Gość: niunio bąbel
IP: *.chello.pl
21.10.04, 20:27
Te słowa powtarzało mi wielu, którzy pracowali za granicą.
Mówili mi, że można pracować dla żyda, murzyna, włocha, a nawet dla chińczyka
i hindusa. Ale zawsze przestrzegali mnie, abym nigdy nie spotkał polaka na
swojej drodze.
O słuszności tych słów przekonałem się dopiero, kiedy wyjechałem za granicę
pracować w "międzynarodowym" towarzystwie.
Było nas wielu, z wielu państw: z Litwy, Łotwy, Czech, Słowacji, Rosji, a
nawet z Niemiec. Z Polski byłem tylko ja. Praca nie była ciężka, dobrze
płatna, a poza tym większość czasu wszyscy solidarnie ściemniali.
Statystycznie połowa czasu pracy, to było obijanie się, spanie po kątach,
picie, pykanie w karty, wypady do sklepu itp.
Od chwili wejścia Polski do UE zaczeli przyjeżdżać moi rodacy.
Pierwsze (i najgorsze ), co wszystkich trafiło, to ich chęć wykazania się i
pokazania swojej pracowitości.
Od pierwszego dnia nie patrząc, że są w cywilizowanym kraju, gdzie pracuje
się " normalnie " zaczeli udowadniać szefowi, że potrafią tą samą pracę
wykonać w dwukrotnie któtszym czasie niż inni, za tą samą stawkę.
Potem, kiedy szef miał jakaś " akcję " i pytał się, kto zgłasza się na
ochotnika, oczywiście " las rączek " podnosili polacy. To samo działo się w
przypadku prośby szefa o zostanie po godzinach.
Doprowadziło to do tego, że wszyscy robili cztery dniówki w 8 godzin,
zostawali po godzinach, a dodatkowo szef pododawał każdemu obowiązków.
I mogłoby się wydawać, że już gorzej być nie może ( Czesi i Niemcy zostawili
tą robotę i poszli dalej ), a tu nagle przyjechali polacy ( nie znający
języka )z karteczkami, że zgadzają się pracować... za połowę stawki.
Efekt był łatwy do przewidzenia. Albo to samo, co teraz - za połowę stawki,
albo do widzenia.