wylogowany.pielegniarz
27.04.10, 00:07
Postanowiłem, że przestanę się przejmować tym szambem w postaci TVP. Już mnie
nie interesuje czy Pospieszalski stał się tak bardzo patriotyczny, prawdziwie
polski i rewolucyjny w swoim zapale krzewienia idei IVRP, że wyszedł poza
skalę z jednej strony, przekroczył Rubikon(choć wielu zapewne powie, że zrobił
to już dawno) i wynurzył się z drugiej strony, stając się propagandystą na
miarę... Nie oglądałem dzisiejszych wyczynów Janka w czasie najlepszej
oglądalności, bo wystarczyły mi jego seanse nienawiści, które miałem okazję
zobaczyć w ostatnim czasie, w okresie żałoby. Mam to gdzieś.
Postanowiłem lepiej spożytkować ten czas i wybrałem się na Whatever
Works Allena, a zaraz potem piwko czy trzy i dyskusję o ostatnio
widzianych holiłódzkich pozycjach. No i musiał wrócić temat Avatara. Przyznam,
że pomimo tego, iż film od początku wydawał mi się dosyć słaby, to im więcej
czasu mija od jego obejrzenia, tym bardziej nijakim, tendencyjnym czy wręcz
prostackim w swej wymowie, go widzę. Tak, muszę przyznać, że pod względem
treści, choć nie tylko, ten film jest wręcz żenująco słaby. To wręcz smutne,
że 3D przykryło gigantyczne słabości tego filmu.
I, żeby nie było, że uważam Camerona za jakiegoś tandeciarza, to zrobiłem
sobie małe porównanie Avatara do Terminatora 2, który swego czasu był także
filmem przełomowym, pod względem efektów specjalnych. I w tym porównaniu
Avatar wypada zdecydowanie blado. Terminator 2 był i jest rzemieślniczym,
holiłódzkim, rozrywkowym majstersztykiem. Prosta, efektowna, nieaspirująca do
roli czegoś więcej niż rozrywkowej historyjki fabuła, sceny, ujęcia, tempo,
montaż, to są rzeczy, które sprawiają, że Avatar nie dorasta do pięt
Terminatorowi 2. Nawet drewno, z którego składa się od stóp do głów Arnold,
świetnie uzupełniało cały obraz. Ten film, z gatunku prostej, niewyszukanej,
efektownej rozrywki filmowej, jest po prostu znakomity. Jakże blado wygląda
przy nim Avatar, który jest jedynie mieszanką 3D i nieudolnej, topornej próby
przekazania jakichś wyższych idei w megakomercyjnej rozrywce. Nie mam żadnych
wątpliwości, który z tych dwóch filmów Camerona zasługuje na miejsce w
historii kina, a który zasługuje co najwyżej na odnotowanie w statystykach
oglądalności i wpływów, choćby miało być to nawet i miejsce pierwsze.
A co z Allenem? Mogę powiedzieć tyle, że nie żałuję wydanych pieniędzy na
bilet. Film i bohater tak allenowski, że może aż za bardzo? Muszę przetrawić.
Szkoda mi było, że wraz z upływającym czasem bohater tracił nieco pazur, żeby
na końcu przejść na pozycje nieco taniego moralizatorstwa. Ale może i to ma
swój urok?