Matka Teresa od ciemności

30.06.08, 23:56


?
    • nick3 Przegrane życie świętej. 01.07.08, 02:36
      (Na wstępie zaznaczam, że nagłówek postu ma charakter prowokacyjny.
      Nie można tak apodyktycznie osądzić treści życia żadnego człowieka.
      Ponieważ jednak Matka Teresa funkcjonuje jako wzór osobowy, więc mam
      prawo ocenić postać, jaka się wyłania z wypowiedzi i działań Matki
      Teresy, takich jakimi je znamy.)

      Artykuł Dorosza przedstawia sobą sedno tego, co uważam za
      patologiczny charakter biblijnej religii Transcendencji.

      Postać Matki Teresy dostarcza zaś ilustracji owoców życiowych tego
      typu duchowości, o ile przeżywana konsekwentnie.


      Jak zatem brzmi ten mój zarzut wobec chrześcijaństwa?

      Najkrócej? Że jest ono nieautentyczne, bo transcendentne (tj.
      antycielesne).


      Wiara to Teatr motywowany Trwogą.


      Uważam, że "wiara" w rozumieniu chrześcijańskim ("wiara
      nadprzyrodzona") już z definicji jest, jeśli bliżej się przyjrzeć -
      zjawiskiem w sumie werbalnym!

      Pewnym sposobem "zagadywania" (mistyfikowania) własnego życia.


      Bardzo proszę chrześcijan o staranne uchwycenie myśli, bo zapewniam,
      że nie o inwektywę mi tu chodzi.

      Chrześcijanie rzadko słuchają argumentów, bo z góry są
      przeświadczeni, że żadne argumenty nie są w stanie mierzyć się z
      siłą perswazyjną wiary.

      A jednak może tak nie jest!;)


      O co mi chodzi z tym Teatrem?

      Na początek, dla dodania wagi rozumowaniu;), przytoczę zaskakujące
      zdanie z pism młodego Ratzingera:

      "Czym się różni Kościół od teatru? Tym, że teatr nie ukrywa, że jest
      teatrem."


      "Wiara" w tak antynaturalistycznej tradycji, jaką jest religia
      biblijna, sama jest "zjawiskiem nadprzyrodzonym", czyli "dostępnym
      wyłącznie wzrokowi wiary".

      Koło się zapętla.

      Pobożność katolicka przezornie nie rozwija tego paradoksalnego wątku
      (choć ma on miejsce oczywiście i w katolicyzmie).

      Ale Dorosz jest protestantem, a protestantyzm stawia kropkę nad "i".

      Nic, co daje się w jakikolwiek sposób doświadczyć w ludzkim
      przeżywaniu, nie jest "wiarą" w sensie chrześcijańskim.

      W rezultacie jednak "wiara nadprzyrodzona" nie jest niczym innym niż
      rodzajem gadania!


      Wiara jest nie-przeżyciem.


      Najlepszym obrazem (mimowolnie stworzonym przez gorliwego
      protestanta) jest tu baśń Andersena "Nowe szaty cesarza".

      Tym właśnie jest "życie wiary". Sposobem mówienia o czymś, czego w
      ludzkim przeżywaniu nie ma!


      Tylko że cesarz nie jest tym dobrotliwym pierdołą z baśni.

      Cesarzem jest Trwoga.

      "Strach Abrahama, Izaaka i jakuba" (tak brzmi w najstarszych
      fragmentach Biblii dosłowne znaczenie słowa tłumaczonego jako "Bóg")

      Wołanie Dziecka ("Król jest nagi!") jest przez Poddanych ignorowane
      z grobowo nieporuszoną twarzą.


      Ale przecież, mógłby ktoś powiedzieć, w jaki sposób mówić o
      nieautentycznosci życia Świętej.

      Można mówić o "nieautentyczności życia księży". Ale Świętej?

      Jak można w jej przypadku nazywać wiarę - werbalizmem?

      Przeciez "wiara" tak bardzo zmieniła jej życie.


      A jednak.

      Czynnikiem zmieniającym życie chrześcijan nie jest to, co oni sami
      na ten temat chcą wierzyć.


      Jest nim wpojona przez wychowanie religijne trwoga przed samym
      sobą "niekochającym Boga".

      Wychowawcy religijni wpajają dziecku niezdolność do zaakceptowania
      samego siebie, o ile nie będzie się "kochać Boga" (który
      przecież "tak bardzo się poświęcił").

      Następujaca wskutek tego desperacka próba ucieczki od samego siebie
      stoi za Werbalizacją (tym, co chrześcijanie nazywają "wiarą").

      Oczywiście Werbalizacji mogą towarzyszyć "wielkie dzieła wiary" (tj.
      samoumartwienia - bo działania charytatywne, o ile "motywowane
      wiarą", są w sumie motywowane autoagresją.
      Jedynym sposobem "miłości" do Nie-Przeżycia może być de facto
      tylko "umartwienie" sfery przeżyć.)


      Mówiąc publicystycznie: wychowanie chrześcijańskie to skierowanie
      anoreksji i pasji samobójczych młodych dziewcząt - w koleiny pracy
      charytatywnej;)

      Odpowiednio ukierunkowując te instynkty Kościół potrafi osiagnąć
      niemało!;)

      Ale to jest produkowanie człowieka kompulsywnego. Który sprawia
      wrażenie żywego człowieka, a jest "trupem pobudzanym pradem".

      Który wierzy, że kocha, a tylko nienawidzi siebie, o ile nie pasuje
      do Wymogu.

      Czy takie życie można nazwać szczęśliwym?

      Och, trzeba tylko patrzeć "spojrzeniem wiary"!:)

      Wszak chyba nikt nie oczekuje, że Skarb chrześcijańskiego życia
      ukaże się oczom patrzących w sposób naturalny...

      "nowe szaty cesarza"...

      I tak chrześcijanie wpadają w upiorną pułapkę "wiary". Pułapkę
      totalnego zideologizowania życia, którego to zideologizowania nie
      wolno im (i w związku z tym nie chcą) nawet dostrzec.



      Przykład rozjaśniający: chrześcijańskie "szczęście" w małżeństwie.

      Bez spojrzenia wiary o niejednym chrześcijańskim małżeństwie
      moglibyśmy powiedzieć, ze się nie kochają i są nieszczęśliwi.

      He he... Ale "sprawiedliwy z wiary żyć będzie";)

      Macie sakrament? Więc macie miłość.

      Nie macie tej "widzialnej". Tym lepiej ("Wypłyń na głębię":))) -
      macie niewidzialną!

      Nie jesteście szczęśliwi? Jesteście. Nie widzicie tego oczyma ciała,
      ale przecież "spojrzeniem wiary" widzicie ("być z Chrystusem to
      szczęście", nie wierzycie w to?;).


      To nazwałem WERBALIZMEM.

      Transcendentny charakter chrześcijańskiego "Skarbu" sprawia, że
      przymiotnik "chrześcijański" staje się przymiotnikiem niwelującym
      (tak jak niegdyś "socjalistyczny").

      "Chrześcijańska radość" to nie-radość.

      "Chrześcijańskie szczęście" to nie-szczęście.


      Myślę, że nie muszę tłumaczyć, jak wiele cierpienia może wywoływać
      (i wywołuje) wymuszanie na ludziach udziału w tym Teatrze.


      Uważam, że Matka Teresa nie była szczęśliwym, ani wewnętrznie
      harmonijnym człowiekiem.

      I dlatego, pomimo całego swojego tytanizmu, nie potrafiła kochać
      ludzi (miałem bardzo ciekawy link na stronę Psychologicznego
      Iowarzystwa "Humanitas", gdzie rozważano na konkretach postawę
      życiową Matki Teresy. Niestety strona już nie działa:(

      Jest na ten temat bardzo wiele niezależnych od siebie świadectw
      ludzi, którzy Matkę Teresę spotkali.

      Ale, to fakt, w zdecydowanej większości pochodzą one od ludzi,
      którzy patrzyli na Świętą bez "spojrzenia wiary"...


      A artykuł Dorosza jest klinicznym przykładem tego, co rozumiem przez
      antycielesność (antypercepcyjność) chrześcijaństwa.

      Tyle, że to jest właśnie to, co nazwałem nieautentycznością.
      Dosadniej: zakłamywaniem.

      Narzucaniem pewnych schematów mówienia o rzeczywistości jako
      obowiązujących (dokładnie na tym polega fenomen
      totalitarnej "nowomowy"):

      >Czy mamy prawo podejrzewać w niej zaburzenia depresyjne lub
      >wzruszyć ramionami i zarzucić jej chrześcijańskie cierpiętnictwo,
      >zwłaszcza gdy mówi, że jej własne cierpienie może sprawić Mu
      >radość?

      A z jakiej motywacji mamy uznać, że nie mamy tego prawa?

      Chyba tylko z przytłoczenia patosem kreowanym takimi pytaniami
      retorycznymi.

      Dalej następuje zaklinanie rzeczywistości:

      >Dlatego miłosny język tej wiary wydaje się czasem wymuszony, czasem
      >sentymentalny. Lecz sentymentalny w gruncie rzeczy nie jest.


      Właśnie jest. A zwłaszcza sentymentalny jest język Dorosza
      (słuchałem go kilka razy na żywo - jest to nieznośne. A wynika z
      jego oderwania od uczciwego rozpoznawania swoich uczuć - za sprawą
      wiary odejmującej wagę uczuciom).

      Co to znaczy "sentymentalny"? Czy to znaczy "uczuciowy"?

      Zgoła przeciwnie!

      Sentymentalizm jest tam, gdzie się mówi o uczuciach nieswoimi
      słowami.

      A chrześcijanin nie może mówić swoimi słowami, bo nie żyje w sobie,
      lecz "w niewidzialnym Panu".

      I tak właśnie Dorosz mówi to, czego żąda od niego doktryna ("Pan"):

      >sentymentalny ... nie jest ... dlatego, że duchowa miłość Matki
      >Teresy spełnia się z dala od uczuciowych doznań.

      Właśnie dlatego jej mowa o uczuciach jest sentymentalna!




      Jeśli chcemy pozostać prawdziwi wobec własnych przeżyć, wobec
      własnej osobowości (która przecież nie jest "pozaprzeżyciowym"
      obiektem w
      • nick3 Przegrane życie świętej cd. 01.07.08, 02:40

        Jeśli chcemy pozostać prawdziwi wobec własnych przeżyć, wobec
        własnej osobowości (która przecież nie jest "pozaprzeżyciowym"
        obiektem wiary!) - nie możemy dać się przytłaczać "Skarbom
        Pozaprzeżyciowym".

        One tylko nam Grożą (swoją Utratą), a nie budzą realnie przeżywanej
        miłości.
    • przedsesja Matka Teresa od ciemności 01.07.08, 10:43
      chyba jestem tępa, bo niewiele rozumiem, chociaz mam niejasne przeczucie, ze
      może jednak coś tam rozumiem....a może to tylko moje nieobiektywne tłumaczenie
      tego tak, aby wyszło "po mojemu"?
      czyżby święta odkryła, ze Boga nie ma, a jednak nie mogła w to uwierzyć i z
      całych sił starała się Go szukać, aby potwierdzić to, co wyniosła z dzieciństwa,
      aby jej świat nie zniknął w gruzach...?
      bo jednak kościół, czy to katolickim czy inny, tak naprawdę nie jest jedyną
      drogą do Boga, Absolutu czy jak Go tam sobie nazwiemy... jedyna droga wiedzie
      przez nasze własne serce... cokolowiek jest lub nie jest Prawdą, kochajmy i
      czyńmy ten świat lepszym... popełniajmy błędy i uczmy się na nich, dążmy do
      doskonałości...nie pozwólmy ogarnąć się ciemności i zwątpieniu.... bla..bla...bla?
      • hefajstos-q Re: Matka Teresa od ciemności 03.07.08, 16:52
        Jej trudna wiara, bez odzewu (ciemność) może być wynikiem jej pragnienia, aby
        kochała Boga, jak nikt nigdy dotąd (zawarte w tekście). Otrzymała więc taką
        miłość. Może czasem nie warto, żądać czegoś wyjątkowego.
        • nick3 Re: Matka Teresa od ciemności 03.07.08, 19:28

          Chorobliwa jest sama idea "porównywania się w miłości", czy
          jakiegokolwiek "egzaminu" z miłości (a są to idee nieuniknione, gdy
          patrzymy na życie moralistycznie (Sąd Ostateczny), a na miłość jako
          na istotę cnoty).

          Jako istota miłości musi się wtedy przedstawiać wytrwałość w udręce
          (Co w istocie Ewangelia czyni: "Nie ma większej miłości, niż jak kto
          odda życie...")

          Tylko czy rzeczywiście ludzie szczególnie wytrwali w znoszeniu udręk
          dla czegoś, co nazywają "miłością do Boga", są ludźmi, z którymi
          chcielibyśmy w życiu przebywać?
    • mikewodzowski I Ty jesteś bogiem. 01.07.08, 12:41
      Religia Chrześcijańska to niestety bardzo dziwna mutacja, która od początków jej
      powstania ciągle mutuje i w stronę ciemności.
      Przykaz aby kochać Boga jest jak najbardziej słuszny, ponieważ każdy z nas jest
      Bogiem. Każdy z nas ma więc kochać siebie samego ale i każdego innego człowieka
      bo on także jest częścią Boga.
      Wiele rzeczy zostało na przestrzeni wieków zafałszowane oraz pominięte,
      szczególnie w naukach KK. Myślę że nie warto o nich dyskutować, prawda i tak
      kiedyś wypłynie.
      Niech każdy z nas będzie dobrym człowiekiem dla siebie i dla innych.
      "Święta z Kalkuty" została jak widać rozdarta między fałszywą wiarą którą Jej
      wpojono a sobą samą. Na pewno wielu z nas ma takie dylematy wiec czas tworzyć
      oczy :)
      • zyta2003 Re: I Ty jesteś bogiem. 03.07.08, 16:48
        Dylematy Matki Teresy, jak bardzo pomimo wszelkich watpliwosci
        nalezy kochac Boga, niestety w dzialalnosci charytatywnej czesto
        zamienialy sie w okrucienstwo. Jak podaja zrodla, "zbierani" z ulic
        Kalkuty chorzy i umierajacy niewiele mniej cierpieli w jej
        osrodkach. Oprocz tego, ze juz nie lezeli na ulicy, a pod dachem.
        Ona byla calkowita przeciwniczka srodkow przeciwbolowych, co jest
        absolutnym zaprzeczeniem wspolczesnej opieki prenatalnej.
        Zachowanych jest wiele swiadectw ludzi, ktorym cierpienie polecala
        jedynie poswiecic bogu. W Nowym Jorku nie wybudowala hospicjum,
        poniewaz przepisy zabraniaja budowac budynki 4-pietrowe i wiecej bez
        windy. A ona w swym umartwaniu nie ustapila. Lepiej nie miec
        hospicjum, lub tylko hospicjum, gdzie umierajacy z obsluga usiluja
        wczolgac sie na wyzsze pietra.....
        Byla silna osobowoscia, ogarnieta swoimi obsesjami. Nie znam sie,
        wiec nie wiem czy kwalifikuje sie na swieta kk. Na pewno nie
        chcialabym byc pod skrzydlami jej milosierdzia, ani jej podwladna.
Pełna wersja