brudno
26.03.11, 07:27
Jestem hanysem z altrajchu, "od zawsze" zachwycony śląską gwarą, kulturą - wieloma przyjaciółmi. Nawet żonę mam Ślązaczkę.
Ale przez nieuwagę - ze Śląska Cieszyńskiego, tam gwara śląska zupełnie co innego znaczy, jest zwykle nieco dziewiętnastowieczną polszczyzną, jeżeli z innymi naleciałościami - to raczej dlatego, że wielu wokół "czeszczy".
Jestem zwolennikiem wielu ojczyzn, mniejszych i większych - moja ulica, dzielnica, miasto, region, kraj, Europa, świat. A do lokalnego patriotyzmu podchodzę z uśmiechem - urodzony w Sosnowcu, więc dziadek buntował się, gdy mówiłem że był sztajgerem na grubie (sztygarem w kopalni). Zresztą urodził się niedaleko Kielc. Drugi dziadek mieszkał w Wielkopolsce, choć z kresów się wywodził - z jakimś szwedzlim epizodem, gdzie część jego dzieci się urodziła. Studiowałem między innymi w Krakowie, mieszkam w Warszawie, wędrowałem po świecie - i wszędzie czuję się u siebie.
Cenię sobie multi-kulti. Gdy odwiedził mnie znajomy, co do Kanady wyemigrował - zmusiłem go do obejrzenia na moim komputerze spektaklu "Tesinske nebe - cieszyńskie niebo". Myślałem, że mu się nie podoba, lecz wystarczyło bym zaczął tłumaczyć - bo przeplata się tam język polski, czeski, niemiecki, jidish a nawet rosyjski.
Nie znoszę ksenofobii, "odkryć" w stylu że Żydówki mają w poprzek a Murzynki śmierdzą - odpowiadam że nie, bo sam sprawdzałem. Nie wiem, jakiego wnuka ukochana córeńka mi zafunduje - może być nawet "zielony ludzik", byle dziecko miłości. Trudno mi z nią znaleźć wspólny język, zna ich znacznie więcej niż ja...
Więc recenzowana tu książka mnie kusi...