Drugie życie zawodówek

29.06.11, 08:15
wyjaśniam: po zawodówce ma się zawód po studiach większość to barany nadające się tylko na zmywak
    • unhappy Drugie życie zawodówek 29.06.11, 08:23
      Wszystko zależy i tak od nauczycieli i od KASY. Chodziłem do zawodówki na Zajączka w Warszawie (za brzydkiej komuny). W trzeciej klasie pisaliśmy sprawozdania z laboratoriów po angielsku a pracownie były świetnie wyposażone. Tak więc szanowni legislatorzy - choćby skały sr*ły to najpiękniejszy przepis nie naprawi RZECZYWISTOŚCI - niedoinwestowania oświaty i megakretyńskich metody promowania nauczycieli (sztucznie stworzone, idiotyczne progi zawodowe).
      • big.ot Pada kolejny mit 29.06.11, 10:09
        Upada właśnie (kolejny po tym, że mgr daje pracę) mit, że po zawodówce ma się zawód.
        Taki mechanik po zawodówce tak się zna na samochodach jak magister zarządzaniu na zarządzaniu.

        Prawda jest taka, że w Polsce brakuje NOWYCH miejsc pracy dla ludzi młodych. Wystarczy sobie przejrzeć ogłoszenia o pracę, żeby się przekonać że zdecydowaną na większość stanowisk (czy to wymagających studiów, czy wyuczonego 'fachu') trzeba mieć minimum dwa lata doświadczenia.
    • olias Drugie życie zawodówek 29.06.11, 08:41
      "Dlaczego "skończyłem zawodówkę" w Polsce nie brzmi dumnie?"

      bo squ...one elity po to by ukryć bezrobocie wśród młodzieży wysłali całą populację do liceum. To żywcem pomysł z chińskiej rewolucji kulturalnej na opak (tam wszystkich wykształconych wysłano do pracy na wsi).
      Zlikwidowano logiczny, przejrzysty i dobrze funkcjonujący schemat kształcenia : liceum/technikum/szkoła zawodowa. Aby upodobnić sie do reszty Unii stworzono koszmar o nazwie gimnazjum. Akurat wtedy gdy Niemcy liczyli koszty wycofania się z gimnazjów.
      Nasze elity zamiast rozmawiać z Niemcami, przekonywać ich do podjęcia zmian, dawać argumenty za NASZYM systemem woleli dać dupy zanim ich o to poproszono.
      Mleko się rozlało, nie mamy kasy (i odwagi elit do przyznania się) by wycofać się z gimnazjów. Odtworzenie szkolnictwa zawodowego to wagony forsy i ..... a skąd k... teraz nauczycieli zawodu wziąźć do szkół zawodowych i techników?

      Nic tylko walić w te głupie ryła i patrzeć by równo puchły.
    • belferxxx Toć przecież to sukces Gazety Wyborczej!;-) 29.06.11, 09:04
      Pamiętam kilkanascie lat temu entuzajstyczne teksty panów Pacewicza i Staszewskiego, p.Dzierzgowskiej i innych Czapińskich przy promowaniu "reformy" Handkego!Wszyscy do liceum po maturę i na studia, a zawodówki to przeżytek i fabryki bezrobotnych!!! Wyprodukowano też manipulacyjny "eksperyment wałbrzyski", który miał nawet największych "myslących inaczej" do liceum, matury i studiów zachęcać, oszukując im, że mogą...;-)
      No to oni uwierzyli, w końcu "autorytety" to mówiły, a teraz cierpią - kto potrzebuje ponad połowy rocznika "specjalistów" od marketingu i zarządzania, stosunków międzynarodowych,politologii czy pedagogiki!!!;-)
    • komercyjny02 Intro: Coś z dawnego Pietrzaka (jego "życiorys"): 29.06.11, 09:08
      "Mnie od dawna ten zawód satyryka pociągał. Rodzice nawet zastanawiali się czy nie ma specjalnej zawodówki dla satyryków. Okazało się, że nie, specjalnej nie ma. Okazało się, że wszystkie te zawodówki są jednakowo satyryczne. Ostatecznie posłali nie do takiej, co była najbliżej domu, żebym przez ulicę nie musiał przechodzić."

      Obrazek 1 (tym razem już NIE widziany oczami satyryka): Początek lat 90. Jedna kobiecina żali się drugiej: "Pani, posłałam syna do takiej szkoły, żeby szybko zawód zdobył. No ale teraz pracy nie ma." Z dalszej części opowieści dowiadujemy się, że syn uczył się ni mniej, ni więcej, tylko naprawiania wag sklepowych. Ale, uwaga: uczył się naprawy wyłącznie tradycyjnych wag uchylnych z Lubelskich Fabryk Wag. Tymczasem już wtedy, na początku lat 90. w każdym najmniejszym prywatnym warzywniaku pikała kolorowa waga elektroniczna. I od razu sama obliczała należność. Naprawy takich wag nikt chłopaka nie nauczył, bo: a) szkoły nie było stać na nabycie takich, wcale niedrogich, wag jako pomocy dydaktycznych, b) nauczyciele tej szkoły po prostu ograniczali się do uczenia tego, czego uczyli byli od lat - skoro im za to nadal płacono, c) wagi elektroniczne psuły się rzadko, a jeśli już, to stosunek ceny usługi do ceny produktu raczej skłaniał do nabycia wagi nowej. No i chłopak, którego ambicją było szybkie dołożenie się do budżetu rodzinnego - sam został na utrzymaniu rodziców. Nie znam jego dalszych losów.

      Obrazek 2: Piszący te słowa wspomina ostatnie dwa lata swojej własnej podstawówki (dekada lat 70.). Co parę tygodni jedziemy odwiedzić jakąś szkołę ponadpodstawową. Tak się składa, że pokazuje się nam wyłącznie zawodówki: budowlane, włókiennicze, górnicze, energetyczne, hutniczo-mechaniczne, przyzakładową obok fabryki kotłów przemysłowych. To w ramach propa... pardon, preorientacji zawodowej. Czasami zawodówka jest w jednym budynku z 5-letnim technikum, lecz osoba oprowadzająca zdecydowanie doradza nam ukończenie zasadniczej zawodowej, a dopiero później - trzyletniego technikum dla pracujących. Niekiedy to przedstawiciele zawodówki odwiedzają nas w podstawówce.
      Gdyby skusiło mnie obiecywane od pierwszej klasy stypendium oraz absolutnie pewna posada brygadzisty w przędzalni (chłopców w zasadniczej włókienniczej było sztuk dwie, zatem stanowisko brygadzisty-babskiego króla z góry im się właśnie należało, ot takie to było "równouprawnienie" kobiet) - to dziś byłbym bezrobotnym o kwalifikacjach nikomu niepotrzebnych. Chyba, iż sam, poza systemem szkolnym, własnym przemysłem opanowałbym jakieś nowe umiejętności.

      Zakończenie, niespodziewanie optymistyczne: Celowo przejaskrawiłem - wiem. Nie wszystkie szkoły zawodowe uczyły specjalizacji aż tak wąskiej, jak w przypadku naprawiacza wag. Nie wszystkie były aż tak nieelastyczne.
      Absolwentom samochodówek na przykład, o ile wiem, nigdy pracy nie zbrakło. Także instalacje wodno-kanalizacyjne, jak świat światem, zawsze będą ludziom potrzebne (te nowe) i zawsze będą się psuć (te używane). O los hydraulików jestem zatem spokojny. Byle nie takich, jak z klasycznego skeczu Stanisława Tyma w Kabarecie Dudek.
      • romikus Re: Intro: Coś z dawnego Pietrzaka (jego "życior 29.06.11, 10:19
        Moim zdaniem trochę przesadzasz.Te czy tamte czasy trzeba zawsze wykazać się własną inicjatywą. Za moich czasów też robiono wycieczki po zakładach pracy i proponowano naukę w zawodowych szkołach ewentualnie w technikach.Jak się nie mylę w 5-letnim technikum też można było dostać stypendium.Ja skończyłem 5-letnie technikum hutniczo-mechaniczne i pomimo większość hut polikwidowano ani jednego dnia nie byłem nigdy na bezrobociu.Dzisiaj obecnie pracuje znowu w firmie jako kierowca po dziesięciu latach przerwy gdyż prowadziłem działalność gospodarczą/ musiałem zamknąć działalność brak zysków/.Co do propagandy to po zawodówce też można osiągnąć sukces podam przykład LECH WAŁĘSA . Czemu Lech Wałęsa bo według dzisiejszej propagandy pokazuje się ludzi sukcesu a nie nieudaczników życiowych.
    • zimny-janusz Drugie życie zawodówek 29.06.11, 09:47
      czarujące są te gazeciane sondaże

      w sondażu obok artykułu na szczególne wyróżnienie zasługują te "szerokie horyzonty" wysoko wykształconych Polaków-Zmywaków
    • trener44 Re: Drugie życie zawodówek 29.06.11, 09:51
      Liceum niczego pożytecznego nie uczy, mamy stada bezrobotnych po liceach i studiach humanistycznych. Ludzie nie chcą iść na studia techniczne, bo tam się trzeba uczyć i jest dużo godzin zajęć, a później się dziwią, ze nie mogą znaleźć pracy po socjologii itp.?!


      TReneR
    • fabon szkoly publiczne do lamusa 29.06.11, 09:51
      czy ktos jeszcze uwaza ze publiczne nauczanie z cala klika i miinisterstwem edukacji powinnno istniec? - jezeli ktos tak uwaza to niech sie jeb..e w leb i zastanowi czy zanim istnialo ministerstwo edukacji istnialo cos takiego jak bezrobotni absolwenci...
      • rek888 Re: szkoly publiczne do lamusa 29.06.11, 10:08
        Dawno,dawno temu istnialy Zasadnicze Szkoly Zawodowe,nauka trwala 3 lata.Normalnie to wygladalo to tak ,ze uczono sie 3 dni w szkole i 3 dni praktyka w miejscu zaleznie od specjalnosci.Byly tez inne formy.W szkole uczono teoretycznie a na praktyce juz konkretnie tego co oczekuje czlowieka w pracy.I bylo OK.Chcial ktos mogl po takiej szkole Isc dalej do Technikum.Prace bylo latwo dostac ,najczesciej w miejscu gdzie odbywalo sie praktyke.System dzialal ku zadowoleniu obu zainteresowanych pracodawcy i przyszlego pracownika. PS. @ fabon wypisujesz bzdety tak infantylne ,ze nawet nie warto komentowac tego
        • fabon Re: szkoly publiczne do lamusa 29.06.11, 11:19
          a co to ma do rzeczy? w twoich wypocinach nie widze zadnego zwiazku z tym co napisalem. Czy wedlug Ciebie zanim istnialo Min Edukacji itp to byly Zasadnicze Szkoly Zawodowe? Naucz sie czytac ze zrozumieniem chlopie.
    • serwolatka5 Drugie życie zawodówek 29.06.11, 10:03
      kogo byście zatrudnili fachowca po szkole zawodowej czy debila (gdyż jest tak wykształcony, ze nic nie umie zrobić ) po polskich studiach ?
      • rek888 Re: Drugie życie zawodówek 29.06.11, 10:12
        serwolatka5 napisała:

        > kogo byście zatrudnili fachowca po szkole zawodowej czy debila (gdyż jest tak w
        > ykształcony, ze nic nie umie zrobić ) po polskich studiach ?

        Idz dziecko pobawic sie w parku i nie zawracaj dupy
    • kaktuskowo Drugie życie zawodówek 30.06.11, 08:11
      Udało się - zalogować się udało, pomimo faktu, że zawodówkę mam, dyplom robotnika wykwalifikowanego, dyplom technika na podstawie ZSB, dyplom mistrza w zawodzie, niedokończone studia, uprawnienia o reglamowanym dostępie do zawodu. Naukę rozpocząłem z początkiem lat 60-tych. Z początkiem lat 70-tych do ogólniaków szli sami nieudacznicy i średnio sprawni intelektualnie. Piszę o doświadczeniach moich w szeroko pojętym województwie ościennym polskim ( nie farsiaffffki). Dla nie potrafiacych liczyć - mam niemal 60 lat. W życiu byłem uczniem, byłem nauczycielem zawodu, wykładowcą na kursach i szkoleniach zawodowych. Kierowałem grupami pracowników do dyrektorskiego taboretu włącznie. Teraz trudne będzie: wykształcenie zawodowca kosztuje, a łopaciarz nie jest fachmanem. Fachowcem trzeba chcieć być, uczyć się i praktykować co najmniej 5-10 lat(zależnie od zawodu). Ktoś kto stoi przy taśmie i kręci gwintem w lewo albo wygina szajbkę nie jest zawodowcem w pojęciu fachowca-rzemieślnika. A rzemieślnikiem nie jest tylko wyplatacz koszyków, fryzjerka czy bednarz. Polskie rzemiosło leży na łopatkach, polskie szkoły leżą na łopatkach, w polsce wykonawcami usług w 80 % są partacze nie mający nic wspólnego z rzemiosłem. Do nauki w ogólniaku czy na politologii wystarczą krzesła, ławki i gadacz przy tablicy. Do nauki w szkołach technicznych potrzebne są sprzęt i instrumenty dydaktyczne, a więc pieniądze. Oraz wykladowca - doświadczony zawodowiec, a nie docent wygłaskany po studiach politologicznych.
      A więc jęczcie na mechaników, na murarzy, na hydraulików. Im trzaeba zapłacić za ich trud nauki i pracy. Albo sami się nauczcie czegoś porządnego. Pozdrawiam.
Pełna wersja