (9
lat) jest przez męża notorycznie poniżany, wyzywany a i zdarza się że i bity.
Taka np. sytuacja z dzisiejszego ranka- mąż zrobił śniadanie (bo zawsze w
niedzielę robi on)- ja próbowałam jeszcze chwilę się zdrzemnąć, po średnio
przespanej nocy, bo córeczka ząbkije, nie sypia dobrze), młodszy synek (6 lat)
też jeszcze spał. Mąż wysłał syna, żeby obudził mnie i brata na śniadanie.
Dziecko przyszło, obudziło- za czym wstaliśmy, chwilę to trwało. Syn w tym
czasie zszedł na dół- i tu mąż zaczął się na niego wydzierać, wyzywać go od
idiotów, zagroził, że "nie dostaniesz teraz żreć", - a powodem było żekomo to,
że uwaga- Poprosił go o obudzenie mnie i młodszego syna i musiał czekać na to
20 minut. Na moje pytanie dlaczego w takim razie sam nie przyszedł na górę
zobaczyć co się dzieje- odparł, że smażył jajka i opiekował się dzieckiem9 co
jest bzdurą- bo śniadanie było już przecież gotowe). Na młodszego tez
nawrzeszczał, że nie sprzątnął po sobie skarpetek i zostały w salonie od wczoraj>
To tylko przykładowa sytuacja- takie sytuacje powtarzają się minimum kilka
razy dziennie- każde wyjście z domu, każde odrabianie lekcji, każde
sprzątanie- dzieci są wyzywane i poniżane. Ponadto nie układa się nam również
w łóżku- od ponad roku w zasadzie nie sypiamy ze sobą- w ciągu roku może
trzy razy doszło do zbliżenia. na moje próby rozmowy na ten temat i w zasadzie
na każdy inny też - mój mąż reaguje milczeniem. W takiej sytacji żadna terapia
rodzinna nie wchodzi w grę- on po prtostu nie widzi takiej potrzeby> A co już
jest ironią- sam jest z wykształcenia mediatorem (choć pewnie na szczęśćie dla
innych- nie pracuje w zawodzie).Myślę poważnie o rozwodzie, dojrzewam do tej
myśli- a po dzisiejszym poranku szala goryczy chyba się przelała>