hestia1985
31.08.09, 09:03
Witam. Piszę na Kafeterii, bo potrzebuję się komuś wygadać. Muszę to zrobić,
bo chyba zwariuję... Mój problem polega na tym, że moi rodzice mnie dobijają.
Mój ojciec jest nałogowym alkoholikiem, całe życie pił i pije, robi awantury,
niszczy nam psychikę, moja matka natomiast jest nerwicowcem, osobą, której
poprzestawiały się role matka - córka. Jak już napisałam mój ojciec pił
praktycznie od początku ich małżeństwa, od początku też niszczył życie matce.
Ona natomiast tkwiła w tym wszystkim nieprzerwanie i na nas (na mnie i
starszej siostrze) odbijała swoje nerwy. Nakazywała nam "rzucać się" do ojca,
którego bałyśmy się jak ognia. Na nas zrzucała winę za to, że szaleje, bo np,
my nie potrafimy się do niego postawić (byłyśmy przecież dziećmi!!!). Mijały
lata, my już dorosłyśmy, ojciec staczał się coraz bardziej, a matka dalej w
tym wszystkim trwała. Zaznaczam, że to co robili zwichrowało nam psychikę
-jednego wieczoru ojciec całą noc wariował, nie dawał nam spać, mimo że rano
szłyśmy do szkoły, a drugiego dnia był już trzeźwy, płaszczył się przed matką,
obiecywał poprawę i godzili się na kilka dni - nagle - jakby nic się nie stało
- udawali normalną rodzinę. A za parę dni powtórka z repertuaru...
Tak oto tkwiłam w piekle, w którym dane mi było dorastać. Matka tak naprawdę
nic nie robiła z ojcem. Raz założyła mu sprawę o znęcanie się nad rodziną,
byłyśmy zestresowane jak diabli, ale nakazano nam zeznawać przeciwko ojcu w
sądzie. Dostał wyrok w zawieszeniu (matka nie chciała żeby go zamknęli, bo
przecież straci pracę, bo sama sobie rady nie da itp) i przyznano mu kuratora,
który pokazał się u nas może z raz. W dalszym ciągu ten koszmar trwał...
W końcu doroslam, poznałam wspaniałego chłopaka, który wyrwał mnie z tego
koszmaru i zabrał mnie do siebie. Teraz planujemy za 2 miesiące ślub, ale w
dalszym ciągu moi rodzice niszczą mi życie. Ojciec kiedy pojawiam się w domu
wyzywa mnie, bluzga - mówiąc np że w d.. ma moje przyszłe dzieci (bo chcemy
rozpocząć o nie starania) , że dla niego to bachory będą itp. Matka natomiast
nieustannie wymaga ode mnie pomocy. Ja jednak załamuje ręce, bo niby jak mam
jej pomóc? Mieszkam z narzeczonym w jednym domu z jego rodzicami i siostrą,
teraz budują nam dom, ale narzeczony nie chce nawet słyszeć o tym żeby zabrać
matkę do siebie, bo wie jaka jest. Zresztą sama nie chciałabym, bo wierzcie
mi, że z tą kobietą ciężko jest żyć. Ona zawsze wie najlepiej, wszyscy są źli,
nikt sie nią nie interesuje itp itd. Próbowałam wiele razy pisać różne pisma,
podania o to żeby ojca zamknęli w zakładzie zamkniętym (ja muszę to wszystko
załatwiać), bo zarzucała mi że się na nią wypięłam, że mam iść do swojej
drugiej mamusi itd. Nie udało się nic załatwić, bo wszystcy dobrze wiemy, że w
Polsce prawo jest za katem a nie za ofiarą... Jestem zalamana, matka odbiera
mi spokojny sen z powiek. Nieustannie zarzuca mi że ją olałam, że nic nie
robię itp. Uważa, że powinnam chyba bić się z ojcem kiedy wariuje, być na
każde jej zawołanie. Mój narzeczony też powinien wg niej coś robić... Wszyscy
powinni tylko nie ona... Ta sytuacja mnie dobija, odbiera mi spokojny sen z
powiek... Przecież ja nie mogę nic zrobić, nie mam kasy żeby kupić jej
mieszkanie... A może rzeczywiście jestem wyrodną córką, która zostawiła ją
samą? Co o tym sądzicie? Nie mam prawa układać sobie wreszcie spokojnego
życie, które ona jako matka powinna mi zagwarantować? Z jednej strony mam
wyrzuty sumienia, ale z drugiej chciałabym też założyć własną - normalną
rodzinę, a nie wiecznie pilnować matki, która tkwi w tym wszystkim, nie chce
się rozwieść i nie potrafi sobie z tym wszystkim radzić, tylko dręczy nas
(mnie i siostrę) i obwinia o całe zło, które robi ojciec... Mam już dość -
załamuję na to wszystko ręce... :(