Niedawno przeczytane. Judt o socjaldemokracji s...

21.12.09, 21:37
"Judt nazywa tę nową przyszłą formację "socjaldemokracją strachu", która
uświadamia nam, że odrzucenie socjalnych zdobyczy ubiegłego wieku źle się
skończy."
_____________

Naturalnie, że ma poważne szanse źle się skończyć. Ale warto pamiętać, że
okres społecznego, powszechnego dobrobytu, jakiego Europa i USA doznały po II
WS to WYJATEK w skali historii a nie jakaś powtarzająca się co jakiś czas
reguła. To, że idee i rządy socjaldemokratyczne dały powszechny dobrobyt
wynika z tego, że pozwolono im na to. A pozwolono, bo sytuacja była wyjątkowa.
W konfrontacji dwóch potężnych przeciwstawnych systemów zgodzono się na
równomierniejszy podział zamożności, najwyraźniej głównie dlatego, by idee
komunistyczne płynące z ZSRR nie miały tej pożywki, którą np. miały w III.
Swiecie.
Nie było większych beneficjentów radzieckiego komunizmu niż przeciętni
obywatele Zachodu.

Podobnie zachował się swego czasu przenikliwie myślący Bismarck i dając
robotnikom podstawowe przywileje socjalne ukręcił w Niemczech łba kiełkującym
dzięki Marxowi nastrojom rewolucyjnym.

Socjaldemokracja "strachu" może nie zadziałać, bo ci co posiadają wierzą
najwyraźniej, że najgorsze niebezpieczeństwa zażegnano wraz z kompromitacją i
upadkiem tzw. komunizm na wschodzie. Samo powoływanie się na piękną kartę z
przeszłości tu nie wystarczy, a nowych idei "straszących" i poskramiających
elity pieniądza i władzy brak. I tu jest problem, bo bez idei przewodniej
gniew pauperyzowanego coraz bardziej ludu może się wyładować w powszechnej
agresji "wszyscy przeciw wszystkim" i wytworzyć stosunki społeczne jak w
Kolumbii, Meksyku czy w Brazylii - z coraz powszcechniejszymi bandami,
rabunkami i strzelaninami na ulicach. Superbogaci bądą w swych fortecach
obserwować to wszystko z bezpiecznej odległości.
    • jamci44 "Armchair socialist" duma 23.12.09, 12:13
      Zastanawia mnie, z kim i właściwie o czym ci "socjaldemokraci"
      dyskutują. Wychodzi jakiś natchniony mętlik, walka z wytwarzanym
      przez siebie cieniem. Dopiero wtedy, jak ta "socjaldemokracja" powie
      sobie jasno, a nie z nieokreślonego poczucia obowiązku moralnego,
      jak się rzeczy mają, to może wtedy odzyska jakąś tożsamość. Dzisiaj
      ta socjaldemokracja to są "armchair socialists" wygodnie ulokowani
      w akademiach i parlamentach, uznając za swoją misję czy definicję
      intratne troszczenie się. Tyle że do troszczenia się mają olbrzymią
      konkurencję polityczną, bo troszczenie się jest dzisiaj doskonałym
      towarem wyborczym dla partii wszystkich barw. Wszystkich. I tu od
      razu widać, że te straszliwe wizje powrotu jakiegoś nieludzkiego,
      XIX-wiecznego, albo wręcz XVIII-wiecznego państwa "nieograniczonego
      wolnego rynku" to są retoryczne strachy na Lachy i służą wyostrzaniu
      sobie rozmytej tożsamości. Nawiasem mówiąc, dziś nie ma, NIE MA,
      nieograniczonego wolnego rynku, to tylko taki socjaldemokratyczny
      greps językowy.
      Od takich strachów na Lachy i "tożsamościowych" chwytów
      retorycznych "socjaldemokratyczne" "diagnozy" i dyskusje się roją.
      Od początku:
      1. Pisze ów Judt z przyganą jakąś, że jest "powszechne odnoszenie
      się we wszystkich dyskusjach publicznych do ekonomii" (i jakoby ten
      problem tkwi w języku, wniosek – trzeba chyba przerobić język?). Cóż
      tu odpowiedzieć? Nie, nie we wszystkich dyskusjach. Nie we
      WSZYSTKICH. Poza tym Judt chyba ma na myśli, że w niektórych
      dyskusjach można się odnosić do ekonomii, bo nie sposób się w ogóle
      do niej nie odnosić. W takim razie w których "dyskusjach
      publicznych" można, a w których nie można?
      2. "Pod koniec lat 70. zaczęto wprowadzać deregulacje, które
      przywróciły problem nierówności. Status ekonomiczny znów zaczął
      silnie wpływać na poczucie przynależności do wspólnoty
      obywatelskiej". Znowu jakieś mroczne ogólniki. Dlaczego "zaczęto"
      wprowadzać deregulacje, dla widzimisię? Zaczęto je wprowadzać,
      przynajmniej w niektórych państwach, po okresie
      socjaldemokratycznych rządów skupionych na dystrybucji i nie
      zawracajacych sobie zbytnio głowy ekonomią właśnie. A status
      ekonomiczny "ZNÓW" zaczął wpływać na poczucie wspólnoty - "znów", to
      znaczy, że kiedyś nie wpływał? Jakoś nie przypominam sobie, żeby
      socjaldemokraci byli "KIEDYŚ" zadowoleni. Inną sprawą jest
      zastanawianie się, jak zmniejszać nierówności, a inną jest sianie
      zamieszania przez mętne, ideologiczne "diagnozy" z jakimś ukrytym
      ostrzem wymierzonym nie wiadomo w kogo - wiadomo tylko, że przecież
      nie w samych socjaldemokratów, bo oni są dobrzy, wiedzą i są
      zatroskani.
      3. "Takie są choćby skutki prywatyzacji. Teoretycznie to sposób na
      zwiększenie efektywności przedsiębiorstw państwowych i zyski budżetu
      państwa. W praktyce, pisze Judt, żadnego z tych celów zwykle nie
      daje się osiągnąć". Jeśli to wierne streszczenie myśli Judta, to
      byłaby to myśl płaska i pełna protez
      retorycznych. "Choćby"?! "Teoretycznie"?! "W praktyce"?! "Żadnego -
      zwykle"?! Pomińmy problem sam w sobie: czy człowiekowi w ogóle
      kiedykolwiek udaje się osiągać wszystkie cele.
      3. "Państwo przestaje się czuć odpowiedzialne za swe tradycyjne
      funkcje. ... Judt proponuje, by myśleć o państwie jako 'wcieleniu
      zbiorowych interesów, celów i dóbr'". "Przestaje się czuć"?! Fajna
      figura. Dla ścisłości jednak poza igraszkami słownymi: otóż nie ma
      dziś w świecie zachodnim takiego państwa, które "przestaje się czuć
      odpowiedzialne", wręcz przeciwnie - "zaczyna się czuć
      nadodpowiedzialne", stara się robić takie wrażenie, bo to się
      politycznie opłaca, a jak już choćby tylko się stara, to zawsze coś
      z tego zostaje i mniej lub bardziej pokracznie się realizuje. Tak
      czy siak, nie ma dziś takiego państwa, które „przestaje się czuć
      odpowiedzialne". I przyznaje to chyłkiem sam Judt: "Nie chodzi
      jednak o to, by państwo odpowiadało za wszystko, przeciwnie - wobec
      doświadczeń XX w. trzeba najpierw zdefiniować granice, jakie należy
      państwu postawić". Hi, hi. No proszę, jakie odkrycie konkretne.
      4. "Prosty powrót do idei socjaldemokratycznych jest
      niemożliwy". "Prosty powrót"!? A więc możliwy jest nieprosty. Można
      się bawić w takie "zmienianie języka". No, ale teraz jednak
      wyjaśnienie:
      "Lewica demokratyczna powstała jako alternatywa dla bardziej
      bezkompromisowego rewolucyjnego socjalizmu marksistowskiego, a
      następnie - jego komunistycznego następcy. Ta swego rodzaju
      schizofrenia była wówczas nieodłączną cechą socjaldemokracji".
      Schizofrenia może tak, ale w poprzednim zdaniu ani jedno słowo nie
      jest prawdziwe. "Lewica demokratyczna" - chyba chodzi
      o "socjaldemokrację" - nie powstała jako alternatywa, tylko powstała
      zupełnie równolegle do radykałów komunistycznych jako inna
      interpretacja Marksa, jako efekt różnicy zdań - przy założonym TYM
      SAMYM celu: społeczeństwa szczęśliwości komunistycznej - co do drogi
      do tego celu prowadzącej. Socjaldemokracja czytała Marksa tak, że
      trzeba przejść przez etap industrialnego społeczeństwa burżuazyjnego
      z demokracją parlamentarną, które siłą mechaniki
      historycznej "przerośnie" w piękne społeczeństwo komunistyczne, gdy
      już do wszystkich dotrze świadomość klasy uniwersalnej -
      robotniczej. A radykałowie uważali, że nie ma co czekać, tylko od
      razu "budować komunizm", choćby w "jednym kraju".
      I właśnie z socjaldemokracją dziś jest nie taki czy nie tyle kłopot,
      że ona się broni przed myleniem jej z ekstremami lewicowymi, ale
      kłopot znacznie poważniejszy: że utraciła ona właśnie tę swoją
      differentia specifica, ten cel społeczeństwa całkiem
      uspołecznionego, razem z gospodarką i tym, w co się przeobrazi
      państwo (które "obumrze").
      No i musi się dziś zajmować transportem publicznym (skądinąd ważnym
      problemem, ale mało eschatologicznym, którym w dodatku zajmują się
      najrozmaitsze partie "prawicowe" i chrześcijańskie tyż).
      A na koniec Judt się zasromał: "Co innego, gdy jest to uprawnienie
      [do pomocy] przysługujące wszystkim. Przyjęcie takiej pomocy
      przysługującej każdemu nie będzie wstydliwe. Jednak takie
      uniwersalne prawa są drogie”. No proszę, ekonomia się pojawiła w
      tej "dyskusji publicznej".
      Mętlik, groch z kapustą, "fotelowy socjalizm".
      • ilpalazzo Re: "Armchair socialist" duma 23.12.09, 13:21
        " Cóż
        > tu odpowiedzieć? Nie, nie we wszystkich dyskusjach. Nie we
        > WSZYSTKICH. Poza tym Judt chyba ma na myśli, że w niektórych
        > dyskusjach można się odnosić do ekonomii, bo nie sposób się w ogóle
        > do niej nie odnosić. W takim razie w których "dyskusjach
        > publicznych" można, a w których nie można?"

        No nie, faktycznie nie we wszystkich. Od czasu do czasu przez medialną sieczkę przebija się jakiś inny głos.

        No i co to jest ekonomia? Czy to jest pytanie, czy dane działanie się opłaca? Komu? W krótkim czy długim okresie?

        "> socjaldemokraci byli "KIEDYŚ" zadowoleni. Inną sprawą jest
        > zastanawianie się, jak zmniejszać nierówności, a inną jest sianie
        > zamieszania przez mętne, ideologiczne "diagnozy" z jakimś ukrytym
        > ostrzem wymierzonym nie wiadomo w kogo"

        No właśnie. Jakieś mętne, ideologiczne biadolenie. Bo przecież system, który umożliwia bogacenie się jednych kosztem ubożenia innych, który pierze każdą możliwą działalność społeczną w bankowych operacjach, został ustawiony przez nie wiadomo kogo. Czego oni chcą, ci socjaldemokraci?

        > retorycznych. "Choćby"?! "Teoretycznie"?! "W praktyce"?! "Żadnego -
        > zwykle"?! Pomińmy problem sam w sobie: czy człowiekowi w ogóle
        > kiedykolwiek udaje się osiągać wszystkie cele.

        No właśnie, skoro "zwykle" nie udaje się osiągnąć wszystkich celów, odpuśćmy sobie, niech "ekonomiści" działają dalej. Pokazali przecież, jak im świetnie idzie, w końcu amerykańskie banki (przynajmniej te największe, dofinansowane z państwowej kasy) mają się lepiej niż kiedykolwiek.

        > interpretacja Marksa, jako efekt różnicy zdań - przy założonym TYM
        > SAMYM celu: społeczeństwa szczęśliwości komunistycznej - co do drogi
        > do tego celu prowadzącej. Socjaldemokracja czytała Marksa tak, że
        > trzeba przejść przez etap industrialnego społeczeństwa burżuazyjnego
        > z demokracją parlamentarną, które siłą mechaniki
        > historycznej "przerośnie" w piękne społeczeństwo komunistyczne, gdy
        > już do wszystkich dotrze świadomość klasy uniwersalnej -
        > robotniczej.

        A to ciekawe, skąd wziąłeś. Bolszewika goń goń goń, zawołał "ekonomista", niewątpliwie w dobrej wierze.
        • jamci44 Re: "Armchair socialist" duma 23.12.09, 19:59
          nie chce mi się gadać, bo ostatni "zarzut" zdradza beznadziejną
          ignorancję co rodowodu zarówno socjaldemokracji, jak bolszewii z
          wizji marksowskich.
    • klasa62 Niedawno przeczytane. Judt o socjaldemokracji s... 23.12.09, 13:45
      " ...dlaczego socjaldemokraci nie potrafią wykorzystać kryzysu, w którym zawiódł niekontrolowany rynek? ..."

      "Niekontrolowany rynek" A to dobre! Banki Centralne, instytucje wspierające tanie kredyty hipoteczne (USA) setki regulacji i to ma być ten niekontrolowany rynek! Kryzys został wywołany prze polityków. Przez zrobienie z banków "instytucji" które nie odpowiadają za siebie - "bo rząd i tak pomoże"
      • real-wegierka Re: Niedawno przeczytane. Judt o socjaldemokracji 23.12.09, 17:13
        Utopią od której nie może lub nie chce uwolnić się świat zachodni to
        myśl taka, że ład społeczny bazuje na uprzemysłowieniu kraju. Żaden
        ekonomista, żadna partia nie dopuszcza do siebie myśli, że coś
        innego a nie przemysł może grać pierwsze skrzypce, jeśli chodzi o
        zaspokajanie potrzeb ludzkich. Nie chodzi mi, że należy zdobycze
        przemysłowe odrzucić, człowiek po prostu się przeliczył, zbyt duże
        nadzieje pokładał w przemyśle. Zauważyłem, że każdy przemysł po
        pewnej fazie prosperity staje się dość szybko kulą u nogi,
        niezależnie od kraju, systemu. Tak było z przemysłem tradycyjnym
        (pierwsza fala industrializacji) a ostatnio z przemysłem finansowym.
Pełna wersja