veslana
26.05.09, 02:20
No właśnie. Mam 32 lata, w sierpniu miał być ślub. Od półtora roku, czyli od kiedy jesteśmy razem, byliśmy dwa razy w kinie - tyle na temat "romantyzmu". Sex? Zapomniałam, co to jest (dla wyjaśnienia - obrzydliwa nie jestem, wręcz przeciwnie). Oboje byliśmy bardzo zapracowani, myślałam przez pewien czas, że to dlatego. Ale... czy na kwiatka potrzeba czasu? Nigdy nie dostałam. A, przepraszam, raz na walentynki. Kiedy następny weekend znowu spędziłam sama, bo On musiał zachęcić swojego ojca do odrobiny pracy przy jego - ojcowskim - domu, nie wytrzymałam. No co to za miłość i zakładanie rodziny? Całymi dniami i nocami pracuje (nocami na swoich Rodziców - mają dużo więcej pieniędzy od nas, ale co tam, żądają od niego - jedynaka - pieniędzy, bo skoro zrobili sobie maszynkę do zarabiania kasy - to trzeba ją zaharować na śmierć), jak nie pracuje u nas, to jedzie do Rodziców, pracować przy ich domu bo "Matka chce, a Ojciec nie ma inicjatywy i trzeba go zmobilizować", a ... gdzie w tym miejsce dla mnie? Ten weekend był tydzień temu, wyprowadził się, ale ustaliliśmy, że będziemy jednak chcieli ratować to, co mogłoby by być. Mówię, wyjedźmy na weekend - OK, dobry pomysł. Ale, ale, no nie, teraz nie, On musi zrobić projekt i dać Rodzicom pieniądze. Ale za to możemy pójść na spacer. Hm... przykro mi mocno, ale trzeba sprobować. No to w niedzielę. Ach, w niedzielę przyjeżdża kumpel z daleka... A dzień później nadal twierdził, że chce ratować. Tylko co ratować? Przepłakałam cały ten tydzień - nie poszłam dzisiaj do pracy, bo nie moglam się taka zapuchnięta pokazać. Tylko czy ja dobrze robię? A może trzeba położyc uszy po sobie i z wdzięcznością przyjąć, co przynosi los, bez wymagań. bo... ja mam już 32 lata, nie założyłam rodziny, nie mam dziecka. I właśnie z własnej woli rezygnuję z szansy na to wszystko, a za chwilę znowu poczuję, że samotność to taka straszna rzecz...