timoszyk
25.10.08, 20:33
Smiala mysl, ze jak wiecej nas pojdzie do urn, to demokracja bedzie pelniejsza
przypomina mi nieco propagande PRL. Nie jest wazne ilu glosuje, wazne jest,
czy ci ktorzy glosuja maja jakis wybor. W Polsce nie maja, bo tzw scena
polityczna jest zdominowana przez kilkudziesieciu zawodowych politykierow
tworzacych w istocie swego rozdzaju korporacje zawodowa. Sluzy temu
proporcjonalna ordynacja wyborcza, 5% prog wyborczy, panstwowe dotacje dla
istniejacych juz partii itd. Wyborca glosuje wiec ciagle na tych samych ludzi.
Nie moze glosowac nawet na tych, ktorzy wypadli z lask swych partyjnych
wspoltowarzyszy, jak Ludwik Dorn. Nie istnieja niezalezni kandydaci.
Nie ma tez znaczenia, czy wybory trwaja dzien, czy tydzien, czy mozna glosowac
przez internet, itd. To sa tylko pozory walki o demokracje, z ktora w rzeczy
samej zawodowi politycy walcza jak tylko moga. Oni wyborca gardza, jedynie
"zagospodarowuja elektorat".
Nie bedzie wiec zadnych zmian. Moga one byc przeprowadzone nie jako dobra wola
klasy politycznej, nazywajacej siebie "elita", ale tylko na skutek
nieustajacego nacisku ze strony zwyklych wyborcow.
Domagajmy sie PRAWA DO REFERENDUM, a wtedy majac wladze w garsci uchwalimy
wszystko to, co jest potrzebne, albo zmusimy do tego politykow.
Takie prawo istnieje w Szwajcarii i jakos ten kraj obywa sie bez wodzow i
wizjonerow. Bowiem najlepszym wizjonerem dla siebie samego jest wyborca. Do
tego Szwajcaria ma jeden z najnizszych wskaznikow frekwencji wyborczej. Jak
kogos nie interesuje polityka, to niech nie glosuje. Domaganie sie wysokiej
frekwencji jest tylko listkiem figowym dla politykow, ktorzy zdaje sie wtedy
mowic, ze wybral ich caly narod. Tak, wybral, bo nie mial wyboru.
Waclaw Timoszyk