kapitan.kirk
25.07.05, 15:46
Zacznę od imponderabiliów. Dalsza część mojego wywodu mogłaby bowiem
pozostawić wrażenie, że jestem zupełnie innego zdania niż jestem w
rzeczywistości. Na początku podkreślam zatem z całą mocą: jestem zdecydowanie
za legalizacją (czy raczej sformalizowaniem) związków homoseksualnych i
zrównaniem ich w prawach z małżeństwami tradycyjnymi. Uważam też, że
homoseksualiści powinni zyskać takie same prawa do adopcji dzieci jak
małżeństwa. Piszę te słowa pomimo tego, iż wbrew politycznej poprawności
uważam homoseksualizm za chorobę, a jako katolik uznaję stosunki homoseksualne
za grzeszne.
Zanim przejdę do polemiki z tezami prof. Eilstein, wytłumaczę się z jednego z
powyżej wymienionych przekonań, które zarazem przez co bardziej radykalnych
„tęczowych” działaczy traktowane jest bodaj na równi z rasizmem. Otóż
słownikowa definicja choroby mówi, iż jest to „proces patologiczny objawiający
się zaburzeniem czynności organizmu”, co w tłumaczeniu na język polski
oznacza stan odmienności od normy, który uniemożliwia organizmowi zwykłe
wykonywanie swoich zadań. Łatwo skonstatować, że homoseksualizm definicji tej
odpowiada: jest wszak w populacji kilkuprocentowym wyjątkiem i upośledza osoby
nim dotknięte w pewnych funkcjach, utrudniając im np. posiadanie potomstwa czy
zmuszając do używania narządów płciowych w inny sposób niż to przewidział ich
projektant (niezależnie od tego, czy uznamy za niego Boga czy bezosobową
Naturę). Trudno zatem zrozumieć co kierowało Amerykańskim Towarzystwem
Psychiatrycznym, a następnie lekarzami zrzeszonymi w WHO, gdy zdecydowali się
oni wykreślić homoseksualizm z rejestru chorób, a pozostawić tam szereg innych
zaburzeń psychicznych. Być może zaważyła tu fala posthippisowskiej rewolucji
obyczajowej, być może „odkrywanie” coraz większej liczby homoseksualistów
wśród postaci znaczących w historii lub we współczesności. W każdym razie
podkreślić należy, że homoseksualizm jest choroba społecznie w sumie
nieszkodliwą – nie jest zaraźliwy czy dolegliwy dla otoczenia, w niewielkim
też stopniu dla samych zainteresowanych. Można by go zatem zrównać z takimi
zjawiskami jak np. łysienie czy bezpłodność. Oczywiście zdaję sobie sprawę z
tego, że większość homoseksualistów czuje się ze swoją orientacją zupełnie
dobrze i najchętniej by przy niej pozostało, gdyby tylko wszyscy wreszcie dali
im spokój. Jestem jednak zarazem głęboko przekonany, że gdyby istniała
możliwość bezproblemowej zmiany orientacji seksualnej, całkiem znaczna liczba
gejów i lesbijek poddałaby się takiemu leczeniu, czy to ze względów
społecznych, czy religijnych; na podobnych zasadach, na których dziś ludzie
decydują się np. na kosmetyczne operacje upiększające czy leczenie bezpłodności.
Negowanie chorobliwego charakteru homoseksualizmu jest jedną z podstawowych
tez podnoszonych przez działaczy ruchów homoseksualnych. Trudno zrozumieć
zresztą dlaczego, skoro przecież nikt nie twierdzi, że np. osoby chore na
grypę, porfirię czy raka są z tego tytułu gorsze moralnie i zasługują na
pogardę lub społeczną dyskryminację. Problem bowiem nie leży w tym, czy
homoseksualizm jest czy nie jest chorobą, ale w niedostatecznej społecznej
tolerancji dla homoseksualistów, a o tę może byłoby nawet łatwiej gdyby ich
samych postrzegano jako osoby zasługujące na moralne wsparcie. Niestety
publicystyka, którą umownie nazywać tu będę „liberalną” rzadko zdobywa się tu
na głębszą refleksję, powtarzając z reguły niczym mantrę wciąż te same
argumenty, które traktowane są niczym aksjomaty, choć nawet chwilowe
zastanowienie się nad niektórymi z nich musi rozbudzić poważne wątpliwości. Od
wady tej nie jest wolny niestety również tekst prof. Eilstein.
Cdn