mirelka07
23.06.09, 23:01
Pisze, zeby sie wyzalic a moze proszac o ocene, bo nie wiem czy to ja popadam
w paranoje czy naprawde cos jest nie tak.
Mieszkamy z mezem w Anglii, w lutym urodzilo nam sie drugie dziecko wiec
wkrotce bo narodzeniu coreczki pojechalam z obojgiem dzieci do Polski, gdzie
mieszka moja mama, aby mi pomogla przy dzieciach (maz pracuje praktycznie caly
dzien, wraca do domu ok. 21szej). Maz w miedzyczasie dzwonil, wiec wszystko
bylo w miare ok, tylko coraz trudniej bylo go zastac na gadu gadu, bo bardzo
czesto wieczorami chodzil do naszych wspolnych znajomych (malzenstwa). W maju
polecialam z mlodszym dzieckiem do meza na 10 dni, steskniona, maz przywital
nas na lotnisku kwiatami i ogolnie bylo bardzo milo. Koszmar rozpoczal sie
nastepnego dnia. Siedzac przy jego komputerze przypadkiem odkrylam, ze
prowadzi sex-chat z dawna znajoma ze studiow, nie doczytalam wszystkiego bo az
mi sie ciemno zrobilo przed oczami ale wydaje mi sie, ze wynikalo z tego, ze
sie tez sobie pokazywali na Skypie itd. Wkurzylam sie strasznie i wyszlam z
domu, maz akurat wracal z pracy i pytal, co mi jest, na co ja powiedzialam, ze
ide sie przejsc. Wrocilam, a on zgrywa glupa i pyta, czy ja sie zloszcze o to,
ze on tak dlugo pracuje, przeciez wiem, ze on musi pracowac itd., itp. Wiec ja
mu na to, ze on dobrze wie o co jestem zla. On zgrywal glupa wiec w koncu
powiedzialam, ze chodzi o ten sex chat. Okazalo sie, ze on w miedzyczasie
usunal archiwum wiec nie moglam sie odwolac do konkretow i probowal sie
wyprzec, jakoby w tresci rozmow bylo cos zdroznego, w koncu przyparty do muru
przyznal sie, ze mu wyslala jakies swoje nagie zdjecia, wyslal jej przy mnie
smsa, ze zrywa z nia kontakty itp., odbylismy szczera rozmowe i mialam
nadzieje, ze retszta dni bedzie jakos lepiej spedzona, ze postara sie mi
niejako zrekompensowac ten niemily poczatek, zmazac wine czy jakkolwiek to
okreslic. Pierwszego wolnego dnia bylismy na plazy sami, tzn. maz, ja i
coreczka, maz lezy zmeczony na kocu i prawie sie nie odzywa, ja probouje cos
zagaic, bawie sie z Mala, po godzinie pobytu maz stwierdza, ze jest glodny,
meczy go slonce i ze wracamy. Nastepnego dnia znowu wyprawa na plaze, tym
razem oprocz nas sa 2 znajome z dziecmi. Moj maz to gwiazda: biega, tanczy,
popisuje sie, gada z kolezanka jak najety, ida razem po lody, potem razem
wracaja z plazy, ja oczywiscie zajmuje sie dzieckiem. Siedzimy na plazy ponad
3h i maz nawet nie pisnie o nadmiarze slonca czy zmeczeniu. W miedzyczasie
mamy tzw. romantyczny malzenski spacer, na ktory wysyla nas rzeczona kolezanka
mowiac, ze ona sie w miedzyczasie zajmie naszym dzieckiem. Ja ide ze srednia
ochota widzac, ze zostalo to zainicjowane z zewnatrz, a nie przez meza, a on w
ogole bez entuzjazmu. Pozostale dni - maz od rana do wieczora w pracy,
dodzwonic sie do niego nie mozna bo ciagle wisi na telefonie, pierwszego dnia
po pracy stwierdzil, ze wpadnie jak zwykle na kawke do znajomych i wrocil po
22giej, a rano szedl na 9ta robic jakies nadgodziny, mimo ze normalnie chodzi
na 11sta, w soboty tez szedl na fuche, wiec w zasadzie zostaly nam 2
niedziele, ktore tez spedzalismy czesciowo razem a czesciowo osobno. Wiekszosc
czasu siedzialam wiec sama z dzieckiem w domu i spotykalam sie ze znajomymi z
dziecmi, ale caly czas meczylo mnie co robi i do kogo akurat wydzwania i po
co. Te znajome obie sa mezatkami i na pewno nic fizycznego ich nie laczy, ale
bolalo mnie, ze zamiast spedzac czas z nami woli isc/dzwonic/smsowac z nimi.
A, zapomnialam dodac, ze w niedziele zaczynalo sie smsowanie, maz dostaje
smsa, maz odpisuje, dostaje, odpisuje, i tak doslownie co 5 minut lub
czesciej, gdy chcialam cos zagadac to akurat ogladal film i prosil, zeby nie
przeszkadzac, ale robil regularne przerwy by odebrac smsy i odpisac na nie.
Bylam tak chora i umeczona ta cala sytuacja ze nie moglam sie doczekac powrotu
do PL, kazda proba rozmowy z mezem konczyla sie stwierdzeniem, ze sie czepiam
i ze ciagle narzekam i mam jakies fochy, ze przesadzam. Czulam sie kompletnie
zignorowana i przesunieta na plan dalszy, najwazniejsi znajomi, smsy itp.
Teraz jestem juz w Polsce i okazuje sie, ze maz nie poszedl w ta sobote na
fuche bo sie nie oplacalo (a gdy ja tam bylam, prosilam, zeby nie szedl,
zebysmy mieli chociaz 1 dzien wiecej dla siebie - twierdzil, ze dramatycznie
potrzebuje kasy i musi isc). Dobija mnie ta cala sytuacja, nie wiem co robic.
Mam wrocic do meza do Anglii we wrzesniu z dziecmi ale szczerze mowiac po tym
horrorze nie mam na to ochoty, on nie widzi problemu lub udaje, ze go nie
widzi. On twierdzi, ze przeciez wyeliminowal zachowania, ktore mi sie nie
podobaly (po moich awanturach), ze przeciez tylko raz poszedl wieczorem do
znajomych, ze co do reszty to przesadzam a smsy to taka zabawa (do mnie
dziewczyny tez pisaly, to fakt, ale ja nie odpisywalam co 2 minuty i nie
spalam z telefonem przy uchu!). Wczesniej gdy mieszkalismy razem w Anglii tez
mielismy znajomych ale wiekszosc czasu spedzalismy razem, czasem sie do kogos
szlo, czasem ktos do nas, ale nie bylo tej telefonicznej paranoi i czulam, ze
moge z mezem pogadac, czulam jakies zainteresowanie, bylo zycie w tym zwiazku.
Teraz mam wrazenie, ze nawet gdy on fizycznie jest w domu, co sie nieczesto
zdarza, to tak naprawde jest gdzie indziej. Najgorsze jest to, ze wszelkie
proby komunikacji spelzly na niczym, wrocilam smutna i rozczarowana, teraz
czekam na przylot meza do PL za 2 tygodnie ale wyczekuje go bardziej z obawa
niz z radoscia. Ja po prostu nie wiem co sie dzieje, napiszcie prosze co o tym
myslicie jesli dobrneliscie az tu, jak ja sie powinnam zachowac, co robic