Gość: Belg w Polsce
IP: *.18-128-109.adsl-dyn.isp.belgacom.be
20.04.12, 16:29
Z onet-u
Belg kupil plac w Polsce, potem stracil 70 % majatku
Luk Vanhauwaert urodził się w małej wiosce we Flandrii (Belgia). Potem mieszkał w Antwerpii, lecz ostatecznie osiadł w pałacu Lenno, pięknie położonym w Parku Krajobrazowym Doliny Bobru. Tutejszy krajobraz przypomina mu kraj dzieciństwa.
Luk Vanhauwaert jest drobnym, zawadiackim biznesmenem, który wszystko próbuje robić po swojemu. Pałac kupił w czasach gospodarczego boomu, na początku tego stulecia. Rozpoczął remont z rozmachem i wyobraźnią. – Miejsce zauroczyło mnie od razu. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Nic „nie boli tu oka”. Panuje pełna harmonia – mówi.
Potem i dla niego przyszły gorsze czasy. W kryzysie, który bardzo dotkliwie doświadczył Belgię, stracił 70 procent majątku. Teraz trudniej mu realizować swoje wizje. Nie poddaje się jednak i dzień za dniem buduje, remontuje, doskonali. I choć twierdzi, że stracił spontaniczność, z entuzjazmem opowiada o swojej Arkadii.
Czasami, w ciągu dnia, zatrzymuje się na chwilę i – jak mówi – wypełnia duszę tym pięknem. Stara się nie poddawać rutynie i zawsze pamiętać, dlaczego tak kocha to miejsce.
Późniejszy import
Zaraz po przyjeździe na Pogórze Izerskie uznał, że nie może rozmawiać z sąsiadami w języku, którego nie rozumieją. Dzielnie więc uczy się polskiego. Co wieczór notuje dziesięć słów. Chce być bliżej ludzi, z którymi żyje i pracuje, i móc z nimi rozmawiać o wszystkim.
Uważa się za obywatela tej małej i tej dużej ojczyzny, w której "wszyscy są obcy, tylko ja jestem późniejszy import". Postanowił też przyjąć polskie obywatelstwo. Chce być swój.
– Przyjechałem tu w 2000 roku, w dniu moich urodzin. Żeby kupić ten pałac, musiałem czekać dziewięć miesięcy, zanim przyjdzie pozwolenie z ministerstwa. Miałem czas i dużo jeździłem jeepem po okolicy. Jak tylko była okazja, skręcałem w boczne dróżki. Kiedyś wjechałem w leśną drogę. Po pewnym czasie zaczęła ona spadać bardzo ostro w dół, robiła się coraz węższa, aż w końcu nie dało się z niej zawrócić. Drogę zamknęła mi skarpa i kamienie wzdłuż rzeki. Nie miałem powrotu. Zdjąłem spodnie i sprawdziłem grunt. Wydawał się dość twardy. Cóż mi pozostało w tej sytuacji. Zaryzykowałem. Przejechałem bród. To był mój chrzest.
– Na początku mieszkałem w jednym małym pokoiku. Jak padał deszcz, woda leciała mi na łóżko. Nie miałem żadnego biznesplanu. Wszystko robiłem na bieżąco. Sam, bo żona umarła w 1990 roku. Pierwsze dwa lata po jej śmierci były straszne. Było mi bardzo trudno. Ale tutaj znalazłem życie. Jestem jednym z tych szczęśliwców, którzy znaleźli swoje miejsce na Ziemi – mówi Luk.
W tym czasie wszystko zdawało mu się piękne i łatwe. Nie wyobrażał sobie, ile przeszkód będzie musiał pokonać, ile znieść upokorzeń. Ale prawdziwa miłość jest cierpliwa i wyrozumiała.
Solidarnie o wodę
Luk znosi godnie polską biurokrację z nadzieją, że metodą małych kroków osiągnie cel. – W Polsce papier jest ważniejszy od człowieka. To zwalnia ludzi z odpowiedzialności. Jest papier – to znaczy, że sprawa jest załatwiona. Nie znam innego kraju, gdzie są takie restrykcyjne przepisy kominiarskie i gdzie jednocześnie jest tyle spalonych domów – komentuje.
– Polacy są zamknięci. Nie mają zaufania. Być może jest to sprawa systemu, w którym się wychowali – ocenia Luk. – Ja to widzę, ale kontakt z ludźmi mam dobry. Oni chyba po 10 latach czują, że nie chodzę z nosem w górze. Ludziom mówię wprost, co mi się podoba, a co mi się nie podoba. Nie jestem dyplomatą i czasami mam przez to wrogów.
Ale widzę też prawdziwe walory tego kraju, ludzi... Takie jak na przykład solidarność. Jak tylko dzieje się coś ważnego, zdarza się jakaś katastrofa, to Polacy się jednoczą – mówi Luk.
Tę ludzką solidarność widać też było jakieś sześć lat temu, kiedy Lukowi chcieli odłączyć wodę. Wieś murem stanęła za nim. Wtedy za własne pieniądze naprawił zniszczony wodociąg. Dzięki niemu wieś miała wodę.
– To były generalnie złe czasy dla mnie. Czasy, kiedy ujawniła się polska ksenofobia, szukanie zewnętrznego wroga. Ja przez chwilę byłem taką czarną owcą. Konflikt w sprawie wodociągu trwał cztery lata. Co dla mnie ważne – mieszkańcy byli po mojej stronie. Dwadzieścia osób z okolicy mnie broniło – opowiada Luk.
W środku krajobrazu
Na jego posiadłość składają się: budynek pałacowy, oficyna, gołębnik, budynek zwany Belwederem, dwa gigantyczne budynki gospodarczo-mieszkalne, budynek z pokojami gościnnymi, dawny budynek kolonii dziecięcych z lat 70. XX wieku oraz ogród z parkiem.
W pałacu, w którym na razie zagospodarowano tylko pierwsze piętro, znajduje się kawiarnia. Serwuje się tu pyszną szarlotkę "Lenno". Można także zjeść swojski żurek i pierogi. Belweder z kolei to najwyżej położony budynek, idealny pod względem widokowym.
– Teraz jednak nie spełnia swojej funkcji. Zasłonięty jest przez rozrastające się samosiejki, których nie można wyciąć, ponieważ budynek położony jest na granicy rezerwatu – mówi Luk.
Budynki gospodarcze pełnią obecnie funkcję magazynów, a część mieszkalna funkcję schroniskową. Budynek dawnych kolonii to ciągle modernizowany i ulepszany obiekt dla gości.
Wszystkie pałace w okolicy mają bardzo podobną ofertę. Jako główną atrakcję proponują atmosferę pałacową w postaci marmurów i luksusów. Poza tym konie, spa, masaże, propozycje wyjazdów do Pragi i innych pobliskich miast. Organizują u siebie śluby i inne uroczystości. Z tego żyją.
Luk nie myśli o takich działaniach. Stawia na artystów, którzy w ciszy i miejscowym krajobrazie szukają natchnienia, oraz na turystów, którzy uszanują to, co oferuje im okolica. Jest pewien swojego pomysłu na turystykę. Wybiera to, co niezwyczajne, szczególne.
– Ja proponuję "pałac inny niż inne". Stawiam na ciszę i spokój, naturalne walory widokowe okolicy. Mam stałych bywalców: pisarza, artystów malarzy, kilku młodych zdolnych przyjaciół. Przyjeżdżają tu też ludzie po prostu wrażliwi na tutejszy krajobraz – mówi.
Goście trafiają tu w różnoraki sposób. Zaczęło się od częstych wizyt jego córek, potem ich przyjaciół. Potem przyjaciół przyjaciół. Wszystkich karmił, gościł za darmo, często ich nie znając. Akceptowali surowe warunki noclegu we własnym śpiworze, następnym kupił materace. Potem, bardziej wymagającym – łóżka.
Teraz grono przyjezdnych stało się już anonimowe. Oczekują szaf, stolików, warunków do odpoczynku po stresie miejskiego życia. To dla nich ta kawiarnia i posiłki z produktów z ogrodu warzywnego i sadu.
Ci, którzy szukają aktywnego wypoczynku, mogą wynajmować kajaki i spływać Bobrem. Gospodarz opracowuje dla nich specjalne trasy, podpowiada atrakcje. – Moja zasada to indywidualne podejście do każdego gościa i pełna swoboda – mówi.
.../....