zagubiona-net
15.07.09, 08:44
Witam, jestem nowa w związku z czym z góry przepraszam jeśli
powielam temat lub dodałam go nie w tym miejscu.
Mój problem jest stary jak świat i nosi imię KRYZYS w małżeństwie.
Jesteśmy parą od 14 lat z czego 7 lat po ślubie. Na chwile obecną
nie mamy dzieci. Wszystko zaczęło się powoli sypać kilka lat
temu, natomiast w ostatnim okresie czasu łączy nas tylko
przysłowiowy papierek. Były kilkudniowe wyprowadzki, były awantury,
padały przykre, bolesne i nierzadko obraźliwe słowa. Przez dłuższy
okres czasu działaliśmy na zasadzie ty ranisz mnie, więc ja zranie
cię jeszcze bardziej.Przeszliśmy chyba wszystkoczęliśmy Ponieważ
oboje doszliśmy do wniosku, że mamy dosyć tego piekła .. zaczęlismy
o tym rozmawiać. Każde z nas chce normalnego domu, normalnego życia
tylko gdzieś się mijamy….każde z nas ma swoje racje, swoje zarzuty
itp. Problem polega na tym, że nie umiem dotrzeć do mojego męża. Mam
wrażenie , że odgrodził się jakiś murem i przyjmuje do wiadomości
tylko to co jest dla niego wygodne. .Nie rozumie, że przemyślałam
pewne sprawy i chce normalnego życia. Twierdzi, że mówię to wszystko
pod presją bo sytuacja tego wymaga. Nie umiem i nie wiem jak go
przekonać, że tak nie jest, że czuje tak naprawdę. Próbowałam raz
jeszcze porozmawiać z mężem…. .powiedział, że jest ze mną z
poczucia odpowiedzialności i obowiązku, że nie chce już próbować bo
nie wierzy że się uda i szuka nowego mieszkania. Zmienił się w
stosunku do mnie w zimnego bezwzględnego człowieka….nie ma w nim
grama skuchy (a przecież on tez mnie ranił). Przekonywałam,
płakałam, że się zmieniłam, ze tym razem się uda, ze chce z nim
nowego życia, rodziny itp. że zrozumiałam swoje błędy….Jak nisko mam
jeszcze upaść żeby go przekonać, że kocham go ponad życie….Moje
życie nie ma sensu bez niego…. Jest cały na nie…. jeszcze kilka
tygodni temu mówił że mnie kocha, że chce próbować, planowaliśmy
remont domu.….praktyczne z dnia na dzień stał się obcym człowiekiem,
który traktuje mnie jak pyłek. Na pytanie co mam zrobić, żeby to
naprawić odpowiada, ze wygasiłam jego uczucie do zera i chyba nie ma
takiej rzeczy która mogłaby to zmienić. Nie pozwala się do siebie
zbliżyć nawet na milimetr…wszystko co staram się zrobić traktuje
jako ratunek , bo powiedział że odchodzi. Nie wierzy że się uda,
twierdzi że nie ma żadnych podstaw do tego żeby w to wierzyć, a
przede wszystkim chyba już nie chce wierzyć. Nie ma w nim grama
skuchy za popełnione błędy ..jest jak kamień. Proponowała wizyte np.
u psychologa - powiedział, że chyba nie ma na to ochoty. Słysze
tylko NIE NIE NIE .
Dodam, ze na pewno nie chodzi o inna kobietę.
Błagam niech mi ktoś pomoże. Co moge zrobic i jak ???..wiem, że nikt
nie da mi gotowej recepty, ale może chociaz coć podpowie.