kahasopot
30.03.09, 11:21
Witam.W naszym domu obowiazuje podzial na zeczy,ktore sa moje i meza.
Maz mieszkal od dziecka za granica,ja przeprowadzilam sie do niego
jakies 2,5 roku temu(zostawiajac w polsce
rodzine,przyjaciol,prace,cale zycie).Nigdy tu nie
pracowalam,poniewaz najpierw robilam 6-cio miesieczny kurs
jezykowy,potem zaszlam w ciaze,a teraz jestem na urlopie
macierzynskim,po wakacjach wybieram sie do pracy.tak wiec od
poczatku jestem tylko na utrzymaniu meza,z czym nigdy nie czulam sie
najlepiej,jednak mialam swoje oszczednosci jescze z polski,dodatkowo
dostaje pieniadze od panstwa i na dziecko,plus moi rodzice(ktorzy sa
bardzo dobze sytuowani)dokladaja sie do wielu rzeczy.moj maz
deklaruje,ze nie potrzebnie sobie to wmawiam,bo przecierz zajmuje
sie dzieckiem i domem.Rzecz w tym,ze mimo swoich deklaracji stwarza
podzial na moje i twoje pieniedze,rzeczy w domu.czasem kiedy prosze
go zeby zostawil mi jakas kase na zakupy bo ja juz nie mam,pyta sie
a na co ty to wydalas,przecierz mialas tyle i tyle.wszystkie
pieniadze z reguly wydaje na dziecko lub na jakies rzeczy do domu
(mieszkamy w nim od roku),ale mam takie wrazenie,ze maz nie zdaje
sobie sprawy co ile kosztuje,albo twierdzi ze to co kupuje jest nie
potrzebne.nie podejmujemy zadnych decyzji finansowych
wspolnie,tylko "kazdy sobie rzepke skrobie",ja kupuje bez pytania
za "swoje",poniewarz cokolwiek bym nie chciala kupic,maz twierdzi ze
to nie potrzebne,wiec przestalam sie go pytac,on natomiast zawsze
wychodzi z zalozenia ze zarabia,wiec nie musi sie tlumaczyc.potem
wyglada to tak,ze na przyklad maz w zlosci potrafi mi
powiedziec:"wszystko niszczysz,ale swoja szafe to szanujesz"!
Dodam,ze nie jest to jakis toksyczny zwiazek,w ktorym facet to
tyran,raczej to ja jestem ta silniejsza strona,ale ze wzgledu na to
ze nie zarabiam,specjalnie sie nie wychylam z tymi temtami,poniewarz
nie chce zeby on to odebral,ze jestem pazerna(nie pracuje a
wymaga,czy cos w tym stylu).Maz jest czuly i kochajacy,naprawde
fajny facet,tylko ze ta sprawa jakos nie gra.kiedy probowalam z nim
rozmawaic,twierdzi ze mam zbyt lekka reke do wydawania pieniedzy i
tak bedzie lepiej,ze on trzyma kase.no tak,moze ma troche racji,ale
w takim razie skad podzial na rzeczy w domu?
W moim domu bylo tak,ze moja mama nie pracowala,ale niegdy nie
zauwazylam zeby ojciec stwarzal jakies podzialy albo o tym
mowil.raczej bylo tak ze on zarabial,a matka trzymala kase,robila
oplaty,pilnowala wszystkiego,bo on nie mial do tego glowy i
wzajemnie sie uzupelniali.
U meza natomiast tez wystepuje taki podzial jak u nas,tylko z kolei
tam matka zarabia,a tesc to len.Dlatego domniemam,ze taki schemat
wyniosl z domu.
Moze i to jest ok,i ja przesadzam,ale wydaje mi sie ze jak ludzie
decyduja sie na malzenstwo i wspolne dzieci,to znaczy ze sobie
ufaja,takze w kwestiach finansowych,ja czuje sie troche jak male
dziecko pod opieka starszego brata.musze ciagla udowadniac ze mozna
mi ufac.uwazam ze to nie w porzadku,nie czuje sie z tym dobrze,co
wielokrotnie mowilam mezowi.Ale uslyszalam cos w stylu,pojdziesz do
pracy,bedziesz miala wiecej kasy.On mnie kompletnie nie rozumie,tu
nie chodzi o to ze ja mam za malo,tylko o to ze chce zeby wszystko
bylo nasze,wspolne.
Czy ja przesadzam?Jak mozemy to zmieniec?Dziekuje za podpowiedzi!