byly_eurokrata
17.09.06, 22:54
Rozpocznę nowy wątek, żeby nie zaśmiecać wątka o wrażeniach z ustnego.
Na początek kilka opinii o polskim tłumaczeniu acquis. Zrodlo (dzieki milej
osobie za wskazanie!:
www.maart.pl/?p=c&l=pl&s=art_bladna
Disclaimer: link podaje subiektywne opinie internautów - nie przejmuje za nie
odpowiedzialności
- Na stronach internetowych UKIE można znaleźć sprostowania do ponad 300
unijnych aktów prawnych
o spółce, która wygrała przetarg:
"Spółka została stworzona pod ten przetarg i tylko dla tego kontraktu.
Dostała kontrakt - odwaliła fuchę (np weryfikatorami - weryfikacja
poprawności tłumaczeń terminologii prawniczej byli studenci warszawscy po 5
zł za stronę)- po zamknięciu kontraktu firma przestała istnieć. Oto Polska
właśnie."
Została zarejestrowana w lipcu 2001r., większościowym udziałowcem była firma
luksemburska wydająca akty prawne UE + udziałowcy którzy najwyraźniej nie
chcieli się uajwnić (brak danych w KRS) i reprezentowało ją
dwóch "frontmentów" - młodzieńców bez żadnego wcześniejszego doświadczenia w
tym zakresie. Jeden z nich miał wcześniejsze układy z MSZ, a o drugim nic
zupełnie nie wiadomo, chyba dopiero co skończył jakieś studia. Okazało się
jednak, że młodzieńcy, lub ich mocodawcy, byli chyba wyjątkowo utalentowanymi
menadżerami bo już w niecałe 3 miesiące po zarejestrowaniu spółki
wystartowała ona do kluczowego przetargu UKIE na kilka milionów PLN i,
ku zdumieniu wszystkich, wygrała go. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że
spółka ta nie spełniała kilku podstawowych warunków SIWZ, do których należały
przede wszystkim warunek "min. 3 lata doświadczenia na polskim rynku",
tudzież wykazanie się odpowiednim potencjałem, dorobkiem i kadrą (w Polsce)
etc"
Zanim polecą argumenty, że dlaczego unia do tego dopuściła: za tłumaczenie
acquis przed akcesją były odpowiedzialne rządy narodowe, a nie unijne służby
językowe
Dalej czytamy:
"Po kilku latach, jak już pieniądze wypompowano i zaczął się robić szum wokół
beznadziejnej jakości tych tłumaczeń, firma zamknęła podwoje przekazując
swój "know-how" i wszystkie kontakty zaprzyjaźnionej firmie o podobnej
renomie"
"Dowcip w tym, że tlumaczenie było robione tak, że często tlumacze
dotłumaczali tylko wyrwane z kontekstu zdania lub fragmenty. Nie znajdziesz
autora dzieła, bo go nie ma. To są zlepki tłumaczeń kilkudziesięciu osób
składane przez program komputerowy."
"Cała ta sprawa narobiła ogromnej szkody środowisku tłumaczy. Bo zawodowi
tłumacze się tego nie dotykali - generalnie i gremialnie odmówili gdy a)
ujrzeli warunki na jakich to miało być robione"
W artykule pada stwierdzenie, że dokumentacja wyglada, jakby była tłumaczona
przez trzy osoby, a sklejana w całość przez czwartą. Błąd. Ona
była "tłumaczona" przez co najmniej kilkadziesiąt osób. Sklejał ją program
komputerowy do "wspomagania" tłumaczenia. A dokładniej tłumaczenie polegało
na tym, że jeżeli jakieś zdanie lub zwrot ktoś w jednym dokumencie raz
przetłumaczył, to jeżeli identyczne zdanie lub zwrot występowało w innym
dokumencie, program samoczynnie i bezmyślnie je podstawiał - nie bacząc (bo
nie jest do tego zdolny) na kontekst. "Tłumacze" (głównie ludzie z łapanek
dorabiający sobie jako tłumacze) byli zdalnie podpięci terminalami pod
ów "wspaniały" program, który podrzucał im do tłumaczenia tylko jeszcze nigdy
nie przetłumaczone zwroty i fragmenty - resztę sam wcześniej podstawiał z
bazy."