stefeggg
05.07.12, 02:10
Dlaczego komuszki nie mogą pojąć, że ktoś może chcieć dobrowolnie zrzec się części praw (uwaga, zapomniane słowo: "samoograniczyć"), wstępując bez przymusu* do niezależnej od państwa instytucji, z której może w każdej chwili wystąpić (Maziarski, chyba nie sądzisz, że "niezłomny" Boniecki to "biedna zahukana i bita żona kościoła")?
Taka na przykład Bnai Brith przyjmuje w swoje szeregi tylko osoby, które spełnią pewne kryteria (jakiś tępy polski ksenofobiczny gnój by powiedział, ojej: "rasistowskie, nacjonalistyczne, ksenofobiczne").
Czy towarzysz dziennikarz zawalczy w Trybunale o moje przyjęcie (nie mam wpływu na pochodzenie, a słyszałem, że tam jest fajnie i steruje się światem :), to chyba nawet lepiej niż w kościelnym chórze gdzieś na zadupiu)?
Czy nakazywać przyjęcie (człowieka, który nie spełnia kryteriów organizacji) można tylko Kościołowi, tylko Katolickiemu?
P.S. Jestem niewierzący i nie płakałem po Papieżu...
*bez przymusu: inaczej niż do kołchozu
Więcej Ełropy!