W zgodzie z naturą? - głos w dysusji

25.07.05, 15:46
Zacznę od imponderabiliów. Dalsza część mojego wywodu mogłaby bowiem
pozostawić wrażenie, że jestem zupełnie innego zdania niż jestem w
rzeczywistości. Na początku podkreślam zatem z całą mocą: jestem zdecydowanie
za legalizacją (czy raczej sformalizowaniem) związków homoseksualnych i
zrównaniem ich w prawach z małżeństwami tradycyjnymi. Uważam też, że
homoseksualiści powinni zyskać takie same prawa do adopcji dzieci jak
małżeństwa. Piszę te słowa pomimo tego, iż wbrew politycznej poprawności
uważam homoseksualizm za chorobę, a jako katolik uznaję stosunki homoseksualne
za grzeszne.
Zanim przejdę do polemiki z tezami prof. Eilstein, wytłumaczę się z jednego z
powyżej wymienionych przekonań, które zarazem przez co bardziej radykalnych
„tęczowych” działaczy traktowane jest bodaj na równi z rasizmem. Otóż
słownikowa definicja choroby mówi, iż jest to „proces patologiczny objawiający
się zaburzeniem czynności organizmu”, co w tłumaczeniu na język polski
oznacza stan odmienności od normy, który uniemożliwia organizmowi zwykłe
wykonywanie swoich zadań. Łatwo skonstatować, że homoseksualizm definicji tej
odpowiada: jest wszak w populacji kilkuprocentowym wyjątkiem i upośledza osoby
nim dotknięte w pewnych funkcjach, utrudniając im np. posiadanie potomstwa czy
zmuszając do używania narządów płciowych w inny sposób niż to przewidział ich
projektant (niezależnie od tego, czy uznamy za niego Boga czy bezosobową
Naturę). Trudno zatem zrozumieć co kierowało Amerykańskim Towarzystwem
Psychiatrycznym, a następnie lekarzami zrzeszonymi w WHO, gdy zdecydowali się
oni wykreślić homoseksualizm z rejestru chorób, a pozostawić tam szereg innych
zaburzeń psychicznych. Być może zaważyła tu fala posthippisowskiej rewolucji
obyczajowej, być może „odkrywanie” coraz większej liczby homoseksualistów
wśród postaci znaczących w historii lub we współczesności. W każdym razie
podkreślić należy, że homoseksualizm jest choroba społecznie w sumie
nieszkodliwą – nie jest zaraźliwy czy dolegliwy dla otoczenia, w niewielkim
też stopniu dla samych zainteresowanych. Można by go zatem zrównać z takimi
zjawiskami jak np. łysienie czy bezpłodność. Oczywiście zdaję sobie sprawę z
tego, że większość homoseksualistów czuje się ze swoją orientacją zupełnie
dobrze i najchętniej by przy niej pozostało, gdyby tylko wszyscy wreszcie dali
im spokój. Jestem jednak zarazem głęboko przekonany, że gdyby istniała
możliwość bezproblemowej zmiany orientacji seksualnej, całkiem znaczna liczba
gejów i lesbijek poddałaby się takiemu leczeniu, czy to ze względów
społecznych, czy religijnych; na podobnych zasadach, na których dziś ludzie
decydują się np. na kosmetyczne operacje upiększające czy leczenie bezpłodności.
Negowanie chorobliwego charakteru homoseksualizmu jest jedną z podstawowych
tez podnoszonych przez działaczy ruchów homoseksualnych. Trudno zrozumieć
zresztą dlaczego, skoro przecież nikt nie twierdzi, że np. osoby chore na
grypę, porfirię czy raka są z tego tytułu gorsze moralnie i zasługują na
pogardę lub społeczną dyskryminację. Problem bowiem nie leży w tym, czy
homoseksualizm jest czy nie jest chorobą, ale w niedostatecznej społecznej
tolerancji dla homoseksualistów, a o tę może byłoby nawet łatwiej gdyby ich
samych postrzegano jako osoby zasługujące na moralne wsparcie. Niestety
publicystyka, którą umownie nazywać tu będę „liberalną” rzadko zdobywa się tu
na głębszą refleksję, powtarzając z reguły niczym mantrę wciąż te same
argumenty, które traktowane są niczym aksjomaty, choć nawet chwilowe
zastanowienie się nad niektórymi z nich musi rozbudzić poważne wątpliwości. Od
wady tej nie jest wolny niestety również tekst prof. Eilstein.
Cdn
    • kapitan.kirk Re: W zgodzie z naturą? - głos w dysusji 25.07.05, 15:47
      PRZESĄDY, GRZECHY I FOBIE

      Pisze oto Autorka o przesądach: „Pierwszym są szeroko rozpowszechnione w naszym
      społeczeństwie tradycyjne przeświadczenia – niepotwierdzone przez naukę – na
      temat związku homoseksualizmu z jakimiś odmianami socjopatologii czy
      psychopatologii albo ze skłonnością do chorób.” Z kwestią „skłonności do chorób”
      starałem się rozprawić uprzednio; wypada dodać tylko, że faktycznie
      homoseksualiści nie są szczególnie bardziej podatni na inne choroby (może oprócz
      zwiększonego ryzyka zakażenia AIDS, co wszakże nie jest ich winą). Czytając
      jednak takie słowa, nie mogę oprzeć się wrażeniu deja vu, że dla pewnych
      środowisk nadal istnieje jakaś „specjalna” nauka, w której fakty i zdrowy
      rozsądek są co najwyżej niewiele znaczącymi lub wręcz zbędnymi dodatkami do
      politycznie słusznych założeń wstępnych. Niedawny „Ozon” opublikował artykuł, w
      którym ujawnia, iż dany zawarte w raportach tak szacownych gremiów jak
      Australijski Instytut Studiów nad Rodziną czy Amerykańskie Towarzystwo
      Pediatryczne, służące często jako obiektywne argumenty w dyskusjach, mogły
      fałszować rzeczywistość pod wpływem nacisków lobby homoseksualnych. I tak np.
      okazuje się, że nie ma pokrycia w faktach lansowana szeroko teza, jakoby
      wychowywanie przez pary homoseksualne nie wpływało na tożsamość seksualną
      dzieci: w rzeczywistością rozpoczynają one życie seksualne od relacji z osobami
      tej samej płci aż blisko pięćdziesięciokrotnie częściej niż ma to miejsce w
      przypadku dzieci ze zwykłych rodzin. Nieprawdą jest również rzekomy brak związku
      pomiędzy homoseksualizmem a pedofilia, skoro aż blisko 1/3 gwałtów na dzieciach
      ma charakter homoseksualny, co świadczy niewątpliwie o tym, że odsetek pedofilów
      wśród gejów musi być znacznie wyższy niż wśród mężczyzn heteroseksualnych. Poza
      tym w opinii większości naukowców najlepiej „wychowywalne” są dzieci z rodzin
      pełnych, dorastające pod kontrolą ojca i matki, gdyż dzięki temu uczą się one
      relacji między płciami oraz syntetyzowania dwóch odmiennych sposobów
      postępowania i postrzegania świata. Dzieci zaś z rodzin niepełnych lub
      wychowywane w domach dziecka są bardziej podatne na niedorozwój emocjonalny i na
      wynikające z niego patologie. Czy rzeczywiście nie wolno mieć obaw, że
      wychowanie przez pary homoseksualne może nieść za sobą podobne niebezpieczeństwa?
      Nauki w ogóle jest u Autorki bardzo wiele. Dla prof. Eilstein (filozofii i
      autorki m.in. „Szkiców ateistycznych”) ci, którzy skłonni są dostrzegać elementy
      psycho- i socjopatologii w samej istocie homoseksualizmu to „osoby pozostające
      we władzy antynaukowych przeświadczeń”, zaś formalizacja związków
      homoseksualnych to – w domyśle – „praktyka społeczna [idąca] za orzeczeniami
      nauki”. Otóż nic podobnego. Choćby cytowany przez „Ozon” uczony (psycholog
      rodziny) mówi: „Kwestia, jak wpływa na człowieka wychowanie w rodzinie
      jednopłciowej, nie jest jeszcze zbadana naukowo. Nie możemy kierować się tu
      bezsprzecznymi faktami, lecz jedynie wątpliwościami. Tych jest zaś (...) wiele
      (...)”. Czy ta ostrożna opinia, podzielana zresztą przez wielu naukowców, jest
      „nienaukowa”? Czy, tak jak niegdyś słowo „naukowy” było synonimem określenia
      „marksistowski”, tak dziś ma oznaczać „lewicowo-liberalny”? Coś z ducha tej
      tendencji widoczne jest w akapicie poświęconym przez Autorkę religii, w którym
      najczęściej odmienianym rzeczownikiem jest „osobliwość”. Osobliwością ma być
      m.in. fakt, że członkowie „najbardziej rozpowszechnionych w naszym
      społeczeństwie wyznań” (co jest zapewne politycznie poprawnym zamiennikiem słowa
      „chrześcijanie”) uznają praktykowanie homoseksualizmu za grzech, choć zarazem
      sensu jego zakazu nie potrafią logicznie wyjaśnić. Sęk otóż w tym, że religie
      składają się w ogóle w większości z podobnych niewytłumaczalnych przesłań,
      objawień, rytuałów, zakazów, nakazów i ich interpretacji – i dlatego są
      religiami właśnie, nie zaś spójnymi systemami naukowymi, w których wychodząc od
      jasnych założeń i oczywistych faktów, poprzez logiczne rozumowanie, dojść można
      do końcowej jednoznacznej konkluzji i podpisać ją triumfalnym Quod Erat
      Demonstrandum. Muzułmanom nie wolno jeść wieprzowiny, żydom pracować i palić
      papierosów w soboty, buddystom zabijać żadnych żywych istot, świadkom Jehowy
      ubierać choinek... Katolikom zaś – jak też większości wyznawców „wielkich
      monoteizmów” – uprawiać seksu homoseksualnego. Większości religijnych przepisów
      nie sposób naukowo uzasadnić, co jednak nie jest bynajmniej sprzeczne z
      założeniami religii, wedle których istota Boga, a także motywy jego działania są
      w większości nie do ogarnięcia dla ludzkiego umysłu.
      Prof. Eilstein z pewnością uznałaby to przeświadczenie za „antynaukowe”. Nie
      mogę jednak zrozumieć, o co tu właściwie kruszyć kopie? Przecież praktykowanie
      żadnego z wyznań nie jest obowiązkowe, a to co jest przez wyznawców uznawane za
      grzech niekoniecznie musi być karane przez świeckie państwo, że przywołać tu np.
      ateizm, cudzołóstwo czy właśnie homoseksualizm. Jeżeli ktoś nie zgadza się z
      naukami głoszonymi przez swój Kościół, to któż mu broni z niego wystąpić i
      założyć własny, „słuszniejszy”; albo też poszukać sobie swojego miejsca w jednym
      z coraz liczniejszych wyznań protestanckich zezwalających na czynny
      homoseksualizm? Wydaje mi się, że Autorka upatruje raczej źródeł społecznej
      nietolerancji wobec homoseksualistów w nauczaniu większości wyznań
      monoteistycznych. Prawda musi być jednak bardziej złożona, skoro homofobia
      obecna jest w cywilizacji ludzkiej od jej zarania i wcale nie była i nie jest
      niższa w państwach programowo oraz faktycznie ateistycznych, jak np. Chiny czy
      b. ZSRR.
      Przywołane wyżej pojęcie homofobii staje się zresztą ostatnio coraz częściej
      używane, zarazem jednak coraz częściej oddala się od swego pierwotnego
      znaczenia, zgodnie z którym jest to irracjonalny lęk i niechęć do
      homoseksualistów. Obecnie homofobem nazywać już można praktycznie każdego, kto
      nie zgadza się bez dyskusji z twierdzeniami i postulatami działaczy
      gejowsko-lesbijskich. A postulaty te są niejednokrotnie dość zaskakujące. Pisze
      np. prof. Eilstein: „Jeżeli heteroseksualistom wolno chodzić po ulicach,
      trzymając się za ręce, obejmować się i całować w miejscach publicznych, to nie
      ma powodu, by wzbraniać tego homoseksualistom.” Otóż, o ile mi wiadomo, żaden
      przepis nie wzbrania całowania się w miejscach publicznych (przynajmniej nie
      specjalnie intymnego), niezależnie od płci całujących się osób. Problemem jest
      tu zatem nie prawo, ale możliwe reakcje emocjonalne otoczenia – a ze zmiana
      tychże może być już kłopot. Ludzie bowiem na ogół nie lubią gdy ktoś publicznie
      serwuje im pokaz czynności intymnych (z czym zresztą zgadza się sama Autorka), a
      już na pewno nie takich, które budzą w nich obrzydzenie. Prawda jest natomiast
      niestety taka, że jakkolwiek by rzeczy nie obracać i politycznie nie poprawiać,
      zachowania homoseksualne wywołują u heteroseksualnej większości (a przynajmniej
      u osób tej samej płci) zupełnie odruchową odrazę. Myśl, że mógłbym całować się
      lub uprawiać seks z innym mężczyzną jest mi do głębi obrzydliwa, podobnie jak
      pomysł by coś podobnego oglądać w wykonaniu innych; geje i lesbijki powinni
      zresztą dobrze znać to uczucie, gdyż zapewne podobną reakcję budzi u nich myśl o
      zbliżeniu z osobą płci przeciwnej. Nie ma w tym według mnie niczego
      homoseksualistom uwłaczającego. Podobnie przecież większość zwykłych ludzi nie
      byłaby w stanie np. zarżnąć żywego człowieka lub zwierzęcia, ani też grzebać się
      w ludzkich wnętrznościach czy odchodach – a nie znaczy to przecież byśmy en
      masse uznawali pracę żołnierzy, rzeźników czy lekarzy za uwłaczającą, a ich
      samych otaczali s
      • kapitan.kirk Re: W zgodzie z naturą? - głos w dysusji 25.07.05, 15:49
        a ich samych otaczali społecznym ostracyzmem. Nikomu też jednak nie przyszłoby
        raczej do głowy, by ich codzienne czynności zawodowe bez oporów i ograniczeń
        prezentować publicznie. Podobnie może być z homoseksualistami; jednak jest to
        sprawa w mniejszym stopniu przepisów, a przede wszystkim po prostu umiaru i smaku.
        Cdn.
    • kapitan.kirk Re: W zgodzie z naturą? - głos w dysusji 25.07.05, 15:48
      JEDNAK RÓWNIA, ALE CZY POCHYŁA?

      Przy okazji ostatnich wydarzeń związanych z Paradami Równości, szeroko cytowano
      wyrok jednego z poznańskich sądów, który w uzasadnieniu procesu o zniesławienie
      pośrednio zrównał homoseksualizm z zoofilią i nekrofilią. Uzasadnienie to
      wywołało liczne głosy oburzenia nie tylko w środowiskach homoseksualistów, ale i
      wśród większości liberalnych publicystów, wielkim głosem krzyczących o
      niedopuszczalności takiego porównania. Reakcje te – co, jak pisałem, wydaje mi
      się znamienne – charakteryzowały się tyleż odruchową skwapliwością, co brakiem
      jakiejkolwiek głębszej analizy myślowej. Aby ją przeprowadzić, warto na początek
      uświadomić sobie, jak daleko idącą ewolucję przeszedł stosunek do mniejszości
      homoseksualnej w ciągu zaledwie kilkudziesięciu ostatnich lat – od wrogości,
      ironii i nierzadko fizycznej eksterminacji, do względnej akceptacji i –
      przynajmniej w państwach wysoko rozwiniętych – niemalże równouprawnienia.
      Zmienia się także, choć powoli, świadomość nie tylko elit intelektualnych, ale i
      ogółu społeczeństw. A przecież nadal częsta jest postawa niegdyś absolutnie
      dominująca: sugestia, że „homosie” są równi normalnym ludziom wywołuje po
      pierwsze odruchowy odruch wstrętu, a po drugie gwałtowną reakcję („Obrzydliwe,
      jak można porównywać mnie z tymi zboczeńcami?!”) – i na tym koniec, bez choćby
      próby zrozumienia stanowiska strony przeciwnej. Z reguły logiczne tłumaczenie,
      że homoseksualizm nikomu „z zewnątrz” nie przynosi szkody nie daje tu żadnych
      szybkich rezultatów; do zmiany poglądów dochodzi się nawet przez
      dziesięciolecia, albo i w ogóle. Jednak dzięki długiej i wytrwałej pracy szeregu
      światłych ludzi, coraz powszechniej przyjmuje się uznawane ongiś za absurdalne,
      a przecież obiektywnie zupełnie rozsądne przekonanie, że w sumie nic nikomu do
      tego, co i z kim robi ktoś we własnym łóżku, oczywiście jeżeli wszystko odbywa
      się za zgodą zainteresowanych.
      Wrzawa jaka wybuchła wokół poznańskiego wyroku znajduje swój oddźwięk i u prof.
      Eilstein, która oburza się sugestią adresata swojej polemiki, że odejście raz od
      modelu rodziny heteroseksualnej może doprowadzić do tego, że w końcu
      zalegalizuje się np. poligamię i kazirodztwo. Michał Szułdrzyński zostaje
      zrugany za „stosunek ksenofobiczny” i pouczony, że „zrównywanie sankcjonowanej w
      pewnych religiach i kulturach poligamii z kazirodztwem jest absurdalne”, a
      „homoseksualiści, którzy domagają się usankcjonowania związków partnerskich, na
      ogół mają (...) do poligamii stosunek równie potępiający (...)”; przy tym
      „przypisywanie (...) homoseksualistom bardziej pobłażliwego od
      heteroseksualistów stosunku do kazirodztwa czy pedofilii byłoby potwarzą”.
      Oburzenie to wpisuje się w ogólny ton liberalnych mediów, ale czy nie brzmi
      trochę znajomo? Najpierw instynktowne obrzydzenie, potem – „Ohydne, jak można
      nas porównywać z tymi zboczeńcami”, a w końcu brak jakichkolwiek argumentów...
      Cóż, wgłębienie się w temat istotnie groziłoby dojściem do „niewłaściwych” wniosków.
      Poligamia? Sama Autorka przyznaje, że jest ona spotykana w wielu kulturach
      (zdarza się też i poliandria), a więc dlaczego nie w naszej? Zresztą i w naszej
      jest, bo wszak związki (rodziny?) nieformalne to wcale nie tak rzadko trzy osoby
      w różnych układach; a bywa, że i więcej. Jeżeli to nie przeszkadza
      zainteresowanym, to czemu by tego nie sformalizować? Kazirodztwo? Przecież
      przesądy, religie i fobie miały się nam nie mieszać do przepisów prawa, a na
      innych płaszczyznach zakazu kazirodztwa obronić się nie da. Nekrofilia i
      kanibalizm? W końcu zmarłemu wszystko przecież jedno co się dzieje z jego
      ciałem; przy tym gdyby np. żona odpowiednio upoważniła męża w testamencie, już
      teraz mógłby wyniknąć z tego ciekawy casus prawny. Pedofilia? Czynna – owszem,
      robi krzywdę dzieciom, ale czy i jak można karać za np. możliwy już w
      niedalekiej perspektywie seks pedofilski z wirtualnym partnerem wykreowanym
      przez komputer? Gerontofilia? Stare wino jest przecież najlepsze. Sadyzm?
      Wystarczy zawrzeć związek partnerski z masochistą i wszyscy będą zadowoleni.
      Koprofagia? Skoro wszystko wolno we własnym łóżku, to chyba tym bardziej nawet
      we własnej ubikacji i przy własnym stole. Zoofilia? O ile gwałcenie kur czy
      królików można by jeszcze podciągnąć „pod paragraf” zabraniający dręczenia
      zwierząt, to komu obiektywnie rzecz biorąc szkodzi stosunek mężczyzny z krową
      albo kobiety z psem? Wampiryzm? To w końcu moja sprawa i moja krew, i nic nikomu
      do tego co daję ukochanej do picia....
      Niektóre z powyższych orientacji lub zachowań są zabronione przez prawo,
      niektóre nadal figurują na liście chorób WHO, z której usunięto homoseksualizm.
      Wszystkie jednak da się obronić – i, zapewne, w końcu zalegalizować – na
      wspomnianej powyżej zasadzie wolności zachowań intymnych pod warunkiem pełnej
      dobrowolności stron. Żadne z nich przy tym nie jest akceptowalne społecznie i
      idę o zakład, że wśród większości czytających te słowa, niezależnie od ich
      orientacji, wywołały one dreszcz obrzydzenia. Różnica pomiędzy hetero- a
      homoseksualistami polega tu na tym, że ci pierwsi w większości reagują tak samo
      na zachowania seksualne tych drugich, zaś ci z kolei chcieliby być traktowani
      inaczej niż reszta owej grupy. Nota bene jestem – w odróżnieniu od większości
      publicystów – szczerze przekonany, że wszystkie opisane wyżej skłonności i czyny
      zostaną koniec końców zalegalizowane i sformalizowane, i że jest to wyłącznie
      kwestia czasu (choć zapewne jeszcze długiego), a sformalizowanie związków
      homoseksualnych to dopiero jeden z pierwszych kroków w tym kierunku. Nie zmieni
      się natomiast radykalnie jakość sporów, i tak jak teraz geje narzekają na
      niemożność wzięcia ślubu i nieprzychylność otoczenia, tak za „iks” lat utyskiwać
      się będzie na zakaz zawarcia związku partnerskiego z ukochaną szympansicą albo
      na brak możliwości spokojnego zjedzenia własnej kupy w restauracji, bez
      narażania się na nieprzychylne spojrzenia i uwagi współbiesiadników. Każdego
      zaś, kto czuje się powyższymi sformułowaniami oburzony, obrażony, bądź uważa je
      za absurdalnie przesadzone, błagam usilnie o to, by nie zatrzymywał się na
      etapie: „Obrzydliwe, jak można...” itd., ale chociaż spróbował merytorycznie
      popolemizować. Szczerze mówiąc obawiam się mimo to, że większość ewentualnych
      reakcji zakończy się na: „To nie nadaje się do polemiki”, bo tak jest zawsze w
      sytuacjach, gdy święte oburzenie jest wygodniejsze i bezpieczniejsze od
      argumentacji.
      Joseph Heller włożył w usta jednego z bohaterów „Paragrafu 22” znamienne słowa
      (cytuję z pamięci): „To straszne, gdy porządny, lojalny wobec władz Indianin
      traktowany jest przez władze jak jakiś przeklęty czarnuch, żółtek albo
      makaroniarz”. Szczerze mówiąc, postawa większości liberalnej opinii wobec sporu
      o prawa homoseksualistów bardzo mi do tego pasuje. Działacze gejowsko-lesbijscy
      bowiem, dostrzegając podział społeczeństwa na „lepszych normalsów” oraz
      „gorszych odmieńców” i słusznie uznając go za niesprawiedliwy, nie dążą
      faktycznie do jego likwidacji, ale raczej do przeskoczenia przez barierkę na
      „lepszą” stronę, by stamtąd – już w ramach „słusznej” większości – oburzać się i
      obruszać na tych, którzy przeskoczyć nie zdołali i pewnie jeszcze długo nie
      zdołają. Nie czynię im z tego zarzutu, boć to przecież ludzkie; zresztą nikt nie
      ma obowiązku walczyć o cudze prawa, nawet jeżeli obiektywnie są one równie
      uzasadnione co jego własne. Wytykam natomiast brak ideowej konsekwencji, który
      ktoś nieprzychylnie nastawiony mógłby nazwać hipokryzją.
      Cdn.
    • kapitan.kirk Re: W zgodzie z naturą? - głos w dysusji (koniec) 25.07.05, 15:48
      DLACZEGO JEDNAK TAK

      No cóż, przede wszystkim dlatego, że homoseksualiści są takimi samymi
      obywatelami jak inni i zgadzam się z Autorką, że fakt nie posiadania przez nich
      części praw obywatelskich nie powinien prowadzić do pytania: „dlaczego im na to
      pozwolić?”, ale raczej „dlaczego dotąd im na to nie pozwalano?”. Istnienie
      związków homoseksualnych jest przecież faktem, nikomu z otoczenia obiektywnie
      rzecz biorąc raczej one nie szkodzą, więc właściwie dlaczego partnerzy nie
      mieliby mieć w nich praw podobnych co małżeństwa heteroseksualne, w kwestii np.
      dziedziczenia, wspólnoty majątkowej czy w innych obszarach? Teza o prokreacyjnym
      charakterze małżeństwa faktycznie utrzymać się nie da, skoro nawet kościelnego
      sakramentu udziela się osobom o których wiadomo, że dzieci mieć nie będą. Co
      ciekawe, wbrew deklaracjom składanym w trakcie badań socjologicznych, wydaje
      się, że w praktyce związki homoseksualne są dość powszechnie akceptowane przez
      otoczenie jako pewna realność, i to nie tylko wśród tzw. elit, ale w coraz
      szerszych kręgach. Wprawdzie nadal jest to akceptacja podszyta zwykle rodzajem
      politowania i ograniczona do sytuacji, w których „oni się z tym nie obnoszą”, a
      także, rzecz jasna, gdy problem nie dotyczy kogoś z bliskich. Sam trend do
      powolnych zmian obyczajowych wydaje mi się jednak zauważalny, co dobrze rokuje
      na przyszłość. Przy okazji, nie wydaje mi się by było jakąś specjalną profanacją
      nazywanie takich związków po prostu małżeństwami, choć żeński człon zawarty w
      tej nazwie może brzmieć nieco dziwnie w przypadku np. pary gejów.
      Bardziej kontrowersyjny jest problem wychowywania dzieci przez pary
      homoseksualne. Podczas dyskusji „w temacie”, jeden z moich przyjaciół – człowiek
      życzliwie nastawiony do świata i nieprzesądny – stwierdził z przekąsem: „Skoro
      tak chcą mieć dzieci, to niech sobie sami zrobią”. Otóż nie zrobią, tak jak nie
      zrobią sobie np. osoby cierpiące na bezpłodność, którym przecież z tego powodu
      nikt nie zakazuje sztucznego zapłodnienia lub adopcji. Również i w tym przypadku
      jestem zatem za, a to z trzech zasadniczych przyczyn.
      Po pierwsze, nie można zapominać o tym, że homoseksualiści takie prawo już w
      zasadzie mają. Pary homoseksualne wychowują wszak w Polsce tysiące, a np. w USA
      miliony dzieci pochodzących z wcześniejszych lub przygodnych związków
      heteroseksualnych ich rodziców. I chyba nikt zdrów na umyśle nie postuluje, by
      takie dzieci odbierać rodzicom w jakichś celach „reedukacyjnych”. Co więcej,
      choć wciąż brak wyników obiektywnych badań, nie wydaje się by dzieci z tej grupy
      jakoś negatywnie wyróżniały się od ogółu.
      Po drugie zatem, odpada argument o zdecydowanie patologicznym charakterze
      wychowywania przez pary homoseksualne. Możliwe oczywiście, że takie wychowanie
      nie jest dla dziecka równie optymalne co w tradycyjnej rodzinie, jednak przecież
      nikt z podobnego powodu nie żąda by ograniczyć prawnie możliwości wychowywania
      dzieci przez np. rodziny niepełne, zastępcze albo w ogóle bez rodzin, w domach
      dziecka. Mówiąc krótko, każda rodzina jest dla adoptowanego dziecka lepsza niż
      brak rodziny. Ewentualnie większego zagrożenia pedofilią bym nie demonizował,
      skoro służby adopcyjne mają i tak obowiązek starannie badać pod tym kątem
      kandydatów na nowych rodziców – wystarczy po prostu, by się z tego obowiązku
      rzetelnie wywiązywały. Nie wyolbrzymiałbym też obaw co do tego, że dzieci z
      rodzin homoseksualnych same stają się częściej homoseksualistami. Wpływ
      środowiska rodzinnego na orientację seksualną pozostaje bowiem nadal słabo
      zbadany, o czym najlepiej świadczy sam fakt istnienia homoseksualistów, którzy
      przecież nie są znajdowani w kapuście, tylko w większości rodzą się i wychowują
      w normalnych, tj. heteroseksualnych rodzinach. Należy przy tym być
      konsekwentnym: jeżeli zdecydowaliśmy się już nie uważać homoseksualizmu za
      moralne (w sensie prawnym) i społeczne zło, to absurdem byłoby utrzymywać
      jednocześnie, że złem takim jest wychowywanie „do homoseksualizmu” własnych dzieci.
      Po trzecie wreszcie, przesadzone są według mnie obawy, że same dzieci będą miały
      trudności z akceptacją homoseksualnych rodziców, albo też spotykać się będą z
      szykanami ze strony rówieśników. Dzieci są dziećmi i bywają w czasie ich
      dorastania takie okresy, w których nie akceptują lub wręcz nienawidzą swoich
      rodziców z powodów często o wiele bardziej irracjonalnych niż ich orientacja
      seksualna. Zaś co do drugiego argumentu, to na naszych oczach dokonała się
      przecież spektakularna zmiana stosunku rówieśników do m.in. dzieci samotnych
      matek i niepełnosprawnych. Jeszcze przed kilkunastu laty normą było
      stygmatyzowanie ich i odrzucanie poza nawias grupy „normalnych” – tymczasem dziś
      zazwyczaj nie dostrzega się w ogóle w sensie negatywnym ich „inności”. Można
      według mnie bez większego ryzyka założyć, że taki sam proces będzie w
      najbliższej przyszłości dotyczyć również dzieci par homoseksualnych.
      Konkludując: przeciwników przyznawania dyskutowanych praw homoseksualistom,
      szermujących hasłami o zachowaniach „niezgodnych z naturą”, śladem prof.
      Eilstein zapraszam do przemyślenia, co właściwie jest w naszym życiu „zgodne z
      naturą” – począwszy od jedzenia i ubrania (a w końcu nic prawie co jemy i w co
      się ubieramy nigdy nie występowało samoistnie w naturze), a skończywszy na
      niespotykanych raczej „w naturze” praktykach np. demokratycznych rządów,
      równości wobec prawa, wychowania publicznego czy właśnie adopcji dzieci. Już
      wielki Królik Bugs zwrócił się kiedyś przepraszająco do filmowej publiczności po
      jednym z bardziej spektakularnych i nieprawdopodobnych kreskówkowych gagów:
      „Niektórzy mogą powiedzieć, że to niezgodne z prawami fizyki. Ale ja przecież
      nigdy nie studiowałem prawa”.
      Quod Erat Demonstrandum ;-)
Pełna wersja