miro-24 30.08.10, 01:57 Zgodnie z poprawnością polityczną. Cierpienie uszlachetnia? środki uśmierzające ból i podopieczni Matki Teresy z Kalkuty. ????? Odpowiedz Link Zgłoś czytaj wygodnie posty
gburiaifuria Święta Teresa w praktyce i teorii 30.08.10, 02:18 Matka Teresa w teorii i w praktyce Publicysta Christopherem Hitchensem, jest autorem głośnej na Zachodzie książki Missionary Position: Mother Teresa in Theory and Practice (Misjonarska miłość: Matka Teresa w teorii i w praktyce)Oto przykład. W roku 1994 prowadzone przez Misjonarki Miłości schronisko w Kalkucie odwiedził dr Robin Fox, ówczesny redaktor naczelny bodaj najpoważniejszego pisma medycznego na świecie, The Lancet. Dr Fox, z racji swojego zawodu, był jednocześnie zainteresowany i upoważniony do wypowiadania się na temat standardów opieki medycznej w odwiedzanych przez niego instytucjach. Pierwsze słowa jego relacji zamieszczonej w numerze tego pisma z 17 września 1994 roku wskazują, iż planując swą wizytę w instytucji Matki Teresy spodziewał się, że wyniesie stamtąd jak najlepsze wrażenia. Tymczasem szczególny ton jego uprzejmej relacji zdaje się wskazywać, że panujące w niej stosunki wzbudziły raczej jego zdumienie: Dom od czasu do czasu odwiedzają lekarze, ale większość decyzji podejmują, tak jak potrafią, zakonnice i wolontariusze, z których część ma pewne pojęcie o medycynie. Widziałem pewnego młodego człowieka, którego przyjęto w złym stanie, z wysoką gorączką. Przepisano mu tetracyklinę i paracetamol. Później pojawił się lekarz, który uznał, że chory najprawdopodobniej cierpi na malarię i zaordynował mu chlorochinę. Czy naprawdę nikt nie mógł wykonać rozmazu krwi? Wykonywanie badań, jak mi powiedziano, było w większości przypadków niedozwolone. Czemu jednak nie stosowano prostych algorytmów diagnostycznych, które mogłyby zakonnicom i wolontariuszom pomóc odróżnić chorych, których można było wyleczyć, od tych, którym nie można już pomóc? Znowu się okazało, że takich metod się nie stosuje. Takie podejście wydaje się sprzeczne z etosem tego domu. Matka Teresa nie planuje, lecz w pełni zdaje się na opatrzność. Obowiązujące w schronisku zasady mają przede wszystkim na celu zapobieżenie jakimkolwiek ustępstwom na rzecz materializmu: zakonnice są zresztą w tej samej sytuacji co biedacy ... Zastanawiałem się, czy opiekujące się chorymi siostry zakonne wiedzą, jak walczyć z bólem. Podczas krótkiej wizyty nie mogłem ocenić skuteczności praktykowanego tam metafizycznego podejścia, jednak bardzo zaniepokoiła mnie informacja, że w schronisku nie stosuje się silnych środków przeciwbólowych. Jeśli weźmiemy pod uwagę lekceważenie podstawowych zasad postępowania diagnostycznego, to zaniechanie walki z bólem sprawia, że podejście Matki Teresy do chorych i umierających trzeba uznać za całkowicie inne, niż to, które przyjęto w ruchu hospicyjnym. Osobiście nie mam wątpliwości, które z nich bardziej mi się podoba. Trzeba w tym miejscu wyjaśnić, że Dr Fox nie opisywał jakiegoś ubogiego szpitalika, naprędce ustawionego w rejonie klęski żywiołowej. W roku 1994 Matka Teresa pracowała w Kalkucie już od 45 lat, a jej zgromadzenie od blisko trzech dekad niemal dosłownie tonęło w powodzi darów: finansowych i rzeczowych. Wizytowany przez dr Foxa "dom dla umierających", stanowiący fragment królestwa Misjonarek Miłości, nie miał najmniejszych kłopotów z pozyskiwaniem środków na swoje utrzymanie. Jeśli wyglądał tak, jak go opisał dr Fox, to tylko dlatego, że tego właśnie życzyła sobie Matka Teresa. Lekceważenie podstawowych standardów opieki medycznej to nie przypadkowa sprzeczność z ideałami Misjonarek Miłości, lecz sama istota stosowanej przez nie filozofii pomocy: tej samej, którą wyraża radosne hasło widoczne na ścianie prowadzonej przez Matkę Teresę kostnicy: Dzisiaj idę do nieba! - głosi napis. Zdaniem wielu byłych wolontariuszy wizyta dr Foxa i tak miała miejsce w wyjątkowo dobry dzień. Nie można też wykluczyć, że to właśnie z powodu odwiedzin angielskiego lekarza pensjonariusze domu dla umierających byli tego dnia tak dobrze traktowani. Mary Loudon, jedna z wolontariuszek z Kalkuty, od lat pisząca na temat życia zakonnic i religijnych kobiet, wspomina swój pobyt w domu w następujący sposób: W pierwszej chwili miałam wrażenie, że znalazłam się w Bergen Belsen, lub innym podobnym miejscu, znanym z fotografii i filmów dokumentalnych, gdyż wszyscy pacjenci, kobiety1 i mężczyźni, mieli głowy ogolone do gołej skóry. Nigdzie nie było żadnych krzeseł, tylko nosze, w stylu tych, jakich używano podczas pierwszej wojny światowej. Na terenie posesji nie ma żadnego ogródka ani nawet podwórka. Nic. Zadałam sobie pytanie: Gdzie ja właściwie jestem? Cały dom składa się z dwóch pomieszczeń: w jednym tłoczy się od 50 do 60 mężczyzn, w drugim od 50 do 60 kobiet. Ci ludzie umierają, jednak nikt się specjalnie nie troszczy, by zapewnić im właściwą opiekę medyczną. Nie podaje im się prawdziwych środków przeciwbólowych, otrzymują najwyżej aspirynę lub - jeśli mają szczęście - brufen lub coś podobnego. To wszystko, co się robi, by ulżyć cierpieniom ludzi umierających na raka lub inne groźne choroby... W ośrodku nie było dostatecznej liczby kroplówek. Igły do strzykawek były używane wielokrotnie i sama widziałam zakonnice płuczące je pod kranem w zimnej wodzie. Gdy zapytałam jedną z nich, dlaczego to robi, odpowiedziała, że chce je umyć. Powiedziałam wtedy: "Tak? Ale dlaczego ich nie sterylizujecie? Dlaczego nie myjecie igieł w gotowanej wodzie? To nie ma sensu. Zresztą nie ma na to czasu - usłyszałam w odpowiedzi. Pierwszego dnia, po pracy na oddziale żeńskim, stanęłam w progu pomieszczenia dla mężczyzn, gdzie czekałam na przyjaciela, który opiekował się umierającym chłopcem w wieku około piętnastu lat. Napotkałam tam amerykańską lekarkę, która powiedziała mi, że próbowała leczyć tego chłopca. Okazało się, że cierpiał on na stosunkowo niegroźną chorobę nerek, a jego stan pogorszył się tak bardzo tylko dlatego, że nie podano mu antybiotyków. Chłopiec potrzebował operacji. Amerykanka była wściekła i jednocześnie zrezygnowana, co jest typowe dla ludzi, którzy znajdą się w takiej sytuacji. Powiedziała mi, że chłopiec nie pójdzie do szpitala. - Dlaczego? - spytałam - Przecież wystarczy wziąć taksówkę, zawieźć go do najbliższego szpitala i zażądać, by udzielono mu pomocy. One tego nie zrobią - powiedziała lekarka. - Gdyby zrobiły to dla jednego pacjenta, musiałyby to samo zrobić dla wszystkich. Ale ten dzieciak ma zaledwie 15 lat! - pomyślałam. Powtórzmy: Dochody osiągane przez Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości wystarczyłyby na wyposażenie kilku najwyższej klasy klinik w Bengalu. Jednak siostry nie prowadzą szpitala, lecz nędzne schronisko, które z pewnością byłoby przedmiotem sądowej skargi i protestów, gdyby je prowadził lekarz. Czynią tak nie dlatego, że nie mają innego wyjścia, ale dlatego, że tak sobie życzy założycielka zgromadzenia. Jej celem nie jest niesienie ulgi w cierpieniu, lecz umocnienie kultu zbudowanego na śmierci, cierpieniu i podporządkowaniu. Matka Teresa (która - co warto odnotować - korzystała z usług kilku najlepszych i najdroższych klinik świata zachodniego, lecząc się na serce i inne przypadłości późnego wieku) ujawniła swoje rzeczywiste intencje w jednym z telewizyjnych wywiadów. W rozmowie z dziennikarzem opisywała umierającego w męczarniach, chorego na raka człowieka. Uśmiechając się do kamery, relacjonowała swoją rozmowę z nieuleczalnie chorym pacjentem: - Cierpisz jak Chrystus na krzyżu. To Jezus cię całuje - powiedziała, po czym, nie uświadamiając sobie ironii zawartej w słowach cierpiącego człowieka przytoczyła jego odpowiedź: - Jeśli tak, to proszę, poproś go, żeby przestał. Odpowiedz Link Zgłoś
kapitan.kirk Re: Święta Teresa w praktyce i teorii 30.08.10, 11:39 gburiaifuria napisała: Chłopiec potrzebował operacji. Amerykanka była wściekła i jednocześnie zrezygnowana, co jest typowe dla ludzi, którzy znajdą się w takiej sytuacji. Powiedziała mi, że chłopiec nie pójdzie do szpitala. - Dlaczego? - spytałam - Przecież wystarczy wziąć taksówkę, zawieźć go do najbliższego szpitala i zażądać, by udzielono mu pomocy. Ależ to GENIALNE! Pani, która w ten sposób rozcięła ów węzeł gordyjski powinna zostać jak najszybciej obrana przewodniczącą ONZ, gdyż wtedy z pewnością z miejsca zniknęłyby wszelkie problemy nurtujące świat. W biednych krajach ludzie chorują i nie mają pieniędzy na leczenie? Przecież wystarczy po prostu udać się do najbliższego szpitala i zażądać by udzielono im pomocy. Ludzie głodują, bo nie mają pieniędzy na jedzenie? Wystarczy zaprowadzić ich do najbliżej restauracji i zażądać, żeby dano im jeść. Biedni ludzie mieszkają na ulicach bez dachu nad głową? Wystarczy iść z nimi do nabliższego hotelu i zażądać by ich zakwaterowano... Doprawdy, dziwni są ci biedni, że sami na to wcześniej nie wpadli i trzeba im takie banalne rzeczy uświadamiać :-/ One tego nie zrobią - powiedziała lekarka. - Gdyby zrobiły to dla jednego pacjenta, musiałyby to samo zrobić dla wszystkich. Ale ten dzieciak ma zaledwie 15 lat! - pomyślałam. Bezduszne potwory w habitach nie chcą zająć się specjalnie jednym cacanym chłopczykiem który spodobał się dobrej białej pani, zasłaniając się bzdurnym argumentem, że mają pod opieką w sumie 100- 120 osób które tak samo chcą żyć... Doprawdy, słuszne jest oburzenie na takie zezwierzęcenie. Nie jest jasne co prawda, dlaczego - skoro tak łatwo jest dzieciakowi pomóc - Autorka jakoś poprzestaje jedynie na miotaniu gromów na okrutne zakonnice, zamiast po prostu sama wziąć taksówkę, zawieźć go do najbliższego szpitala i zażądać, by udzielono mu pomocy... :-O Powtórzmy: Dochody osiągane przez Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości wystarczyłyby na wyposażenie kilku najwyższej klasy klinik w Bengalu. Ba - ale skąd o tym wiadomo? We wszystkich tych tekstach brak konkretów - poza tym, że zakon rzekomo "tonie" w powodzi darów i pieniędzy, a być może ma nawet 50 milionów dolarów na jednym z amerykańskich kont... Sęk w tym, że z ogólnodostępnych danych wynika, iż Misjonarki Miłości (w liczbie ok. 4,5 tys.) prowadzą blisko 800 placówek w 137 krajach, dokarmiają i wspomagają w inny sposób ok. 500 tys. rodzin, opiekują się ok. 90 tys. chorych (zwłaszcza trędowatych) i prowadzą szkoły dla ok. 20 tys. dzieci. Jeśli przyjmiemy, że chcemy każdej z tych osób zaoferować pomoc w wymiarze dwóch dolarów dziennie (chyba nieprzesadne to wymaganie - ot miska ryżu, kubek wody i tabletka paracetamolu), okazuje się, że w tej sytuacji MM muszą rocznie wydawać 452,6 miliony dolarów . A gdzie ubrania, środki czystości, utrzymanie domów, najprostsze pomoce szkolne...? Może w tej sytuacji można by dopuścić do siebie chociaż cień wątpliwości, czy przyczyną stłoczenia chorych w klitkach, ubóstwa sióstr, braku najpotrzebniejszych lekarstw i sprzętu etc. jest na pewno akurat wrodzony sadyzm Matki Teresy...? Pozdrawiam i szczerze życzę więcej samodzielności w myśleniu Odpowiedz Link Zgłoś
anna22290 Re: Święta Teresa w praktyce i teorii 30.08.10, 16:26 -ja tego nie znalam czyli rowniez i w tym przypadku czlowiek byl potrzebny do zaspokojenia rytulalu religijnego,obrzydliwosc Odpowiedz Link Zgłoś
gburiaifuria Święta Teresa w praktyce i teorii cz3 30.08.10, 02:29 W schronisku zaprzyjaźniłam się z pewnym pisarzem z Gwatemali, który za wszelką cenę chciał opuścić to miejsce. Pod wpływem jego próśb jedna z moich przyjaciółek, która również była tam kucharką (czarnoskóra Amerykanka i praktykująca katoliczka), zaprosiła go do swojego domu. Po jakimś czasie jednak jego stan bardzo się pogorszył. Wtedy moja znajoma poprosiła go, aby zgodził się powrócić do schroniska, gdyż ona nie mogła mu już zapewnić właściwej opieki. Mężczyzna błagał ją, żeby nie kazała mu tam wracać, gdyż obawiał się, że siostry nie zapewnią mu odpowiedniej opieki, a przede wszystkim, że odmówią podania mu morfiny, gdy będzie umierał. Obecnie, od czasu do czasu, gotuję w domu dla bezdomnych mężczyzn prowadzonym przez Franciszkanów. Jeden z mieszkańców schroniska, Bruce, jest byłym podopiecznym sióstr miłosierdzia. Ani on, ani ksiądz z tego schroniska, nie mają nic dobrego do powiedzenia o zakonnicach z Daru Miłości. Podobne relacje słyszałem od wielu wolontariuszy z domów Matki Teresy, od Kalkuty po San Francisco. Szczególne wrażenie zrobiło na mnie świadectwo Susan Shields, która przez dziewięć i pół roku należała do zgromadzenia Matki Teresy. W tym okresie mieszkała w prowadzonych przez zgromadzenie domach w Rzymie, w San Francisco i w nowojorskim Bronxie. Mam jej pozwolenie na zacytowanie fragmentów niepublikowanego rękopisu pod tytułem, In Mother's House, rzetelnej, dobrze napisanej relacji, będącej dziełem kobiety, która opuściła Misjonarki Miłości z tego samego powodu, dla którego kiedyś do nich wstąpiła - wiedziona miłością bliźniego.2 Jeśli jej dziennik czyta się jak wspomnienia byłego członka sekty, to dlatego, że pod wieloma względami tym właśnie jest. Autorka opowiada, że w zgromadzeniu obowiązuje całkowite posłuszeństwo Matce Teresie, a kwestionowanie jej autorytetu jest nie do pomyślenia. Moją krytyczną naturę umiałam utrzymać w ryzach tylko dlatego, że nauczono nas, iż przez Matkę Teresę działa Duch Święty. Okazywanie zwątpienia w słuszność jej wskazówek traktowane było jako oznaka braku zaufania lub jeszcze gorzej, jako grzech pychy. Dlatego skrywałam swoje zastrzeżenia i miałam nadzieję, że któregoś dnia wreszcie zrozumiem te wszystkie rzeczy, które wydawały mi się sprzeczne z głoszonymi przez nas wartościami. Któregoś lata siostry z nowicjatu w Rzymie otrzymały w darze ogromną ilość pomidorów. Nie było sensu rozdawać ich sąsiadom, gdyż wszyscy w okolicy uprawiali te warzywa. Przełożona zdecydowała, że siostry umieszczą pomidory w puszkach i będą je jeść przez całą zimę. Wkrótce potem zakon odwiedziła Matka Teresa, która bardzo krytycznie odniosła się do pomysłu przechowania pomidorów na zimę. Jej zdaniem Misjonarki Miłości nie powinny robić zapasów, lecz zawsze liczyć na boską opatrzność. W San Francisco Misjonarki Miłości otrzymały w użytkowanie trzypiętrowy budynek klasztorny z wieloma przestronnymi pokojami, długimi korytarzami i obszernymi piwnicami. Siostry bezzwłocznie przystąpiły do usuwania mebli. Wystawiły ławki z kaplicy i zerwały wykładzinę dywanową z pokojów i korytarzy. Grube materace wyrzucono przez okna. Z budynku wyniesiono wszystkie kanapy, krzesła i zasłony. Stojący na chodniku przed klasztorem sąsiedzi w zdumieniu przyglądali się temu widowisku. Piękny budynek dostosowano do stylu życia, który miał pomóc siostrom osiągnąć stan świętości. Obszerne salony zamieniono w sypialnie gęsto zastawione łóżkami. W tym przenikniętym wilgocią domu ogrzewanie było wyłączone przez całą zimę. Podczas mojego pobytu kilka zakonnic zachorowało na gruźlicę. W nowojorskim Bronxie planowano otworzenie nowego schroniska dla ubogich. Wielu bezdomnych, często chorych ludzi, potrzebowało stałego schronienia, którego nie zapewniała nasza noclegownia. Z myślą o nich, za jednego dolara kupiłyśmy od miasta duży, opuszczony budynek. Jeden z wolontariuszy miał znaleźć architekta, który przygotowałby plan remontu. Rządowe przepisy wymagały jednak, by w budynku była winda, z której mogliby korzystać niepełnosprawni. Matka Teresa nie zgodziła się jednak na windę. Władze miejskie zaproponowały wtedy, że pokryją koszty instalacji dźwigu, ale ich oferta została odrzucona. W końcu, mimo ambitnych planów i wykonanej już pracy, projekt utworzenia schroniska dla bezdomnych został zarzucony - Matka Teresa uznała bowiem, że winda dla niepełnosprawnych to luksus nie do przyjęcia. Ta ostatnia historia może być znana części czytelników, gdyż nowojorska prasa (w większości fanatycznie lojalna wobec Matki Teresy, tak zresztą jak większość dziennikarzy na całym świecie) sporo o niej pisała, przedstawiając wydarzenie jako kolejny przykład politycznej poprawności miejskiej biurokracji, uparcie broniącej praw osób niepełnosprawnych i lekceważącej wysiłki misjonarek! Niektórzy twierdzą, że skrajna prostota, czy nawet prymitywizm, są lepsze niż luksusy typowe dla życia klasztornego w niedalekiej przeszłości. Tak właśnie Susan Shields tłumaczyła sobie obyczaje panujące w domach Zgromadzenia Misjonarek Miłości. Jednak w końcu zdała sobie sprawę, że tak naprawdę nie chodzi w nich o ascetyzm, lecz o surowość, dyscyplinę i bezwzględne podporządkowanie sobie uzależnionych od cudzej pomocy ludzi. Jak można się było spodziewać, zawsze wtedy, gdy dogmatycznie przestrzegane normy zderzały się z potrzebami chorych i biedaków, potrzeby podopiecznych okazywały się mniej ważne. Susan Shields nie zaakceptowała faktu, że to jej ubodzy podopieczni najbardziej cierpieli z powodu obłudy zakonnic głoszących ideę "ubóstwa". Wiedziała przecież o ogromnych sumach pieniędzy wpłacanych w dobrej wierze przez ludzi ze wszystkich grup społecznych, które bezproduktywnie zalegały na kontach bankowych Zgromadzenia. O tym, jak wielkie to były kwoty, nie wiedziała nawet większość zakonnic. Siostrom rzadko pozwalano wydawać pieniądze na potrzeby biedaków, którym próbowały pomóc. Zmuszano je natomiast do składania ślubów ubóstwa, co ułatwiało skuteczne namawianie hojnych i łatwowiernych ludzi i firm, by darowali zgromadzeniu jeszcze więcej towarów, usług i pieniędzy. Susan Shields czuła się coraz gorzej w miejscu, w którym rządziło kłamstwo i hipokryzja - te odwieczne przywary faryzeuszy i dewotów wszystkich krajów świata. Powódź darowizn uważano za znak boskiej życzliwości dla kongregacji Matki Teresy. Mówiono nam, że otrzymujemy więcej darów niż inne zgromadzenia, ponieważ Bóg upodobał sobie Matkę Teresę, a siostry ze Zgromadzenia Misjonarek Miłości były zawsze prawdziwie wierne zasadom życia religijnego. Na naszym koncie znajdowała się już fortuna, a pęczniało ono w oczach z każdą przesyłką pocztową. Tylko na jednym koncie czekowym w Bronxie spoczywało 50 milionów dolarów. Te z nas, które regularnie pomagały w pracach biurowych, zdawały sobie sprawę, że oczekuje się od nich milczenia na temat tych spraw. Darowizny nieustannie napływały, trafiały na bankowe konta, ale nie miało to żadnego wpływu na nasze ascetyczne życie ani na życie biedaków, którym próbowałyśmy pomóc. Bez kontroli finansowej nie sposób z całą pewnością powiedzieć, na co były przeznaczane ogromne sumy otrzymywane przez zgromadzenie Matki Teresy, można jednak z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, jaki jest prawdziwy cel i charakter kongregacji, oraz na co, w pierwszym rzędzie, będą przeznaczone pieniądze z darowizn. Susan Shields pisze: Dla Matki Teresy najważniejsza była duchowa pomyślność jej podopiecznych. Pomoc materialna była tylko narzędziem, które miało umożliwić dotarcie do ich dusz i które miało im pokazać, że Bóg ich kocha. Matka Teresa uczyła siostry pracujące w domach dla umierających, w jaki sposób w tajemnicy chrzcić tych, którzy byli o krok od śmierci. Siostry pytały tych chorych, czy chcą otrzymać "bilet do nieba". Odpowiedź twierdzącą uważano za zgodę na chrzest. Następnie siostry udawały, że chłodzą czoło chorego wilgotną ściereczką, podczas gdy w rzeczywistości dokonywały w Odpowiedz Link Zgłoś
gburiaifuria Święta Teresa w pratyce i teorii cz.4 30.08.10, 02:59 Dla Matki Teresy najważniejsza była duchowa pomyślność jej podopiecznych. Pomoc materialna była tylko narzędziem, które miało umożliwić dotarcie do ich dusz i które miało im pokazać, że Bóg ich kocha. Matka Teresa uczyła siostry pracujące w domach dla umierających, w jaki sposób w tajemnicy chrzcić tych, którzy byli o krok od śmierci. Siostry pytały tych chorych, czy chcą otrzymać "bilet do nieba". Odpowiedź twierdzącą uważano za zgodę na chrzest. Następnie siostry udawały, że chłodzą czoło chorego wilgotną ściereczką, podczas gdy w rzeczywistości dokonywały wtedy aktu chrztu, szeptem wypowiadając niezbędne formuły. Cała sprawa musiała być utrzymana w tajemnicy, żeby się nie wydało, że zakonnice z domów Matki Teresy chrzczą hindusów i muzułmanów. W ten oto sposób mniejsza hipokryzja służyła do ukrycia większej. Nasz regulamin zabraniał nam prosić o więcej niż potrzebowałyśmy, ale pieniądze na kontach bankowych były traktowane tak, jakby nie istniały. Narzucona siostrom maska pokory i skromności skrywała chciwość i nadmiernie wybujałą ambicję, by już nie wspomnieć o arogancji. Uzyskałem również pozwolenie na umieszczenie w książce cytatów z listu, który otrzymałem od Emily Lewis, siedemdziesięciopięcioletniej pielęgniarki, która pracowała w wielu najbardziej zubożałych rejonach świata. Emily napisała, że właśnie powróciła z bardzo trudnej misji z Ruandy - kraju, o którym Matka Teresa milczała, być może dlatego, że zwierzchnicy kościoła katolickiego w tym kraju brali udział w ludobójstwie ludu Tutsi latem 1994 roku. Oto fragmenty tej relacji: Matkę Teresę spotkałam w roku 1989, podczas uroczystego obiadu wydanego na jej cześć z okazji posiedzenia Światowej Organizacji Zdrowia w Waszyngtonie. W swoim wystąpieniu mówiła o zaangażowaniu Misjonarek Miłości w ratowanie życia niechcianych owoców aktywności heteroseksualnej i zdecydowanie sprzeciwiła się stosowaniu środków antykoncepcyjnych. Wspomniała również o AIDS. Powiedziała, że choć nie chciałaby nazywać tej choroby zarazą zesłaną przez Boga, to wydaje jej się, że można ją uznać za sprawiedliwą zapłatę za niewłaściwe zachowania seksualne. Powiedziała także, że Bóg ma wystarczająco wielkie serce, by przebaczyć wszystkim grzesznikom, jednak ona sama nigdy nie zgodziłaby się, żeby kobieta lub para, która zdecydowała się na przerwanie ciąży, mogła zaadoptować jedno z "jej dzieci". W swoim przemówieniu Matka Teresa często odwoływała się do woli Boga, do tego, co Bóg chce, żebyśmy myśleli lub robili. Mój sąsiad przy stole (lekarz pracujący dla organizacji Pomoc na rzecz Rozwoju Międzynarodowego) skomentował to w następujący sposób: "Czy nie wydaje się pani, że trzeba niemałej arogancji, by utrzymywać, że ma się bezpośredni dostęp do myśli Pana Boga?" Czy powinniśmy uznać za przesadę porównanie Matki Teresy do owych niesławnych telewizyjnych ewangelistów, którzy bezustannie odsłaniają swojej widowni zawartość serca i umysłu Pana Boga, jednocześnie pobierając wysokie opłaty za swoje występy? Ludzie bogaci chcą wierzyć, że ktoś, gdzieś, naprawdę coś robi dla Trzeciego Świata. Dlatego nie chcą przyglądać się motywom działania i praktykom stosowanym przez tych, którzy zdają się pełnić tę rolę, bez względu na to, jak się z niej wywiązują. Wielka nadzieja białych zdaje się wypełniać wielką czarną dziurę: mit ratującej pogańskie dusze misjonarki łączy się z niosącą pocieszenie legendą o Florence Nightingale. Prawdziwym celem misjonarskiej działalności jest uspokojenie sumienia sponsorów, a nie zaspokojenie potrzeb tych, którzy żyją w biedzie i poniżeniu. Bezradne dzieci, porzuceni przez rodzinę i przyjaciół kloszardzi, trędowaci i nieuleczalnie chorzy świetnie nadają się do demonstracyjnie praktykowanej litości. Ich sytuacja uniemożliwia im jakiekolwiek narzekanie, a ich pasywność i tragiczna sytuacja są w najwyższej cenie. Nadszedł już czas, by zrozumieć, że najsłynniejsza propagatorka tej fałszywej teorii i praktyki pocieszenia to demagożka i obskurantka na służbie ziemskich potęg. Odpowiedz Link Zgłoś
tow_rydzyk Polecam teksty Furii - Panu Panie Turnau 30.08.10, 03:48 GburiaiFuria, Dziekuje ze ten wazny tekst zrodlowy. Nie sadze aby doskonale ksizki Hitchensa czytano na KUL-u czy na Akademiach papieskich. Prawdopodobnie polawa studentow zrezygnowalaby ze studiow po ich przeczytaniu. Przypominam sobie wypowiedz Matki Teresy ( ktora jako wieczna dziewica nie miala pojecia co to znaczy byc prawdziwa matka) , ktora tuz przed smiercia uczciwie wyznala ,ze utracila wiare w istnienie jakiegokolwiek boga widzac zlo czynione czlowiekowi przez czlowieka. PS Polscy racionalisci i humanisci zycza Panu Hitchensowi doskonalej opieki lekarskiej i szybkiego powrotu do zdrowia. Odpowiedz Link Zgłoś
altavitae Re: Polecam teksty Furii - Panu Panie Turnau 30.08.10, 10:10 OMG! Szczeka mi opadla czytajac te fragmenty z Hitchens'a..... Naprawde nie chcialam uzywac krewkiego jezyka..ale nie moge wytrzymac ...A to ci koorwa jakiej swiat nie widzial !!!!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
kapitan.kirk Re: Polecam teksty Furii - Panu Panie Turnau 30.08.10, 11:46 Jeśli masz na mysli p. Hitchensa, to niewątpliwie masz rację: archiwum.polityka.pl/art/skandalista-hitchens,355086.html Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
kapitan.kirk Re: Polecam teksty Furii - Panu Panie Turnau 30.08.10, 12:09 tow_rydzyk napisała: > Nie sadze aby doskonale ksizki Hitchensa > czytano na KUL-u czy na Akademiach papieskich. Prawdopodobnie polawa studentow > zrezygnowalaby ze studiow po ich przeczytaniu. Byłoby to wyłącznie z korzyścią dla wszystkich - oznaczałoby bowiem, że nie nadają się na studentów, skoro nie potrafią odróżnić faktów od topornej propagandy. Trudno powiedzieć po co ta powyższa powódź tekstu, bo zarzuty p. Hitchensa można streścić bardzo krótko: 1.) Misjonarki żyją w biedzie, chociaż wcale nie muszą. Nie jest wprawdzie jasne, dlaczego to źle; zwłaszcza że przecież gdyby żyły w dostatku, oczywiście zarzucanoby im, że same na siebie wydają pieniądze, zamiast na biednych. 2.) Misjonarki wierzą w Boga, w sens cierpienia i w to, że należy kochać grzeszników - no doprawdy, co za oryginalne poglądy jak na chrześcijanki :-O 3.) Nie wiadomo ile misjonarki mają pieniędzy (ale na pewno strasznie dużo). 4.) Mimo, że mają na pewno strasznie dużo pieniędzy (chociaż nie wiadomo ile), to jednak podopiecznym mnóstwa rzeczy brakuje. Co się dzieje z tymi pieniędzmi? A może po prostu przeprowadzić proste działanie matermatyczne - takie jak ja kilka postów powyżej...? Czy o czymś zapomniałem? Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
bantus Re: Święta Teresa w pratyce i teorii cz.4 30.08.10, 15:01 Tu można sobie całość przeczytać: humanizm.free.ngo.pl/misjon.pdf Kontrowersyjna to ona była dla innowierców i niewierzących, bo dla katolików to tylko niezrozumiały paszkwil, wynieśli ją przecież na ołtarze. Dla ludzi z zewnątrz takie świadectwo: "„Kiedy rozmawiałem z nią, odkryłem, i ona mnie o tym zapewniła, że nie działała w celu złagodzenia ubóstwa”. Matka Teresa starała się bowiem ewangelizować świat, wyznała kiedyś: „Nie jestem pracownikiem socjalnym. Nie robię tego dla celów socjalnych. Robię to dla Chrystusa. Robię to dla Kościoła.”" (Wikipedia) - jest dyskwalifikujące. Chodziło jej o misję nawracania biedaków, a nie żadną realną pomoc. Jenak dla części katolików też okazała się kontrowersyjna, ale zupełnie z innego powodu. Ostatnio po publikacji jej listów potwierdziło się to, że straciła wiarę i nie odzyskała jej do samej śmierci. Pomimo tego przez pięćdziesiąt lat wbrew sobie, wspierana przez instytucję kontynuowała misję nawracania umierających nędzarzy. Z tej perspektywy wygląda raczej na ofiarę zinstytucjonalizowanej religii niż na potwora. Odpowiedz Link Zgłoś
kapitan.kirk Re: Święta Teresa w pratyce i teorii cz.4 31.08.10, 12:37 bantus napisał: Dla ludzi z zewnątrz takie świadectwo: „Kiedy rozmawiałem z nią, odkryłem, i ona mnie o tym zapewniła, że nie działała w celu złagodzenia ubóstwa”. Matka Teresa starała się bowiem ewangelizować świat, wyznała kiedyś: „Nie jestem pracownikiem socjalnym. Nie robię tego dla celów socjalnych. Robię to dla Chrystusa. Robię to dla Kościoła.”" (Wikipedia) - jest dyskwalifikujące. Hmmm, ale właściwie dlaczego odrzucasz taką motywację czy też uważasz ją za niecną? Czy konsekwentnie uznajesz też za bezwartościową motywację pracowników socjalnych czy szpitalnych, którzy swoją pracę wykonują nie z potrzeby serca, ale za pieniądze? Jeśli tak, to nader surowy z Ciebie moralista; co piszę bez intencji wartościowania tejże postawy. Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
miro-24 ból i Święta Teresa ...................... 30.08.10, 03:17 i dlaczego hierarchowie Kościoła w naszym kochanym kraju walczą z tzw. poprawnością polityczna ??? Odpowiedz Link Zgłoś
tow_rydzyk KK: ból is cool 30.08.10, 06:22 miro-24 napisał: > i dlaczego hierarchowie Kościoła w naszym > kochanym kraju walczą z tzw. > > poprawnością polityczna ??? > > Odpowiedz Link Zgłoś
antenka_beretowa Święta Teresa największa 30.08.10, 06:17 w zbawianiu przez krypto-eksterminację. Odpowiedz Link Zgłoś
babariba-babariba św. Teresa od PIAR-u 30.08.10, 07:33 www.racjonalista.pl/kk.php/s,1747/k,2 Odpowiedz Link Zgłoś
meigui Święta Teresa największa 30.08.10, 08:53 już myślałam, że tylko ja jestem taka "zepsuta", że nie wierzę w "świętość" matki Teresy z Kalkuty. A tu taka oświecona dyskusja na forum :) Podobnie jest z Janem Pawłem II. Był przemiłym serdecznym człowiekiem, ale na Boga! daleko mu do świętości, przecież musiał być świadomy tego co się dzieje w kościele i ukrywał to (a może nawet kierował ciemnymi sprawami watykanu przenosząc np księży pedofilii do innych parafii zamiast wydać w ręce policji). Odpowiedz Link Zgłoś
zaifi3 Podcinanie konara.... 30.08.10, 10:33 "Jezus jest prostytutką - trzeba ją wydobyć z niedoli i ofiarować przyjaźń". Bolesnym jest czynienie Sobie dobra w bólu odcinając pępowinę,lepiej póżno niż wcale umierać świadomie, świątyń bożkom nie czyniąc. Odpowiedz Link Zgłoś
prawdziwy_zapatero Ci wszyscy tzw. święci " kk smażą się w piekle !!! 30.08.10, 11:52 Łącznie z jpII, tzw. " Matką " t. z Kalkuty ( NIGY NIE BYŁA matką - z niej taka matka jak " ojciec " z rydzyka ) i tysiące WYPRODUKOWANYCH z przez kkk ... !!! Odpowiedz Link Zgłoś
anna22290 Święta Teresa największa 30.08.10, 16:17 tej osobie nalezy sie ogromny szacunek ,wspaniala postac czlowieka ,katolika ,gdzie polskim biznesmenom katolickim do tej postaci ,ksieza polscy to zaprzeczenie katolicyzmu zniewaga nawet tego slowa Odpowiedz Link Zgłoś
altavitae To straszne ze ..czytac nie umiesz.! 31.08.10, 00:28 CYTUJE: anna22290 30.08.10, 16:17 "tej osobie nalezy sie ogromny szacunek ,wspaniala postac czlowieka ,katolika ,gdzie polskim biznesmenom katolickim do tej postaci ,ksieza polscy to zaprzeczenie katolicyzmu zniewaga nawet tego slowa." ******************************************************************** Nie tylko ze czytac nie umiesz..a jesli " technicznie " umiesz poskladac literki w calosc...to tej calosci zupelnie nie rozumiesz. Matka Teresa byla manipulantka i psychopatka o tendencjach sadystycznych. A do tego byla oszustka i zlodziejka na rzecz Watykanu. Nie chce mi sie wierzyc ze papiez nie wiedzial co ona wyrabia ...tak samo jak niby nie wiedzial o pedofilii ...i sciskal sie z MT i pedofilem Macielem. Poczytaj cos poza prasa katolicka...i ZROB SOBIE PRZERWE W SLUCHANIU RM I TV TRWAM. To moze mgla rozrzednie ! Odpowiedz Link Zgłoś
kapitan.kirk Re: To straszne ze ..czytac nie umiesz.! 31.08.10, 12:34 ...no i jeszcze była pijaczka - bo każda pijaczka to złodziejka! Jestem na tym forum od dobrych paru lat i nadal nie mogę się nadziwić zjawisku, że osoby które najgłośniejszymi wersalikami krzyczą o konieczności samodzielnego myślenia i wnioskowania, jak też najsurowiej krytykują forumowiczów pozostających ich zdaniem w niewoli stereotypowych przesądów - zarazem na ogół nie mają nic do powiedzenia od siebie, w dyskusjach poprzestając zasadniczo na przemian na inwektywach i obszernych cytatach przeklejanych ze swoich kultowych książek. Dzięki temu paradoksalnemu zjawisku, tutejsi wojujący ateiści (i oczywiście nie tylko oni) nader często przypominają jakoś świadków Jehowy a rebours ;-) Pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś