antyprawak
16.04.10, 21:01
Chyba najbardziej sensowny tekst, na temat wiadomo jaki -
"Nie cierpię Wawelu. Nie cierpię tego typu miejsc bogoojczyźnianych
pielgrzymek i narodowych uniesień. Nie cierpię kapiących przepychem,
złotem i purpurą ołtarzy monarchii. Wraz z zachwytami nad nimi, wraz
z ciszą nakazaną tam zwyczajami lub przez wszędobylskie tablice
subordynujące, wraz z zadzieraniem głowy, by spoglądać w srogie,
poważne, dostojne twarze sportretowanych królów, wciąż oddaje się
hołd staremu porządkowi.
Stiuki, wazy, gobeliny, mozaiki, rzeźby, żyrandole, portrety dam,
obrazy bitew, historie królewskich rodów to przejawy epok, które je
stworzyły, to zapis ówczesnych gustów, to przejaw zasobności dworu.
To butne manifestacje przepaści, jaka dzieliła władających od
poddanych. Wozimy tam kolejne szkolne roczniki z całej Polski.
Zmuszamy dzieci, by na te widoki pokorniały. Szkolimy w podziwianiu
autorytarnej, nieznoszącej sprzeciwu, aroganckiej władzy. Uczymy je
nostalgii wobec tamtych czasów. Czasów zmitologizowanych
jako „złote”. Pełnych dzielnych rycerzy z mieczami, pięknie śpiących
królewien i wielce mądrych królów. To z nimi utożsamia się kwiat
młodzieży polskiej, bo na Wawelu próżno szukać znaków, że za czasów
monarchii żył - i jak żył - ktokolwiek poza rodziną królewską,
dworem i obsługującymi go artystami. Nikt zwiedzającym Wawel nie
powie, że w tamtych czasach nie na tron mieliby szanse, lecz na
odrabianie pańszczyzny, opłakiwanie synów wcielanych do armii albo
patrzenie, jak bezkarność panów niszczy życie najpierw im, a potem
ich córkom. Bo na Wawelu nie ma historii choćby tych, którzy go
budowali własnymi rękami. Ani tych, którzy musieli wykarmić jego
dwór. Nie ma tam pamiątek po ludziach, którzy feudalizmu czcić nie
mają za co. Chętniej by go przeklęli.
Prawomocna historia państwa, a za nią historia jako szkolny
przedmiot nauczania, to wciąż historia zwycięzców. Nie tylko
międzykrajowych wyżynanek, na które kolejni władcy, błogosławieni
przez kolejnych biskupów, wysyłali tabuny ludzi. Także tych
wewnętrznych, których jedynym zwycięstwem, traktowanym jak zasługa,
było urodzić się w odpowiedniej rodzinie.
Już nie wypada jawnie głosić, że komuś się z urodzenia bardziej
należy niż innym, więc demokracje wynalazły rozmaite sposoby, by
przywileje urodzenia ukryć pod pozorami, z których najcwańszym jest
tzw. powszechny dostęp do edukacji. Pielgrzymując do miejsc takich
jak Wawel - zamiast traktować je jako dokumenty historii - wciąż
jednak afirmujemy najbardziej arbitralne hierarchie i porządek,
który je podtrzymywał. To, co wzbudza estetyczne ochy i achy to nic
innego jak znaki przemocy, dzięki której władza mogła być utrzymana.
Na lekcjach historii każdą rewolucję przedstawia się jako atak
rozjuszonej, brudnej, chamskiej tłuszczy na delikatnych, wrażliwych
na sztukę, dystyngowanych władców. Wawel to epoka świetności tych
ostatnich. To wcielenie właściwego stosunku do nich - pełnego
nabożnego podziwu, ewentualnie niezrozumienia. To przypominanie
tłuszczy, że wobec władców przybierają rozmiary mrówek. Wciąż to
sobie robimy. Wciąż robimy to naszym dzieciom.
Czego tu zatem bronić przed tragicznie zmarłym prezydentem? Co to
znaczy, że ktoś „nie zasłużył” na Wawel? Jeśli ktoś ma być na
Wawelu, to niech to będą właśnie konserwatyści, tęsknie usposobieni
do czasów, gdy władza nie musiała się z niczego tłumaczyć. Ja
traktuję grób na Wawelu jako przejaw alienacji władzy. Tej dosłownej
lub tej, która objawia się w polu kultury. Osobiście chciałabym być
pochowana wśród świata, którego częścią się czułam i który
przyjmował mnie jako swoją część. Jeśli rodzina pary prezydenckiej
stwierdziła, że takim właśnie światem był dla zmarłych Wawel - czemu
im go odmawiać?
Broniąc pałacu przed królem, wciąż dajemy wyraz przywiązania do idei
pałacu."
www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Zawadzka-Mam-gdzies-Wawel/menu-id-1.html