taziuta
13.12.09, 17:39
Przy okazji Ex.mili rozważań o śmierci, przypomniała mi się moja
historia z Chin, gdy się o nią (śmierć, nie Ex) prawie otarłem.
Pisałem o niej kiedyś na prywatnym forum, ale na otwartym jest
to 'premiera'. Ale spoko, nie o śmierci jest to historia.
Był rok 1988, przed Tien an men.
Pływałem wówczas na amerykańskim statku z polską załogą,
również z polskim kapitanem, który nie wiedzieć czemu mniał mnie
za pijaczynę.
Wylądowaliśmy raz w Chinach, gdzieś na wschodnim wybrzeżu (nie
interesowałem się wówczas jeszcze nawigacją, i nie pamiętam gdzie
dokładnie), i po wachcie poszliśmy z kumplami do miasta.
Tam bardzo posmakowało nam chińsie piwo Wielki Mur,
pite na zmianę z winem Wielki Mur
i wódką Wielki Mur...
No i kiedy wracaliśmy do portu, schodząc po schodach, potknąłem się
i po spadku swobodnym, długim na mniej więcej 10 stopni, wylądowałem
czołem na betonie. I już wiem co jest po śmierci. Jest
nic...
Odzyskałem przytomność w szpitalu, wieziony na wózku po korytarzu,
którego ściany miały takie ładne wzorki, ślady po szalunkach, jak
u nas w poniemieckich bunkrach. Tchnęli tam we mnie nowe życie,
pozszywali i odwieźli na statek, na którym, od tamtej pory,
kapitan zabronił ochmistrzowi sprzedawania mi alkoholu...
Następnym naszym portem była Surabaja w Indonezji, gdzie oprócz
zapasu brandy kupiłem również koszulkę, której napis mi się bardzo
spodobał. Szło to tak:
I don't have a drinking problem
I drink
I get drunk
I fall down
No problem!
I to już prawie koniec tej historii. Dodam jeszcze, że lubiłem
zakładać tę koszulkę na posiłki w messie oficerskiej, gdzie
siadaliśmy z kapitanem przy sąsiednich stolikach