belinea81
20.07.09, 23:25
Wybaczcie z góry, że mój post będzie długi, ale ciężko mi opisać wszystko w
kilku słowach.
Jesteśmy ludźmi ok. 30-tki, mamy synka 2-letniego. Parą jesteśmy już 8 lat.
Nie mamy ślubu, najpierw z powodu rozbuchanych ideologii kociołapowych, potem
z powodu narastających problemów.
Nie chciałabym bardzo pisać o moich odczuciach, raczej o faktach, bo i tak
będziecie czytać tylko moja stronę medalu i nie chcę by była zbyt natarczywa i
mieszała wam w głowach. No to jadę...
Na początku naszego związku ja pracowałam, on studiował. W związku z czym
spędzaliśmy czas jedynie u mnie w łóżku, co było dość miłe ale na dłuższą metę
nudne. Zero wyjść, jak już to zawsze był to z jego strony duży problem z
powodu braku pieniędzy. Za to wiele razy słyszałam, że jak już zacznie pracę
to oczywiście nadrobi. No i gites...
Ja mieszkałam wtedy w dość koszmarnych warunkach, w suterenie bez własnej
łazienki. Wytrzymałam tam 5 lat. Popadłam w depresję, pająki mnie
prześladowały a mam arachnofobię. Miałam jedynie umywalkę, notorycznie
zalewało mi pokój w lipcowe burze i miałam 4 razy w roku zapalenie gardła.
Bardzo marzyłam o wyprowadzce, ale zarabiałam 1000 zł i chciałam wrócić na
studia. Tutaj mogłam mieszkać, bo suterena była w domu mojego ojca, ale ze
względu na beznadziejne relacje, nie miałam wstępu na górę, nawet do ubikacji.
To też był powód tego, że moje zdrowie psychiczne zaczęło mocno szwankować. :/
Mój facet przychodził do mnie na kilka godzin, najczęściej leżeliśmy w łóżku,
po czym wracał do domu na spanie i kolację. Po jakimś czasie zaczęło mnie to
jakoś dręczyć, że on ma tak miło, kolacyjkę, kąpiel itd. a ja żyję w takich
piwnicznych warunkach i nawet nie mam kibla. Wtedy zaczęła się spirala
pretensji, która nakręca sie do dziś.
Krokiem w kierunku niezależności byłą moja wyprowadzka, po tym jak dostałam
lepszą pracę - w korporacji. Wynajęłam kawalerkę, ale niestety straciłam pracę
(starałam się, ale po prostu moja praca i pomysły - dział marketingu - nie
podobała się przełożonym), przez kilka miesięcy nie płaciłam czynszu i
zapłaciłam dopiero wtedy, gdy udało mi się znaleźć kolejną pracę (w której
zostałam na kilka lat), ale dług wynosił kilka tysięcy i musiałam wziąć kredyt
przy opuszczaniu mieszkania. Mój facet wtedy już trochę pracował i mi pomógł
ze spłatą chociaż był wściekły jak się dowiedział o długu.
Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem, mój facet już więcej zarabiał, ja
też miałam stałą pracę. Po jakimś czasie okazało się, że jestem w ciąży. Po
prostu wpadka... chociaż ja od jakiegos czasu myślałam o dziecku, chociaż dość
nieśmiało. Mój nie-mąż natomiast chciał miec koniecznie auto, więc i tak idea
dziecka nie była na pierwszym miejscu.
Gdy urodził się synek, nasz związek rozkwitł i przez kilka tygodni byliśmy
bardzo szczęśliwi. Pamiętam ten okres jako coś bardzo miłego, nie-mąż mi
pomagał był troskliwy. Ja byłam po cesarce z małymi powikłaniami, bardzo bolał
mnie brzuch, więc mi sporo pomagał.
No i potem walnęło mnie jak młotem w głowę. Gdy n-m wrócił do pracy, po kilku
tygodniach był po prostu koszmarnie wredny i podły. Mi było ciężko sprostać
wszystkim obowiązkom domowym, często naczynia były nie umyte, lub nie
poodkurzane. Prosiłam go by w drodze do domu zrobił zakupy, bo ja nie
zrobiłam. Kiedyś jak mu się zwierzyłam, że czuję, że nie daje sobie rady,
usłyszałam, że jego matka radziła sobie z dwójką dzieci i że ja jestem złą
matką. To właśnie był dla mnie ten cios prosto w łeb.
Żeby już nie przedłużać... potem było coraz gorzej... oddalanie się od siebie,
coraz więcej pretensji o błahe sprawy. Do tego z jego strony było wręcz
karanie mnie brakiem zaufania za ten kredyt, który kiedyś zrobiłam.
Stwierdził, że nie chce prowadzić ze mną finansów i mieć wspólnego konta (tzn
tylko takiego gdzie byśmy przelewali pieniądze na wydatki domowe - każde by
miało swoje na własne wydatki także).
Ja poszłam na urlop wychowawczy, ale starałam się coś dorobić... najpierw
robiłam biżuterie i sprzedawałam znajomym, potem zaczęłam pisać artykuły w
domu. Nie miałam regularnych dochodów, ale zawsze jakieś tam miałam, no i
miałam poczucie, że coś jednak robię. Niestety n-m wiele razy robił mi
awantury, że nie ma pieniędzy, a ja siedzę w domu. Postanowiliśmy, że wrócę do
pracy. Moje miejsce w pracy było już zajęte, pracodawca proponował inne, więc
stwierdziłam, że poszukam czegoś innego i... znalazłam po 2 tygodniach.
Agencja reklamowa, czyli to co chciałam robić. Młody poszedł do żloba, ja do
pracy i byłam naprawdę szczesliwa... a potem młody zachorował, byliśmy w
szpitalu i miesiac czasu musiałam być nieobecna. Niestety nie mogłam liczyć na
żadne zastępstwo przy dziecku. Straciłam pracę, nawet nie ukrywali, że chcą
kogos dostępnego. I znowu to samo... aczkolwiek poratował mnie kolega i w
końcu na zlecenie zaczęłam pracować jako grafik. Miała być godziwa pensja,
wiele zleceń, okazało się, że szef nieumiejętnie zarządza projektami, robi
wiele na raz, wydał całą kasę i w tej chwili nie ma mi z czego zapłacić. Ja
bardzo się wczuwam w pracę, siedzę po nocach (no bo kiedy?). Dziecko w czerwcu
znowu było w szpitalu z powodu ataków, nie może iść do żłobka.
Jestem bardzo, bardzo sfrustrowana. Nie mogę sie wybić, zarobić na siebie i na
dom. Mój n-m sam zarabia na nas , ale okupuję to strasznymi awanturami o to,
że on nie ma dla siebie (ja nie chodzę do kosmetyczki, nie wyjeżdżamy nigdzie,
nie robię na obiad homara albo innych rarytasków). Układa nam sie fatalnie.
Nie sypiamy ze sobą, ja go już nie kocham po tym wszystkim i nawet jak mnie
obejmie przez sen to się odsuwam jak od obcego. Nie umiemy normalnie
rozmawiać. Dzisiaj wieczorem już dwa razy mnie objechał... raz, dlatego, że
nie dał mi dokończyć zdania i źle mnie zrozumiał i zaczął krzyczeć, drugi raz,
bo oskarżył mnie o zgubienie książeczki mieszkaniowej, a okazało się po
poszukiwaniach, że ma ją u siebie w teczce.
Oczywiście nie dotrzymał słowa, teraz ma nowych znajomych z uczelni (poszedł
na magisterkę po urodzeniu synka) i z nimi spędza wolne wieczory, często wraca
nad ranem. Nie ma go dla nas wcale. Na propozycje wspólnych wakacji zaczyna
wręcz krzyczeć, że nie ma kasy (a mówię to np. w styczniu i można by było
zaoszczędzić - sytuacja powtarza się corocznie, także przed narodzinami dziecka)
Bardzo bardzo chciałabym być samodzielna finansowo, nawet nie chodzi o to, że
nasz zwiazek to farsa. To ja już wiem od dawna. Chciałabym się rozstać,
zamieszkać gdzieś blisko niego żeby miał kontakt z dzieckiem. Nie chcę mieć w
nim wroga. Niestety mimo moich usilnych prób, nie mogę stanąć na nogi. Zawsze
jest COŚ. A to choroba dziecka, a to szef, który żyje w nierealnym świecie.
Nie mogę wrócić do normalnej pracy, chociaż chciałabym, naprawdę. Zastanawiam
sie nad własna firmą, mam pomysły, ale do tego trzeba czasu i to nie będzie
tak hop siup. Zresztą to także może nie wypalić.
Jestem bardzo sfrustrowana. Czuję się jak ktoś bezwartościowy, jakiś pasożyt.
Ciągle słyszę jakieś pretensje, sama zresztą tez już komunikuję się tym
językiem. Językiem zadań i pretensji... i tak to się kręci. Mam żal do siebie
o to, że nie rzuciłam faceta, gdy mnie tylko obracał w tej piwnicy i tylko
obiecywał i obiecywał. My nawet zdjęć wspólnych nie mamy, w ciągu 8 lat
byliśmy na wakacjach jedynie na samym początku naszego związku oraz rok temu
(pojechaliśmy do mojej rodziny i byliśmy tam za darmo - ja to załatwiłam).
Przepraszam, że tyle napisałam, to i tak tylko ułamek tego co się dzieje. Mam
nadzieję, że dodacie mi otuchy, nie chodzi o wyklinanie n-m, on tez swoje
zgarnął nie raz, nie jest totalnym debilem, tylko po prostu nie pasujemy do
siebie i powinniśmy się rozstać jak kulturalni ludzie (póki jeszcze się nie
pozabijaliśmy).
No to się wyżaliłam. Czy ktoś to w ogóle zdołał przeczytać? :/