Gość: samo zycie
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
11.01.05, 17:20
Mimo że Polacy po 1 maja ub. r. uzyskali w W. Brytanii prawo pracy, ich
status nie różni się istotnie od położenia osób pracujących na czarno:
zarabiają niewiele i żyją w opłakanych warunkach - napisał w obszernym
reportażu wtorkowy "The Guardian".
"Trudność polega na tym, że elastyczny rynek pracy w W. Brytanii jest
opanowany przez nielegalną działalność, dlatego wiele osób z krajów nowo
przyjętych do UE wpadło w tę samą (co poprzednio przed 1 maja - PAP) pułapkę
nielegalnych płac (poniżej ustawowej stawki minimum) i egzystencji w
upokarzających warunkach" - stwierdza gazeta.
Rządowa strategia otwarcia rynku pracy dla siły roboczej z nowych krajów UE
nie sprawdziła się - twierdzi autorka reportażu Felicity Lawrence. Celem
strategii było położenie kresu nadużyciom w szarej strefie gospodarki i
zapewnienie pracodawcom nowej, legalnej puli siły roboczej.
Z doświadczeń Polaków, którzy trafili do Exeter w południowo- zachodniej
Anglii, gdzie pakowali kurczaki dla sieci supermarketów Sainsbury's wynika,
że byli oni wykorzystywani i niedopłacani. Mogli także być wykorzystywani
przez przestępczy półświatek do oszustw w zakresie systemu zasiłków i
świadczeń socjalnych.
Nie byli przy tym bezpośrednio zatrudnieni przez fabrykę, która jest dostawcą
dla Sainsbury's, lecz przez siatkę agencji pośrednictwa pracy i pośredników.
Mieszkali w opłakanych warunkach, mając do dyspozycji tylko materac do spania.
W przypadku ujawnienia, w jakich warunkach żyją i ile zarabiają, grożono im
wyrzuceniem na bruk i odebraniem dwutygodniowych zarobków. Polacy czuli się
zastraszeni także i z tego powodu, że zakazano im chodzenia w większych
grupach, by nie zwracali na siebie uwagi otoczenia.
Za mieszkanie potrącano im przy wypłacie 40 funtów, mimo iż prawo nakazuje,
by w przypadku pracowników otrzymujących płacę minimum i mieszkających na
koszt pracodawcy nie było to więcej niż 25 funtów. Podatki zaś potrącano im
według najwyższej stawki podatkowej. Po kilku pracowało na jednym i tym samym
numerze ubezpieczenia.
Po potrąceniach, za 40 godzin pracy otrzymywali na rękę niespełna 115 funtów
(ok. 690 złotych). Czasem przy przekazywaniu pieniędzy potrącano im dalsze 15
funtów, lub nawet bez podania powodu nie przekazywano tygodniowej wypłaty.
Ponieważ nie wiedzieli, kto jest ich pracodawcą ani szefem, nie mieli się
komu poskarżyć. Większość nie zarejestrowała się do pracy w brytyjskim MSW po
to, by uniknąć opłaty w wysokości 50 funtów.
Z powodu skarg sąsiadów - Anglików do władz lokalnych i interwencji posła,
Polacy zostali zatrudnieni bezpośrednio przez firmę, dla której pracowali, a
nie przez agencję pośrednictwa pracy i ich warunki poprawiły się.