wisenna
14.07.10, 17:49
Bardzo idealistyczne podejście, szkoda, ze kompletnie nie przystające do rzeczywistości.
Gdyby tak rzeczywiscie było, to nie mielibyśmy problemu braku żłobków, przedszkoli, dostępu do badań czy dyskryminacji kobiet-przedsiębiorców i wielu innych.
Niestety panowie politycy nie borykają się z takimi problemami i dla nich nie mają one większej wagi. Gdyby jeden z drugim musiał radzić sobie z małym dzieckiem, pracą i brakiem żlobka oraz pieniędzy na opiekunkę - od razu znalazłaby się wola polityczna do załatwienia tych spraw. A tak - są to problemy znacznie mniej ważne niż stadiony, drogi i pranie się nawzajem po politycznych mordach.
Czasem mam wrażenie, że z rzeczy dotyczących kobiet na scenie politycznej liczą się tylko te, które są formą kontroli: aborcja, in vitro, antykoncepcja. Cała reszta ma wagę drogi dziesiątej kolejności odśnieżania.
Brednie o łagodzeniu, temperowaniu sceny politycznej przez kobiety są, no cóż, bredniami. Ale to, ze tylko ktoś odczuwający wagę danego problemu będzie skłonny walczyć o jego rozwiązanie, jest już hipotezą wartą rozważenia. Jak mówi stare przysłowie pszczół - syty głodnego nie zrozumie. I dlatego potrzebujemy kobiet polityków.
W tej chwili do polityki moze się dostać tylko kobieta-rekin. A ja chcę kobiet, które nie muszą udowadniać, ze są bardziej krwiożercze niż mężczyźni. Takich, które zajmą się ważnymi dla mnie sprawami, a nie udowadnianiem czegokolwiek mężczyznom. Takie kobiety w tej chwili wstępu do polityki nie mają, bo brak im tej "siły przebicia" żeby tam wejść. Siły, która wcale potem nie stanowi o tym, czy się jest politykiem skutecznym. Selekcja po drapieżności, a nie kompetencjach? Dziękuję, postoję.
Moim zdaniem parytety dają szansę na to, ze za kilka lat nauczymy się wybierać po kompetencjach, a nie donośności politycznego ryku. Wolę postawić na tę szansę na przyszłość, niż zamykać się dzis dobrowolnie w tym skansenie.