"Katolickie" polactwo w Australii

16.02.09, 02:48
Gorzka prawda o Polonii australijskiej

„Katolickie” polactwo w Australii
Przyczynek do historii polactwa i „Tygodnika Polskiego” w Australii
z okazji 60-lecia istnienia pisma

Zakłamany obraz Polonii australijskiej

W Polsce i wśród Polaków na świecie jest w ogóle nieznana prawdziwa
historia Polaków w Australii. Króluje w kraju i w polonijnym świecie
wiele mitów na temat Polonii australijskiej. Mówi się, że Polacy i
dzieje Polaków na antypodach mogą być przykładem dla wszystkich
innych Polonii świata – dobrego zorganizowania, ogromnej aktywności
i umiejętności wykorzystywania możliwości, jakie stwarza państwo
osiedlenia (Aneta Jezierska O Polakach na antypodach „Nasz Dziennik”
Warszawa 8.6.2006). W mediach prezentowany jest wręcz idylliczny
obraz Polaków w Australii.

Tymczasem prawda, której ciężko jest się przebić na światło dzienne,
gdyż nie są nią zainteresowane ani Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”
(które zgodnie ze swoim statutem powinno troszczyć się o nas i nam
służyć), ani polskie media, jest zupełnie inna. Oprócz bez wątpienia
jasnych kolorów, w dziejach i działalności Polonii australijskiej
jest bardzo wiele ciemnych plam. Dużo więcej niż tych jasnych.

Mam nadzieję, że poniższy na pewno bardzo ważny dokument i zarazem
przyczynek do historii i faktycznego stanu Polonii australijskiej
umożliwi historykom i działaczom polonijnym na świecie bardziej
prawidłową ocenę działalności Polaków w Australii, że wywoła również
pożyteczną dyskusję na temat często tragicznych losów i problemów
Polaków na świecie. Ten temat nie powinien stanowić żadnego taboo.
Ci, którzy przemilczają tragedię wielu tysięcy Polaków na obczyźnie –
Polaków sterroryzowanych przez innych Polaków do tego stopnia, że
odbierają sobie życie, stają się jej współtwórcami! Biorą te
tragedie na swoje sumienie! Szczególnie katolicy polscy nie mają
prawa obmywać rąk w tej sprawie jak Piłat. Kościół polski nie ma
moralno-religijnego prawa milczeć w tej sprawie. Ignorując tę sprawę
będzie wspierał zło, utrwalał obecny stan rzeczy, obecny
pseudokatolicyzm wielu Polaków. Szkodząc tym samym samemu Kościołowi
polskiemu, który wchodzi w okres wielkiego kryzysu m.in. przez
upadek zasad moralności w samym Kościele (Kryzys powołań w polskim
Kościele Dziennik” 10.2.2009).

Przyszedł czas – najwyższy czas nie tylko na powiedzenie nagiej
prawdy o Polonii australijskiej, ale także na akcję mającą na celu
przerwanie obłędnej i tragicznej nienawiści między Polakami w
Australii. Może się do tego przyczynić wspólna i zdecydowana akcja
Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, polskiego Ministerstwa Spraw
Zagranicznych (Konsulatu Generalnego RP w Sydney) i polskich mediów
oraz polskiego Kościoła.

Chyba że celem Polaków w Kraju i instytucji krajowych jest to, aby
na emigracji Polak Polakowi był wilkiem. Tak jak jest to w tej
chwili.

List otwarty

Motto: Z całej wiedzy, którą człowiek może i powinien posiadać jest
umiejętność życia na taki sposób, aby czynić jak najmniej
krzywdy i możliwie jak najwięcej dobrego
Lew Tołstoj

Humanizm to umiłowanie człowieka, nic więcej, ale tym samym
jest to zarazem polityka i bunt przeciwko wszystkiemu co kala
i bezcześci ideę człowieczeństwa
Tomasz Mann


Odrzucona ręka do zgody

Marian Kaluski
29.1.2009
12.2.2009

Józefa Jarosz
„Tygodnik Polski” – Melbourne
Wiesław Słowik TJ
Polska Misja Katolicka w Australii
Moi wrogowie w Australii


Odpowiadam na Pani wysłany do mnie e-mail (22.1.2009), który był z
kolei odpowiedzią na mój e-mail do Pani z 19 stycznia br.
następującej treści:

Pani Józefo,

Załączam poniżej artykuł pt. „Rekordy nad rekordami Anieli Rados” z
prośbą o jego druk w „Tygodniku Polskim”.
Myślę, ze artykuł ten należy się p. Radoś, skarbniczce
Stowarzyszenia, w budynku którego ma swoją siedzibę „Tygodnik
Polski”.
Liczę również na Pani/Waszą przychylność w tej sprawie.
Akurat dzisiaj (19.1.2009) w polskim programie radia SBS mówiono o
tym, że w ostatni weekend była zorganizowana w Sydney konferencja na
temat przyszłości klubu polskiego w Ashfield. Apelowano od tygodni,
aby konferencją i klubem zainteresowało się młodsze pokolenie
Polaków. No i klapa. Młodsze pokolenie Polaków w Australii nie chce
się interesować sprawami polskimi.
Tym bardziej my powinniśmy być zjednoczeni i ciągnąć dalej ten
kierat tak długo jak tylko jest to możliwe.
60. rocznica założenia „Tygodnika Polskiego” (dawniej Katolickiego)
też nas do czegoś zobowiązuje. Tak jako Polaków i katolików!
Pozdrawiam,

Marian Kałuski

Jak widać z jego treści, sprawa druku mojego artykułu o p. Anieli
Radoś była sprawą drugorzędną; artykułu, który w normalnych
warunkach z chęcią wydrukowała by każda szanująca się redakcja pisma
polonijnego.

Dużo ważniejszą sprawę Pani zupełnie zignorowała, podobnie jak
rektor Polskiej Misji Katolickiej w Australii Wiesław Słowik TJ,
którego prosiłem o mediację. Jako osoba świecka mógłby tej mediacji
się nie podjąć. Ale jako osoba duchowna nie miał prawa jej odmówić!

Ciekaw jestem co by powiedzieli o zachowaniu się Wiesława Słowika TJ
prowincjał jezuitów, generał jezuitów i papież gdyby się
dowiedzieli, że on odmówił pośredniczenia w pogodzeniu zwaśnionych
stron – zwaśnionych katolików.

Godzenie się ludzi jest na pewno rzeczą chwalebną, a przede
wszystkim chrześcijańską (wszek chrześcijaństwo jest religią miłości
i Pan Bóg żąda od nas miłości bliźniego!). Pani, Pani Jarosz
ogłosiła na łamach „Tygodnika Polskiego”, że jest katoliczką
(pokazać Pani ten numer?). - Jak widać papier przyjmie każde
kłamstwo!

Wyciągnąłem do Was rękę do zgody jako dobry Polak i dobry katolik,
chociaż miałem duże wątpliwości natury moralnej czy powinienem
współpracować z takimi „ludźmi”, jakimi Wy jesteście. – To była w
zasadzie sprawa moralnie bez wyjścia, trudna do podjęcia takiej czy
innej decyzji. Jeśli zgodziłem się na podanie Wam ręki do zgody, to
tylko dlatego, że tego żąda ode mnie moja wiara katolicka, a także
łudziłem się, że może zmienicie się trochę na lepsze, że także
zostaniecie katolikami nie tylko „z gęby” ale i z czynów.

Co więcej, to nie ja Wam wszystkim wyrządziłem krzywdę, ale
wierchuszka polonijna wyrządziła mi wielką krzywdę wiele razy, a
także i „Tygodnik Polski” i Pani osobiście (w archiwum PAP „Polonia
dla Polonii” można przeczytać Pani PODŁE uwagi o mnie, zapewne
wypływające z Pani wiary „katolickiej”!). Namacalnych dowodów na to
jest aż za wiele!

Redaktor „Tygodnika Polskiego” z lat 1961-74 Roman Gronowski kłócił
się i gniewał na wiele osób, m.in. z red. Janem Duninem Karwickim,
Andrzejem Chciukiem (słynne „chciukinady” w „TP”), Tomaszem
Ostrowskim i to nieraz kilka razy (czego echa są w „Tygodniku
Polskim”), a nawet raz ze mną. Ale chociaż nie głosił publicznie, że
jest katolikiem, potrafił z ludźmi się godzić. Bo był to człowiek
przedwojennej kultury, przedwojennego wychowania. Wy jesteście
prawdziwymi dziećmi PRL-u w najgorszym znaczeniu tego powiedzenia! –
Trzymam ciągle w komputerze oryginalnie przesłyny mi e-mail od
członka redakcji „Tygodnika Polskiego”, w którym grozi mi pobiciem.
Rycerz Wiesława Słowika TJ!
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 16.02.09, 02:49
      W naturze człowieka-zwierzęcia jest to, że jak wyrządzi –
      szczególnie jak wyrządzi niesłusznie – krzywdę jakiemuś człowiekowi,
      to jego opanowane przez czarta sumienie stara się szukać
      usprawiedliwienia dla swojego postępku. Głównie przez portretowanie
      swojej ofiary w ciemnych kolorach.

      To jest to co Wy (wierchuszka polonijna) robicie ze mną. Oprócz
      ciągłego wmawiania ludziom, że jestem „trouble maker” (człowiekiem
      sprawiającym same kłopoty innym osobom), to ludzie, którzy mnie i
      mojej rodziny wcale nie znają robią ze mnie np. pijaka (ci co mnie
      znają wiedzą, że jestem abstynentem!), a nawet zboczeńca seksualnego
      (ciekwe czy tę brednię-potwarz nie sieje znany mi PRAWDZIWY pedofil
      w sutannie?!). W zależności od aktualnej potrzeby jestem dla Was
      albo Żydem (i to rosyjskim!), albo antysemitą. Ale przede wszystkim
      komunistą, chociaż nikt tego nigdy nie udowodni, że tak było czy że
      tak ciągle jest. Dla polactwa każda osoba której nie lubią jest albo
      Żydem, albo komunistą. Pokrzywdzeni przez Was przez ten zarzut
      ludzie oddawali sprawy do sądu (zob. Leszek Zaczek Nazwanie
      komunistą zniesławia „Tygodnik Polski” 16.2.1974), albo zaszczuci
      odbierali sobie życie, jak np. w 1972 roku Roman Tarasin, prezes
      Związku Polaków w Newcastle („Tygodnik Polski” 10.2.1973).

      Słowo prawdy o wierchuszce polonijnej

      Przed zbliżającym się kolejnym zjazdem delegatów Rady Naczelnej
      Polskich Organizacji w Australii redaktor sydneyskich „Wiadomości
      Polskich” Jan Dunin-Karwicki w artykule pt. „Rozdroża Polonii
      australijskiej” (30.1.1977, str. 1) pisze w podtytule, że: Odważna
      krytyka ułatwić może wejście na właściwą drogę, a artykuł zaczął
      taką uwagą: Gdy w społeczeństwie zanika świadomość naczelnej idei,
      która winna być źródłem inspiracji i impulsem jego zbiorowej
      działalności to ogarnia to społeczeństwo zniedołężnienie. Wówczas
      najczęściej na stolce wdrapują się karły społeczne i zaczynają
      podgrywać olbrzymów. Dla tych miernot dominującym bodźcem ich
      działalności jest nie dobro ogółu ale zaspokojenie własnej
      próżności.

      W dalszej części artykułu red. Dunin-Karwickie pisze, że
      kiedy „Wiadomości Polskie” rozpoczęły kampanię „wolnego słowa” to
      pismo naraziło się „niejednemu dygnitarzowi”. Wyszło na jaw, że
      wielu naszych „działaczy” społecznych to są
      jednostki „wielkie”, „święte”, „nieomylne” i „nietykalne” lub
      przynajmniej takie mają same o sobie wyobrażenie. Okazało się, że
      nie wolno „szargać świętości” i krytykować zwłaszcza naszych
      ministrów (rządu emigracyjnego w Australii – M.K.), delegatów i
      prezesów wszelkiego kalibru.

      Ja jednak decyduję się w tym Liście otwartym na to, zgadzając się z
      uwagą red. Dunin-Karwickiego, że odważna krytyka ułatwić może
      wejście na właściwą drogę. I nie chodzi mi w nim o lynczowanie Was i
      naszych niektórych liderów (bo pamiętam słowa Pana Jezusa: „Niech
      rzuci pierwszy kamieniem ten, który jest bez winy”), ale chcę
      wierzyć, że poprzez odważną krytykę opartą na faktach, czyli na
      PRAWDZIE, może ułatwię Wam i Polonii australijskiej wejście na
      właściwą drogę. Bo życzę Polonii australijskiej wszystkiego
      najlepszego, żeby była naprawdę najlepszą Polonią na świecie.

      ...............

      Kim była i jest ta szkalująca i prześladująca mnie i szkodząca
      Polakom w Australii wierchuszka polonijna? Mówi nam o tym m.in.
      znany przedwojenny dziennikarz lwowski, a po wojnie mieszkający w
      Australii Ludwik Kruszelnicki: Żrą się Polacy w Anglii, żrą się
      wzajemnie we Francji, w Niemczech, w Szwecji i w Ameryce, to
      dlaczego nie mieliby się żreć tutaj w Australii? Dlaczego nasza
      Australia miałaby być tym wyjątkiem? Jak historia polska długa i
      szeroka, Polacy od niepamiętnych czasów zawsze żarli się wzajemnie i
      tak już chyba zostanie na wieki wieków. Gdybyśmy się nie kłócili ze
      sobą, nie bylibyśmy prawdziwymi Polakami (Ludwik Kruszelnicki Trzeba
      otruć psa „Tygodnik Katolicki” – dziś „Tygodnik Polski”, Melbourne
      11.11 1961).

      A jak się żarto czytamy w „Tygodniku Katolickim” z 17.1.1953: ...w
      Melbourne przewija się nieprzerwane pasmo kryzysów organizacyjnych.
      O przyczynach aż przykro mówić i zaraz potem: Na zebraniu
      informacyjnym Związku Polskiego w Nowej Południowej Walii (Sydney) 8
      lutego doszło do awantur („T.K.” 21.2.1953); a około 20 lat później
      czytamy w „Tygodniku Polskim” z 24.1.1970: ...O „gorącej” atmosferze
      zebrania niech świadczy fakt, że przewodniczący, mec. Chmielewski,
      przerwał zebranie i opuścił salę nie mogąc w tych warunkach
      przewodniczyć, a w numerze z datą 2.10. 1971, że podczas zebrania
      zwołanego przez Tymczasowy Komitet ds. Odbudowy Zamku Królewskiego w
      Warszawie (Dom Polski 12.9.1971) kilku oponentów ustawicznie
      przerywało tok obrad doprowadzając w końcu do ordynarnej kłótni.

      Wydawano paszkwile, jak np. na Stowarzyszenie Polonia w Brisbane
      („Tygodnik Katolicki” 10.1.1953), a nawet nasi działacze polonijni
      walkę między sobą przenosili poza Australię. W numerze wielkanocnym
      ukazującego się w Niemczech „Polaka” ukazał się anonimowy paszkwil
      na akurat sprawujących władzę działaczy polonijnych w Melbourne
      („Tygodnik Katolicki” 6.6.1953).
      Mówi także o naszej niechlubnej wierchuszce polonijnej zasłużony
      działacz polski na Tasmanii Jerzy Malcharek w artykule
      pt. „Krytyczna ocena dorobku 25 lat” („Tygodnik Polski”
      16.2.1974): ...Niestety, gdy „obrośliśmy w piórka”, rozpoczęły się
      swary. Jak gdyby bakcyl niezgody opanował rzesze Polaków. Mimo
      upływu wielu lat, nasza „góra” nie uzgodniła poglądów i nie
      stworzyliśmy jednej reprezentacji. Rozpoczęły się spory ambicjalne,
      zapanowała „tytułomania”. Odznaczenia (rządu londyńskiego – M.K.)
      padały jak manna na pustyni. Nastał okres przypominający opowiadanie
      Nowakowskiego z Ikaca o konduktorowej wąskotorowej i szerokotorowej.
      Rozpoczęły się waśnie polityczne... Spory i „wykańczania” odbywają
      się w imię walki o „wolność”. Wielkokrotnie są używane te same
      metody walki, które są używane przez naszego wroga – komunizm.
      Wolność słowa stała się rzeczą problematyczną. Słowo „chrześcijańska
      pokora” znikło ze słownika. Pokochaliśmy puste slogany...
      I wreszcie uwaga samego redaktora „Tygodnika Polskiego”, Romana
      Gronowskiego o działaczach polskich w Wiktorii: ...polska Wiktoria
      przysparzała sobie złej sławy niezgodą, zadawnionymi sporami i
      animozjami, chaosem międzyorganizacyjnym – dzierżyła bodaj prym w
      pielęgnowaniu najprzykrzejszych wad i schorzeń, jakie tu i ówdzie
      cechują nasze życie zbiorowe („Wielki dzień Polonii wiktoriańskiej”
      TK 22.9.1962).
      Warto zapoznać się również z wyjątkowo ostrą krytyką Polonii
      australijskiej napisaną przez redaktora sydneyskich „Wiadomości
      Polskich” Jana Dunin-Karwickiego w artykule pt. „Wiwisekcja Polonii
      australijskiej” (21.9.1975) czy chociażby z artykułem Joanne
      Finlay „Threats over Polish soccer interview” opublikowanym w
      dzienniku australijskim „The Sydney Morning Herald” z 26 lutego
      1982.

      To tylko kilka spośród wielu podobnych tekstów, które ukazały się
      kiedyś w „Tygodniku Polskim”. Kiedyś, bo dzisiaj odgórna cenzura czy
      samocenzura Pani na druk krytycznych uwag o wierchuszce polonijnej
      nie pozwala. Wszystko jest i musi być cacy. Słodkie aż do mdłości.
      Czyli zafałszowane! W prasie PRL o reżymie komunistycznym pisano
      również w samych superlatywach. - „Tygodnik Polski” nie jest obecnie
      wiarygodnym źródłem informacji do historii Polaków w
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 3 16.02.09, 02:50
      A oto jak wyglądała i często nadal wygląda praworządność polonijna w
      Australii:
      1. W sydneyskich „Wiadomościach Polskich” z 17 czerwca 1956 roku w
      artykule K. Bezubika pt. „Czy nowe rozdroże” czytamy, że w
      organizacjach polskich w Australii działa się metodą tryków i
      obłudy, że są one dalekie od zasad demokratycznych. Statuty i
      regulaminy, ujmujące życie organizacyjne w określone ramy i
      prawidła, nikogo nie obowiązują i przez nikogo nie są
      przestrzegane. – Gdyby Bóg chciał nam chociaż trochę powiedzieć coś
      na ten temat, to dowiedzielibyśmy się wprost niesamowitych historii
      i o niesamowitych łajdactwach popełnionych przez wielu prezesów.
      Wielu z nich, jak również duchowni Wiesław Słowik i Rajmund
      Koperski wiedziało i wie, że również i ja znam wiele ich grzechów –
      i stąd ta ich wprost zwierzęca nienawiść do mnie.
      2. W 1956 roku nastąpiło zawieszenie działalności Zjednoczenia
      Polskiego w Geelong (Wiktoria) z powodu niesubordynacji ze strony
      sekretarza i skarbnika w zarządzie; sekretarz wysłał także listy
      obraźliwe do szeregu Polaków (J.R. Macioszek Na niwie społecznej w
      Geelongu „Wiadomości Polskie” 27.1.1957).
      3. W 1970 roku redaktor ukazujących się jeszcze wówczas w
      Sydney „Wiadomości Polskich” Jan Dunin Karwicki dokonał prawdziwego
      (a la południowoamerykańskiego) zamachu stanu w Radzie Naczelnej
      Polskich Organizacji w Australii;
      4. Ponad 20 lat działał w Sydney Związek Polaków Solidarność, mający
      rzekomo ponad 1000 członków, kierowany przez p. Barbarę Odolińską,
      który dysponował 10 czy 12 mandatami (na ok. 70) na zjazdach Rady
      Naczelnej Polskich Organizacji w Australii; jego głosy decydowały o
      wyborze prezesa (K. Łańcucki, J. Rygielski)!; kiedy 3 lata temu
      zmarła p. Odolińska wraz z nią zmarła 1000-osobowa (!) Solidarność,
      która okazała się być fikcyjnym tworem; niech mi nikt nie wmawia, że
      o tej fikcyjności nikt nie wiedział! – Tą sprawą kryminalną powinna
      się zająć odpowiednia instytucja australijska. Tak jak sprawą
      głupiego utracenia Domu Polskiego w Melbourne (City) przez
      wydawcę „Tygodnika Polskiego” policja australijska (psim obowiązkiem
      zarządu było ubezpieczenie Domu, tak jak to zrobił Wasz partner,
      pan Kiełbaska!). Niektóre zebrania wydawcy „Tygodnika Polskiego”
      odbywały się również niezgodnie z prawem australijskim, co
      potwierdziła na piśmie kontrolująca to australijska insytucja (list
      N.F. Curry z Registrar of Building Societies Co-operative z
      29.8.1977 w archiwum SHPA)!
      5. Wydawca SPOŁECZNEGO „Tygodnika Polskiego” mianowała bez konkursu
      kilku redaktorów pisma, a przed laty Federacja Polskich Organizacji
      w Wiktorii za pieniądze rządu australijskiego (!) pracownika opieki
      społecznej, łamiąc tym nawet australijskie przepisy.
      Czy w życiu polskim w Australii coś się zmieniło na lepsze w
      ostatnim ćwierćwieczu, czy mamy lepszych prezesów i działaczy
      społecznych? Bez wątpienia mieliśmy w tym okresie i mamy w
      niektórych zarządach organizacji polskich dobrych ludzi, katolików
      (chrześcijan) i Polaków. Jednak nie brak w tych szeregach ludzi,
      którzy brali udział w awanturach sprzed 50 (!) czy 30 laty oraz
      bardzo wielu nowych wilków w owczej skórze.
      Np. mam kopię dokumentu Victoria. A Return of Prisoners Convicted at
      the Sittings of the County Court held at Melbourne. Sentenced on the
      21st day of March 1991, z którego dowiaduję się o skazaniu pewnego
      Polaka (nazwisko podane) na 2 lata w zawieszeniu za wzbogacenie się
      poprzez 7 wyłudzeń pieniędzy i 1 próbę wyłudzenia pieniędzy. Dzisiaj
      osoba ta piastuje stanowisko prezesa jednej z najważniejszych
      organizacji polskich w Australii!

      Tak więc jednym z moich wrogów jest zwykły kryminalista! Ale czy w
      gronie moich wrogów tylko on jeden jest kryminalistą (mam na myśli
      także te osoby, które są kryminalistami, ale uniknęły wymiaru
      sprawiedliwości)? Na pewno nie. O jednej osobie wiem, że była w
      kolizji z prawem.

      Z kolei z tekstu „Kilka pytań w związku z lipcowym zebraniem w Domu
      Polskim w Wollongong” (Puls Polonii 24.7.2007) dowiadujemy się o
      rzekomych nieprawidłowościach w prowadzeniu tego Związku.

      Jednakże najbardziej krytyczną opinię o obecnej Polonii
      australijskiej wystawił Tomasz Lis, dyrektor Departamentu
      Konsularnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Warszawie, którą
      wydrukował w streszczeniu Anety Jezierskiej dziennik krajowy „Nasz
      Dziennik” z 8 czerwca 2006 roku. Dyrektor Lis na samym początku
      obala mit, że Polonia australijska może być przykładem dla
      wszystkich innych Polonii świata – dobrego zorganizowania, ogromnej
      aktywności i umiejętności wykorzytywania możliwości, jakie stwarza
      państwo osiedlenia. Uważa, że: „Obecnie największym... problemem
      jest rozdźwięk międzypokoleniowy”. – Stara Gwardia, chociaż licząca
      około lub ponad 80 lat, kurczowo trzyma się stołków prezesowskich
      (np. wydawca „Tygodnika Polskiego”) i chce nadal utrzymywać rząd
      dusz w polonijnej Australii – narzucać Polonii – dzisiaj w dużym
      odestku już solidarnościowej - swoje zdanie, swoją wolę, a także
      swoją nienawiść i zawiść. A patronuje jej w tym rektor Polskiej
      Misji Katolickiej w Australii, jezuita Wiesław Słowik.

      Zatrzymajmy się przy tej oto opinii Jerzego Malcharka o naszej
      wierchuszce polonijnej: Wielkokrotnie są używane (przez nią) te same
      metody walki, które są używane przez naszego wroga – komunizm.

      To bardzo ważne i prawdziwe stwierdzenie. Tak było i tak jest często
      po dziś dzień. Dlatego w liście do Wiesława Słowika TJ napisałem
      mniej więcej tak, że gdyby niektórzy nasi liderzy polonijni mieniący
      się katolikami mogli czuć się tak bezkarnie jak czuli się oprawcy
      PRL-owskiej SB, to by mnie po prostu zlikwidowano. Tak jak SB
      zlikwidowało ś.p. ks. Jerzego Popiełuszkę.

      Żeby zrozumieć to, że życie społeczno-polityczne Polaków w Australii
      od samego początku zaistnienia bardzo dużej społeczności polskiej w
      tym kraju zaraz po II wojnie światowej było jednym wielkim koszmarem
      (potwierdzają to nie tylko roczniki „Tygodnika Katolickiego” –
      „Tygodnika Polskiego”, ale i innych polskich pism z tego okresu)
      trzeba cofnąć się do czasów powojennych w Niemczech, skąd przybyła
      zdecydowana większość Polaków do Australii. Po klęsce Niemiec w maju
      1945 roku powstało tam masę obozów dla Polaków, którzy zostali
      wywiezieni do III Rzeszy przez hitlerowców na roboty przymusowe
      podczas II wojny światowej oraz byli jeńcy wojenni, w których
      przebywali późniejsi emigranci polscy w Australii do 1948-51. W
      obozach tych władzę uchwyciły bardzo często ciemne typy, cwaniaczki,
      jak również zwykli kryminaliści oraz – wstyd to mówić – wielu
      przedstawicieli polskich przedwojennych partii politycznych i
      inteligencji. A że jedno z porzekadeł mówi, że „z kim się zadajesz
      takim się stajesz”, wielu dotychczas porządnych ludzi spośród
      inteligencji polskiej wykoleiło się moralnie, a nawet stało się
      kryminalistami! Wiele takich osób przyjechało do Australii. Polacy z
      obozów w Niemczech zapamiętali dobrze te czasy, jak byli okradani i
      terroryzowani przez polską administrację obozów. I to był bodajże
      główny powód dlaczego ponad 90% przybyłych tu z Niemiec Polaków nie
      włączyło się do budowania polskiego życia organizacyjnego w
      Australii.

    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 4 16.02.09, 02:52
      O tych sprawach pisał dobitnie w australijskim „Tygodniku
      Katolickim” ks. Wojciech Sojka w artykule „O dmuchaniu na zimne”
      (20.7.1950): (Już w Australii)...od obozu do obozu i od baraku do
      baraku chodzi ta sama smutna lamentacja: - „Jest źle, bośmy tu na
      emigracji nijak nie zorganizowani, a jak się tu w ogóle organizować?
      Jeszcze raz się wystrychnąć na dutaka? Uwierzyć wymownym kandydatom
      na wielkich prezesów i skarbników, co to najpiękniejszymi słowami
      obiecują góry złota, a gdy się kasa napełni, to znika taki jeden i
      drugi ptaszek, że go tajniacy nie znajdą, a choćby i znaleźli?
      Grosika od takiego łotrzyka nie wyłuskasz, bo dawno wszystko puścił –
      licho jedno wie na co i jak... Bo że nas kiwali, to kiwali.
      Bezczelnie. I to nie żaden hitlerowiec, nie żaden SS-man, ale swoje
      chłopy. Nieraz wysoko utytułowane... Śmietanka społeczna, tylko
      kryminałem pachnąca, że fee!...”.

      Jeszcze ostrzej na ten temat napisał redaktor „Tygodnika
      Katolickiego” ks. Konrad E. Trzeciak: ...Trzeba bowiem przyznać, że
      komisje w Europie mało się interesowały stanem moralnym przyszłych
      imigrantów i wskutek tego prześlizgnęły się tu do Australii
      jednostki, które właściwie winny siedzieć w Europie za kratą...
      (Rachunek sumienia „T.K.” 8.6.1950).

      O tych sprawach czytamy również w Raporcie Egzekutywy Australijskiej
      Partii Pracy z 1957 roku: że imigranci byli niedostatecznie
      przesiani przez komisję imigracyjną, że niaraz mają wątpliwą
      przeszłość (questionable records) lub uważają za swoich bohaterów-
      liderów osoby będące w pewnych wypadkach kryminalistami.

      Władze australijskie do końca 1951 roku deportowały do Niemiec 5
      polskich kryminalistów („Tygodnik Katolicki” 1.12.1951); nie mam
      danych o późniejszych deportacjach. W 1952 roku w australijskiej
      prasie i radiu ukazało się szereg artykułów krytycznych pod adresem
      polskich imigrantów („Tygodnik Katolicki” 13.9.1952). Powtarzały się
      one przez wiele lat, na co ciężko pracowało również wielu naszych
      tzw. działaczy społecznych.

      Tak, wśród polskich działaczy w Australii od końca lat 40. XX w. do
      końca lat 80 było dużo ciemnych typów – ludzi z ciemną przeszłością,
      a nawet sporo zwykłych kryminalistów (są dwa rodzaje kryminalistów:
      ci, którzy siedzą w więzieniu i ci, którzy ciągle chodzą na
      wolności). To głównie spośród tego grona osób wywodzili się moi
      najwięksi wrogowie – bezduszni „ludzie”. Swoją nienawiść do mnie
      potrafili przeszczepić nawet niektórym emigrantom solidarnościowym.

      Od stycznia 1992 roku nowym redaktorem „Tygodnika Polskiego” został
      Michał Filek, przybyły do Australii w latach 80. Nie znałem go i on
      mnie nie znał osobiście. Kiedy został redaktorem wybrałem się do
      redakcji aby mu osobiście pogratulować objęcia stanowiska redaktora.
      W redakcji zastałem jego poprzednika, a mojego następcę, red.
      Jerzego Grot-Kwaśniewskiego. Kwaśniewski przywitał się ze mną i
      przedstawił Filkowi. Ten spojrzał na mnie spode łba i... nie podał
      mi ręki. Widziałem zażenowanie Kwaśniewskiego, chociaż on nie
      należał do moich przyjaciół (był wychowankiem przedwojennej Polski,
      a nie PRL-u!). Świadkiem tego była sekretarka administracj „T.P.”,
      p. Teresa Szulc. Filek szczerze mnie nienawidził do końca, a na
      jednym z zebrań rocznych wydawcy pisma w ich ówczesnym lokalu na
      Collingwood chciał mnie nawet pobić, za to, że skrytykowałem jego
      pracę redakcyjną (to była POWSZECHNA krytyka: chciał narzucić
      czytelnikom swoje SKRAJNE zapatrywania polityczne; to
      wówczas „Tygodnik Polski” został oskarżony w Australijskiej Radzie
      Prasowej o antysemityzm!).

      Polactwo

      Dla mnie niedobrzy Polacy – krzywdzący drugich Polaków dla samej
      satysfakcji krzywdzenia to nie Polacy, a tylko POLACTWO. Bo przecież
      musi być zaznaczona różnica między dobrym, a niedobrym Polakiem,
      między dobrym katolikiem polskim, a pseudokatolikiem – sługą
      Szatana, których wśród elity polskiej w Australii mieliśmy i mamy
      wielu; mieliśmy i mamy również kilku upadłych księży, jak np.
      Wiesława Słowika TJ, Leonarda Kiescha TJ czy Rajmunda Koperskiego
      OP. Zmarły w 1980 roku jezuita polski w Melbourne, o. Józef Janus,
      nazywał tę naszą szatańską elitę „inteligencją na chwiejnych nogach”
      i często ją gromił z ambony na polskich mszach w kościele św.
      Ignacego w Richmond (są jeszcze ludzie, którzy to pamiętają).

      Wśród polskich działaczy społecznych w naczelnych organizacjach
      polskich w Australii mamy dwie grupy: prawdziwych społeczników i
      trutniów. Trutnie, które z natury swej są niezdolne do owocnej pracy
      społecznej!, to zazwyczaj osoby, które zdegenerowały się w obozach
      polskich w Niemczech i których przez emigrację dotknęła degradacja
      społeczna. Im wcale nie chodziło i nie chodzi o dobro Polski,
      Polaków i sprawy polskiej oraz dobro Polaków w Australii. Im o nic
      innego nie chodziło i nie chodzi jak o wywyższenie siebie wśród
      Polonii – o bycie na tapecie dla zaspokojenia swojej próżności. Aby
      być kimś „ważnym”.

      Ci ludzie chorowali na „ważność” i manię wyższości. Clive S. Barry,
      australijski urzędnik imigracyjny biorący udział w transportowaniu
      na statkach czterech wielkich grup imigrantów z Niemiec do
      Australii, w znanym tygodniku australijskim „The Bulletin”
      (30.5.1951) w swoich refleksjach z tych podróży napisał, że bardzo
      wielu Polaków przedstawiało mu się jako podsekretarze stanu
      (wiceministrowie): ...odnosi się wrażenie, że ludność Polski musiała
      się dzielić na dwie klasy: podsekratarzy stanu i inni... i że nieraz
      zachowywali się nieszlachetnie i nieuczciwie...; i o skłóceniu
      między nimi na statku!

      Prezesura w organizacji miała i często nadal ma zakryć przykry dla
      nich fakt, że w życiu zawodowym pracują w fabryce czy są na
      podrzędnych stanowiskach, chociaż niektórzy z nich mają dyplom
      ukończenia wyższej uczelni. Trzymają się swej prezesury jak rzep
      psiego ogona (Krzysztof Łańcucki był prezesem Rady Naczelnej
      Polskich Organizacji w Australii aż przez 18 lat!, a ustąpił dopiero
      pod naciskiem opinii publicznej i ataku red. Michała Filka na niego
      w „Tygodniku Polskim” na nieudolność i tragizm jego prezesury; to
      była jedyna albo jedna z kilku uwag krytycznych o naszych liderach
      w „Tygodniku Polskim” od 1977 r.). Ludzie ci przez swoją degradację
      są zazdrośni wobec każdej wybijającej się osoby i nie pozwalają jej
      realizować swoich ambicji życiowych na polu pracy społecznej wśród
      Polonii. To jest główna przyczyna braku młodych i inteligentnych
      ludzi w organizacjach polskich w Australii. Ile czułem wokół siebie
      obrzydliwej zazdrości jak zostałem redaktorem „Tygodnika Polskiego”!
      Powtarzam, tylko dlatego – przez głupią zazdrość - polskie życie
      organizacyjne w Australii było i jest takie marne. I dlatego tyle w
      nim było i jest kłótni i „wykopań” potencjalnych konkurentów –
      ludzi, którzy mogliby zrobić coś dobrego dla nas, a tym samym usunąć
      w cień jednego czy drugiego prezesa-trutnia. Tyle udanych prób
      rujnowania życia osobistego nielubianych przez bandę ludzi.

      A. i E. Kwiatkowscy tak to ujęli w swoim tekście
      zatytułowanym „Stary hycel”: Wiemy, jak wygląda ta zorganizowana, a
      właściwie zdezorganizowana społeczność polska. Federacja Polskich
      Organizacji w Wiktorii – gdzie mieszka około 29 tysięcy Polaków –
      liczy sobie zaledwie około 450 osób, a więc 28.500 Polaków nie
      uznaje Federacji, jako reprezentacji. S(tanisław) Różycki (zawodowy
      antykomunista, stojący obok Stefana Nowickiego na straży czystości
      ideologicznej Polonii australijskiej – M.K.) nie uznaje nikogo,
      tylko siebie, a inni nie uznają jego. Chyba, że uznają go jako Don
      Kichota. Ta „zorganizowa
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 5 16.02.09, 02:53
      Powtarzam za Kwiatkowskimi: trutniom-prezesom i wielu tzw.
      działaczom polonijnym wcale nie chodziło i nie chodzi o dobro
      Polski, Polaków i sprawy polskiej oraz dobro Polaków w Australii, o
      rozwój społeczności polskiej w Australii. Najlepszym na to dowodem
      są słowa wypowiedziane przez sekretarza Spółdzieli Dom Polski w
      Melbourne (to od 1977 r. wydawca „Tygodnika Polskiego”) Jerzego
      Wyszogrodzkiego na zebraniu udziałowców (27.9.1953), że inteligencja
      polska (tak określił czołowych działaczy polonijnych) zawiodła w
      odniesieniu do zbiórki pieniędzy na budowę Domu Polskiego, podczas
      gdy ludzie t.zw. prości dawali przykłady wzruszającej troskliwości i
      przychylności sprawie rozwoju Spółdzielni („Tygodnik Katolicki”
      10.10.1953). Z kolei w wydawanych w Sydney „Wiadomościach Polskich”
      z datą 4 grudnia 1955 roku Zarząd Okręgu Związku Harcerstwa
      Polskiego w Australii pisze: ...pismem naszym z dnia 5.6.1955 l. dz.
      77/55 prosiliśmy Prezydium Rady (Naczelnej Polskich Organizacji w
      Australii) o poprcie akcji na rzecz młodzieży polskiej w Australii i
      do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi, mimo przypomnienia.

      Te trutnie spełniały i zapewne niektórzy z nich jeszcze dzisiaj
      spełniają jedną bardzo hańbiącą ich rolę, skrycie ukrywaną – rolę
      szpicli i donosicieli australijskiej służby bezpieczeństwa.
      Przywódca Australijskiej Partii Pracy dr Herbert Evatt (1951-60)
      oświadczył w Parlamencie, że australijska policja bezpieczeństwa
      zbiera po cichu i zaocznie informacje o wielu obywatelach, a każdy
      imigrant ma tam swoją teczkę („Wiadomości Polskie” 3.2.1957). – Kto
      zapełniał te teczki informacjami o Polakach, niekiedy bardzo
      podłymi: zwykły zjadacz chleba Kowalski czy niektórzy prezesi i
      członkowie zarządów polskich organizacji?

      To te trutnie starały się o podporządkowanie sobie mnie jako
      redaktora „Tygodnika Polskiego”. Niekiedy brutalnie. Jednak nie
      dałem się – wolałem stracić stanowisko redaktora niż być
      czyimkolwiek pachołkiem, a tym bardziej naszych trutni. Moi następcy
      podporządkowali się im (od 1977 roku drukujecie same pochwały o
      nich). Stąd wypływała i wypływa u Was dodatkowa niechęć do mnie – do
      człowieka, który w przeciwieństwie do Was moralnie się nie zhańbił,
      nie podporządkował się niemoralnym i de facto antypolskim trutniom.

      Was nie stać na polemikę ze mną i z tym co piszę (nie ma się temu co
      dziwić, gdyż z PRAWDĄ ciężko jest polemizować!). Tak jak T.
      Brzeziński („Wiadomości Polskie” 13.3.1960) jestem karany w zwykły
      POLSKI sposób polemiczny, tj. nie argumentami rzeczowymi, ale
      osobistymi szeptanymi atakami, mającymi mnie zdyskredytować w oczach
      ludzi jeszcze nie będących moimi wrogami, albo straszycie sądami. A
      wszystko to łączycie w przedziwny sposób ze swym rzekomym
      katolicyzmem, ze swą niby służbą Bogu.

      Ciekawe byłoby się dowiedzieć jakie były również kontakty niektórych
      naszych rzekomo antykomunistycznych liderów czy innych wysoko
      postawionych osób z Konsulatem PRL w Sydney i PRL-owskimi służbami.
      Bo że były to więcej niż pewne. Na tzw. Liście Wildsteina jest kilka
      nazwisk późniejszych działaczy polonijnych w Australii, z których
      wszyscy byli i są moimi wrogami, chociaż niektórzy z nich wcale mnie
      osobiście nie znają i nie doznali ode mnie żadnej krzywdy!

      Również jest pewne, że po 1989 roku Polonię australijską
      podporządkowano pomagdalenkowej sitwie rządzącej Polską czy raczej
      PRL-bis. Nie wierzę, że zgoda naszych dotychczasowych zawodwych
      działaczy antykomunistycznych na to, aby prezesem Rady Naczelnej
      Polskich Organizacji w Australii został były członek PZPR Janusz
      Rygielski nie była ukartowana przez kogoś w Polsce (rządzili tam
      wówczas Aleksander Kwaśniewski jako prezydent i rząd postkomunistów)
      i narzucona naszym liderom.

      Pierwszego konsula generalnego rzekomo już wolnej Polski – dra
      Grzegorza Pieńkowskiego przekonywałem do tego, aby służył WSZYSTKIM
      Polakom w Australii. To przekonywanie odbiło się jak groch o ścianę –
      jednym uchem mu weszło i drugim uchem zaraz wyszło. Służył, jak i
      jego następcy, tylko tym, którym miał czy chciał służyć. A poza tym
      wielu naszych liderów wiedziało jak ich skorumpować. Takie metody
      stosowano wszędzie już od najdawniejszych czasów. Dlaczego nie mieli
      by korzystać z nich również niektórzy liderzy polscy w Australii, a
      ich beneficjentami nie mieli być niektórzy konsulowie polscy?! (Jak
      Federacja przywłaszczyła sobie konsula „Sprawy Polaków” Nr 21, 1995,
      str. 16).

      Pragnę tu mocno podkreślić, że również między komunistycznym
      Towarzystwem Łączności z Polonią Zagraniczną „Polonia” a obecnym
      Stowarzyszeniem „Wspólnota Polska” nie ma żadnej (najmniejszej!)
      różnicy. „Wspólnota Polska” tak jak dawna „Polonia” służy tylko i
      wyłącznie „samym swoim” tylko tyle, że z drugiej strony barykady i
      równie jak „Polonia” nie ma zielonego pojęcia o sprawach i
      problemach polonijnych. A najmniej interesuje ją służenie WSZYSTKIM
      Polakom na świecie i rozwiązywanie naszych problemów. Kiedy w 2007
      roku spytałem redaktora portalu „Wspólnoty Polskiej” - „Świata
      Polonii” Andrzeja Grzeszczuka dlaczego w ich portalu nie ma forum,
      na którym w sposób kulturalny można by było prowadzić dyskusje na
      tematy związane ze sprawami i problemami Polaków na świecie, to mi
      odpisał, że takie forum powstanie (trzymam w komputerze i na
      dyskietce ten e-mail). Nie powstało przez dwa lata i na pewno nigdy
      nie powstanie. Bo od tych spraw „Wspólnota Polska” ucieka jak diabeł
      od święconej wody. W sprawach polonijnych triumfuje zakłamanie;
      przekazywany jest nam fałszywy obraz Polonii.

      Winę za to ponosi długoletni jej prezes (przez 18 lat!), prof.
      Andrzej Stelmachowski – jeden z bohaterów magdalenkowych rozmów z
      komunistami (Wikipedia.pl), gdzie, jak można przypuszczać,
      dyskutowano również o tym jak opanować Polonię, jak wpłynąć na nią,
      aby zaakceptowała PRL-bis. Przecież upadek Towarzystwa „Polonia” i
      natychmiastowe powstanie „Wspólnoty Polskiej” odbyło się na pewno
      zgodnie z jakimś planem. Przecież ktoś musiał zadecydować o tym, że
      jej prezesem zostanie prof. Andrzej Stelmachowski, człowiek, który
      całe swoje życie (w chwili wyboru na prezesa miał 65 lat!) nie miał
      nic wspólnego z Polakami na emigracji i na pewno niewiele o nas
      wiedział. Dlatego od 1990 roku cieszą się względami
      Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” tylko ci, którzy na tę współpracę
      poszli! Inni, jak np. Światowa Rada Badań nad Polonią czy ja, są
      ignorowani, a nawet zwalczani.

      To skandal, że Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” uznaje za JEDYNĄ
      reprezentację Polaków w Australii Radę Naczelną Polonii
      Australijskiej i Nowozelandzkiej, która reprezentuje najwyżej 10-20%
      Polaków mieszkających w tym kraju i nie zrzesza wszystkich
      organizacji polskich działających na piątym kontynencie (w Nowej
      Zelandii nie reprezentuje większości organizacji: zob. Marian
      Kałuski „Polacy w Nowej Zelandii” Toruń 2006). A jeszcze większym
      skandalem jest to, że to nie jakiś komitet związany ze „Wspólnotą
      Polską” decyduje kto z Australii (czy z innego państwa) będzie
      uczestniczył w Zjazdach Polonii i Polaków z Zagranicy, a tylko
      decyzją zarządu „Wspólnoty Polskiej” decyduje o tym np. Rada
      Naczelna Polonii Australijskiej i Nowozelandzkiej. Efektem tego jest
      to, że w zjazdach tych nie uczestniczą osoby, które powinny w nich
      uczestniczyć i swą obecnością czynić z nich pożyteczne
      przedsięwzięcia na rzecz Polonii, ale „sami swoi” lub „kumoszki z
      Windsoru”. Wśród delegatów na III Zjazd w Warszawie w 2007 roku było
      właśnie kilka „kumoszek z Windsoru”. Zj
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 6 16.02.09, 02:54
      Np. z magazynu „Wspólnota Polska” (Nr 5/2007) dowiadujemy się, że na
      III Zjeździe Polonii został przejęty wniosek o Przekształcenie
      strony internetowej Stowarzyszenia „Wspólnota Polska” w interaktywne
      forum wymiany doświadczeń i informacji (wcześniej ja to sugerowałem
      w portalu PAP „Polonia dla Polonii”). – Dzisiaj mamy już 2009 roku.
      Czy wniosek został wykonany? – Nie!

      Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” często współpracowało i
      współpracuje z działaczami polonijnymi (rozrabiaczami i ludźmi bez
      żadnych zasad moralnych), którym żaden dżentelmen i prawy Polak nie
      podałby ręki.

      Czy nikt z grona tak wielu działaczy Stowarzyszenia „Wspólnota
      Polska” naprawdę nie dostrzega tego, że swoją działalnością często
      sieje lub wspiera nienawiść między Polakami na świecie, pracując tym
      samym nad tym, aby słuszne było powiedzenie „Polak Polakowi
      wilkiem”?

      Niech Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” udowodni mi, że tak nie
      jest, to ich oficjalnie przeproszę.

      Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” jest nam potrzebne, ale nie takie,
      jakim jest dzisiaj. Dzisiaj w swej pracy jest wierną kopią
      reżymowego Towarzystwa „Polonia”, synekurą dla niektórych osób,
      rozbija Polonię i wyrzuca w błoto wiele z tych kilkudziesiąciu
      milionów złotych, które dostaje od rządu. Uczciwa dyskusja na tem
      temat bezstronnych Polaków na emigracji potwierdziła by to co tutaj
      napisałem (udało mi się zebrać trochę wypowiedzi na ten temat).

      Jeśli poruszam te sprawy tutaj to tylko dlatego, że „Tygodnik
      Polski” popiera obecne status quo w odniesieniu do
      Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, działając serwilistycznie wobec
      Rady Naczelnej Polonii Australijskiej i Nowozelandzkiej.

      Polak Polakowi wilkiem

      Wrogość okazywana mi przez wielu „ludzi” z polonijnego świecznika w
      Australii ma również i drugie źródło, o którym marginesowo już
      wspomniałem. Jest nim zawiść. Bowiem przy mnie (biorąc pod uwagę
      chociażby tylko moje osiągnięcia pisarskie – 16 książek po polsku i
      po angielsku wydane w Australii, Anglii, USA i Polsce, często przez
      renomowane firmy wydawnicze) bardzo wielu z nich to, niestety,
      zwykłe szaraki. I moje osiągnięcia ich i Was bolą. Bowiem już w XV
      wieku Jan Długosz w swej „Historii Polski” napisał, że złą cechą
      Polaków jest bezinteresowna zawiść. A w portalu onet.pl w
      komentarzach po artykule: "W ONZ Rice straciła twarz" (13.1.2009)
      jeden z internautów pisze: „KAŻDY ŻYD ZA ŻYDEM W OGIEŃ PÓJDZIE!!! TO
      ICH POZYTYWNA CECHA, której wielu Polakom brakuje. Niektórzy Polacy
      swoich rodaków prędzej za złotówkę by w łyżce wody utopili niż
      pomocną dłoń podali”.

      Warto zapoznać się również z treścią artykułu Wojciecha Wencla „Z
      dziejów nienawiści w Polsce”, który wydrukował
      dziennik „Rzeczpospolita” 26 grudnia 2008 roku oraz z BARDZO WAŻNYM
      artykułem pt. „Tylko wojna może nas połączyć” (Wirtualna Polska
      14.10.2008), w którym czytamy m.in., że według opinii wielu
      Polaków ...łączy nas nienawiść do samych siebie. Największym wrogiem
      Polaka jest drugi Polak... Polacy nie potrafią żyć w zgodzie i
      przyjaźni. Na pytanie: Czy coś Polaków łączy jest krótka odpowiedź:
      nie! ...to taka nasza przypadłość narodowa, że człowiek człowiekowi
      wrogiem... Cechą Polaków jest donosicielstwo i pazerność, głupota,
      nietolerancja, mentalne zacofanie, egoizm, zabobonność, zawiść,
      kłótliwość, fałszywość, obojętność, ignorancja.

      Przypominam: to są krajowe opinie Polaków o Polakach!

      Również red. Gugała w komentarzu opublikowanym w „Wirtualnej Polsce”
      (9.12.2008) pt. „Dlaczego Polak nienawidzi obcych?” pisze, że:
      Agresja, brak zaufania, bezinteresowna zawiść, zazdrość i zwykła
      nienawiść bliźniego – to dominujące cechy polskiego podejścia do
      sąsiadów... tylko około 10% z nas jest w stanie zaufać komuś spoza
      najbliższej rodziny… Tu aż się prosi o pytanie, jak to możliwe w
      kraju, w którym co niedziela miliony wiernych wymieniają w
      kościołach znak pokoju?... Dlaczego nienawidzimy obcych i każdego (z
      nas), kto się choć trochę wybił? Dlaczego gardzimy ludźmi, którzy w
      jakimś momencie byli lepsi od nas? Odważniejsi, bardziej prawi,
      niezłomni, mądrzejsi?... Tylko od święta umiemy się skupić wokół
      kogoś lepszego niż nasza przeciętna szara masa. U nas tylko jak
      trwoga – to do Boga a na co dzień – tylko puste rytuały…

      Tak, tacy są niestety w większości Polacy i głównie dlatego tak
      tragiczne były losy Polski i narodu polskiego. To przez nas samych z
      największego obszarowo kraju Zachodniej Europy (zachodniej
      cywilizacji) doprowadziliśmy do wymazania Polski z politycznej mapy
      Europy.

      Ostatni rok Wielkiej Nowenny Tysiąclecia (1956-65), ogłoszony przez
      kard. Stefana Wyszyńskiego, był poświęcony walce z naszymi wadami
      narodowymi. – Ta walka nic nie dała, pomimo tego, że ponad 90%
      Polaków uważa się za katolików.

      To są jednak ogólne uwagi o zawiści występującej u wielu Polaków.
      Ale może Polonia australijska jest pod tym względem lepsza? Dobrze
      by było gdyby tak było, ale tak nie było i nie jest. W „Tygodniku
      Katolickim” z 10 sierpnia 1950 roku, a więc kiedy jeszcze
      przyjeżdżali do Australii emigranci polscy z Niemiec (1948-51), z
      artykułu pt. „Polak Polakowi wilkiem”, a podpisanego Gaweł
      dowiadujemy się, że już wtedy, kiedy niektórym Polakom trochę lepiej
      się poszczęściło w nowym kraju, hulała na dobre zawiść: ...Niech
      tylko który z Rodaków pocznie się wybijać, dorabiać, posuwać w
      hierarchii społecznej, a już „usłużne” dłonie braterskie ściągają go
      gwałtem w dół.
      Trzynaście lat później w „Tygodniku Polskim” ukazał się artykuł
      redaktora pisma Romana Gronowskiego pod tym samym tytułem - „Polak
      Polakowi wilkiem” (16.11.1963), w którym czytamy: …Czy wiecie skąd
      się bierze zamożność i bogaty dorobek innych grup narodowościowych –
      Ukraińców, Niemców, Rosjan, Greków czy Włochów? Bo ich ambicją
      narodową jest popieranie swoich! U nas jakże częstym zjawiskiem jest
      mijanie swoich! A przecież polska firma nie weźmie od Ciebie ani
      pensa więcej za swe usługi – więc zastanów się, dlaczego nie dajesz
      jej zarobić? Przez głupią zawiść („niech on się na mnie nie
      dorabia”) czy przez jeszcze głupszy oportunizm? Podcinamy gałąź, na
      której siedzimy….

      I tak jest po dziś dzień. Sam to doświadczyłem wiele razy.

      Niech Pani i Wiesław Słowik TJ oraz wszyscy moi wrogowie zechcą
      spojrzeć uczciwie w swoją duszę. Jestem pewny, że stwierdzicie, że
      to co pisze „Wirtualna Polska” o Polakach i Gaweł, jak ulał dotyczy
      i Was. No bo wszak jesteście nie tylko Polakami, ale i „katolikami”.

      W przeciwieństwie do Was ja do tego niestety typowo polskiego
      i „katolickiego”grona Polaków się nie zaliczam i nikt nie może mnie
      tam zasadnie wcisnąć. I cieszę się, że nie jestem jedynym prawym
      Polakiem w Australii i na świecie. Chociaż jesteśmy w mniejszości
      jest nas miliony. W swoim życiu spotkałem bardzo wielu dobrych
      Polaków. I niekiedy wiele im zawdzięczałem i zawdzięczam. Wśród nich
      byli także prawdziwi słudzy Boga, jak np. śp. o. Marcin Chrostowski
      OP (zm. 1974) – szlachetny i święty człowiek! Pomagał ludziom,
      odwiedził każdego Polaka w szpitalu, brał udział w życiu społecznym
      (!), chodził w podartych butach (dosłownie!) i jeździł starym
      samochodem, takim gruchotem, że jak zmarł to samochód poszedł od
      razu na złom (może to potwierdzić chociażby pani Dubczyk z North
      Sunshine, której mąż reperował bez przerwy ten samochód, a i zapewne
      inne osoby).

    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 7 16.02.09, 02:55
      Mówiąc także o „wierchuszce polonijnej” nie mam oczywiście na myśli
      wszystkich jej członków, gdyż wśród nich byli i są również ludzie
      prawi, zasłużeni, patrioci polscy, z którymi niekiedy
      współpracowałem; współpracowałem blisko np. z Polakami w Sunshine,
      na Tasmanii, Newcastle i Maitland. Związkowi Polaków w Maitland
      przewodził przez bardzo wiele lat ś.p. Feliks Dangel, wielki
      człowiek, Polak, a przede wszystkim prawdziwy działacz społeczny z
      charyzmą. Ta mała grupa Polaków (zaledwie 60 rodzin polskich) pod
      jego przewodnictwem dokonała wielkich rzeczy. 25-lecie działalności
      Związku i ich wielkie osiągnięcia opisałem w dwujęzycznej
      pracy „Polacy w Maitland – Poles in Maitland” (Maitland 1983).

      Powiem więcej: jestem dumny z wielu powodów, że jestem Polakiem. A
      mieszkając w wieloetnicznej Australii przekonałem się, że w każdym
      narodzie są ludzie dobrzy i źli i że Polacy jako tacy do najgorszych
      ludzi wcale nie należą.

      Nie zmienia to faktu, że miliony z nas to źli ludzie, Polacy i
      katolicy. A brudna piana jest zawsze na górze – zawsze się pcha na
      górę. Także na wierzchołek naszego życia polonijnego. I to jest nasz
      tragizm. Pogłębiany tym, że mało jest wśród nas ludzi odważnych do
      walki ze złem wśród zorganizowanej Polonii australijskiej. Na tym
      żerowali i żerują trutnie i przez to triumfują.

      Jednak ten triumf sławy Wam nie przyniesie. Przyjdzie czas, że
      słusznie zostaniecie wyrzuceni na śmietnik Historii, bowiem „oliwa
      zawsze na wierzch wypływa”, czyli że PRAWDA zawsze zwycięża. Ten
      List jest także dowodem na to.

      Słudzy Boga czy Szatana?

      To pytanie dotyczy jezuity i obecnego rektora Polskiej Misji
      Katolickiej w Australii Wiesława Słowika i dominikanina Rajmunda
      Koperskiego, którego nie ma już w Australii.

      Jeśli chodzi o jezuitę Wiesława Słowika, którego obwiniam za wiele
      zła królującego wśród Polaków w Melbourne, to moja matka, osoba
      bardzo religijna, w ogóle go nie zna. Widziała go kilka razy na
      jakiś uroczystościach religijnych czy polskich i pamiętam jak kiedyś
      mi powiedziała, że „Temu księdzu źle patrzy z buzi. Nie podoba mi
      się ten człowiek”. – I tak jest, szczególnie jak ma kontakt ze mną.
      Widać, że jest zadufany w sobie, butny i arogancki. Tak jakby chciał
      mi powiedzieć: „Mam cię gdzieś. Nic mi zrobisz!” (czytam to w jego
      oczach za każdym razem naszego spotkania).

      I właśnie ta jego butność, ta arogancja, jakże daleka od
      chrześcijaństwa (!), dodatkowo mnie przekonują (bo o innym powodzie
      poniżej), że nie jest to sługa Boży, a tylko sługa Szatana.

      Wiesław Słowik TJ gdyby miał chociaż odrobinę przyzwoitości w sobie,
      to zrzuciłby sutannę. Bowiem jak bezbożnik może być kapłanem – sługą
      Bożym, nauczycielem wśród ludu o Dobrej Nowienie?! – Ale on jej nie
      zrzuci. Został i jest kapłanem dla chleba. Bez trudu mającego, a
      poza tym najlepszego i to nie tylko z masłem i szynką, ale i
      rosyjskim kawiorem, który popija najlepszym francuskim szampanem.
      Podczas gdy wspomniany wyżej o. Marcin Chrostowski OP mieszkał w
      wynajmowanym jednym pokoju u polskiego organisty, to jego następca
      Rajmund Koperski OP kupił sobie dom (oczywiście za pieniądze
      parafian), miał swojego ogrodnika, sprzątaczkę, kucharkę,
      sekretarkę, a może i jedną kobietę więcej (chodziły takie słuchy –
      daję na to najświętsze słowo honoru) oraz FOTOGRAFA, który latał
      podczas mszy i uroczystości robiąc mu zdjęcia. Sekretarka Marzenna
      Piskozub zbierała dwa razy w roku wśród parafian pieniądze na
      pokrycie kosztów urlopów dla Koperskiego OP (spędzał je w Australii,
      którą wyjątkowo dobrze poznał i za granicą), mówiąc, że „księdzu
      należy się urlop”. Kiedy my - parafianie (również i ja!) kupiliśmy
      mu nowy samochód, to go zaraz sprzedał i kupił sobie luksusowy
      samochód (Marzenna Piskozub może nam coś na ten temat powiedzieć,
      chociaż nie tylko ona)! Jak to mówiono w Polsce za moich czasów:
      życie jak w Madrycie!

      Zatrzymując się jeszcze przy temacie samochodu, który parafianie
      kupili Rajmundowi Koperskiemu OP i który on zaraz wymienił na
      bardziej luksusowy samochód, to kiedy w jednym roku pojechał na 3-
      miesięczny urlop do Polski, księdzu, który go zastępował (werbista
      Dłużniewski z Papui Nowej Gwinei) nie zostawił kluczy do tego
      samochodu, gdyż obawiał się, że ks. Dłużniewski mu go zniszczy.
      Stwarzało to wielki kłopot dla ks. Dłużniewskiego i parafian, gdyż
      musiał on odprawiać msze dla Polaków w Nth Sunshine o 10 rano i w
      Yarraville o 12 w południe. Bez samochodu było to niemożliwe.
      Wówczas parafianie (ja w tym udziału nie brałem) poszli na skargę do
      prowincjała czy przeora dominikanów australijskich w Camberwell.
      Ten natychmiast wydał polecenie p. Piskozub oddania mu kluczy
      (wówczas okazało się, że samochód wbrew regule zakonnej nie był
      własnością zakonu, a tylko Koperskiego OP!), które przekazał ks.
      Dłużniewskiemu.

      Jakże innym od Koperskiego OP człowiekiem i kapłanem jest jego
      następca, o. Dominik Jałocha OP. To naprawdę wielki człowiek,
      katolik i Polak. Pan Jezus powiedział: „Po owocach ich poznacie”.
      Samo dzieło polonijne o. Dominika jest imponujące. Niech każdy
      pojedzie do Polskiego Ośrodka w Albion i zobaczy tamtejszą szkołę
      polską – największą w Melbourne, z własnymi klasami i świetnie
      urządzoną (włącznie z komputerami) oraz pomnik Jana Pawła II. To
      jego dzieła i nie jedyne. Oczywiście pomogło mu w realizacji tych
      przedsięwzięć wiele osób, ale bez Niego tej szkoły by nie było.
      Tymczasem Federacja Polskich Organizacji w Wiktorii i „Tygodnik
      Polski” (m.in. przez syndrom Koperskiego-Piskozub) o. Dominika
      nienawidzą tak mocno, jak nienawidzą mnie! Nienawidzicie Go, gdyż
      On – jako jedna osoba - swoją energią, poświęceniem, pracą i
      osiągnięciami obnaża Waszą (dziesiątek osób) NICOŚĆ! – Tak, zawiść i
      nienawiść ludzka są bezgraniczne!

      Podobnie luksusowo żyje sobie Wiesław Słowik w obszernej piętrowej
      rezydencji przy 23 Clifton Street w Richmond, z wszelkimi wygodami i
      udogodnieniami, również podróżami. A na dokładkę od parafian zgarnia
      całe worki pieniędzy. I stąd – przez bogactwo wielu księży - wzięło
      się powiedzenie: „kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie dobodzie”.
      Słowik urodził się w 1944 roku w biednej rodzinie w Starej Wsi koło
      Brzozowa. Słynna „nędza galicyjska” była i jego udziałem. Jest tam
      nowicjat jezuitów. Przypuszczam, że jego matka rózgą zagnała tam
      Wiesia. Tak myślę, bo w 2006 roku w drodze (komunikacja autobusowa)
      z Sanoka do Rzeszowa, zatrzymałem się w Starej Wsi, aby odwiedzić
      ciekawe muzeum jezuitów. Spotkani tam dwaj młodzi jezuici nic nie
      słyszeli o Słowiku. Ale później w sklepie, starszy pan pomagający
      synowi w jego prowadzeniu, zapytany o Słowików wiele mi nie
      powiedział, ale z uśmiechem na ustach powiedział mi, że Wiesio jako
      młodzieniec latał za dziewczętami.
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 8 16.02.09, 02:55
      Poniższy fakt to jeszcze jeden przykład na upadek moralny tak
      Wiesława Słowika TJ jak i Rajmunda Koperskiego OP.

      Otóż jestem autorem jedynej książki polskiej wydanej w Australii
      o „polskim” papieżu Janie Pawle II – „Jan Paweł II. Pierwszy Polak
      papieżem” (Tow. Przyjacią KUL, Melbourne 1979). Książka ta miała
      drugie – poszerzone i bogato ilustrowane wydanie w Ameryce
      (Wydawnictwo „Promyk” Filadelfia 1980), a jej obszerny
      rozdział „Kościół katolicki w PRL” ukazał się w „Zeszycie
      Historycznym Nr 10”, które były wydawane w ramach serii „Materiały
      do historii PRL”, wydawanych w tzw. trzecim obiegu (nielegalnie)
      przez antykomunistyczną Unię Nowoczesnego Humanizmu w Warszawie.
      Dodam tu, że wydanie tej książki w Melbourne zostało sfinansowane
      przez większość księży polskich w Australii. W 1986 roku
      przyjeżdżał z pielgrzymką do Australii papież Jan Paweł II, który
      miał spotkać się również z Polakami. Zawiązał się specjalny
      wielosobowy Komitet; głównym organizatorem spotkania został Wiesław
      Słowik TJ. Przez Słowika TJ i Koperskiego OP, którzy mnie
      nienawidzą, nie poproszono mnie do wejścia w skład tego Komitetu.
      Znalazło się w nim szereg prezesów-trutni i nic nie znaczących
      płotek, ale nie jedyny polsko-australijski autor książki o papieżu. –
      Czy to nie skandal?! Czy tak postępują prawdziwi słudzy Boga?

      Tylko i wyłącznie przez nienawiść do mnie Wiesław Słowik TJ pominął
      mnie – moje osiągnięcia literacko-naukowe i inne również w
      filmie „Polacy w Wiktorii” (2006), do którego napisał scenariusz i
      którego był reżyserem. Np. mówiąc o Pawle Edmundzie Strzeleckim
      pokazał Wzgórza Strzeleckiego w Gippsland, pomniki Strzeleckiego,
      oczywiście autora książki o Strzeleckim – Lecha Paszkowskiego
      z „grona samych swoich”, a nawet piekarnię o nazwie Strzelecki,
      drogę Strzelecki Highway, hotel Strzelecki Motor Inn i szereg innych
      rzeczy australijskich o nazwie Strzelecki. Nie pokazał jednak
      AUSTRALIJSKIEGO znaczka ze Strzeleckim, który w wersji angielskiej
      filmu byłby dobrą reklamą Strzeleckiego wśród Australijczyków.
      Dlaczego Wiesław Słowik tego nie zrobił? Bo wówczas musiałby
      wspomnieć, że wydanie znaczka przez Australia Post w 1983 roku było
      tylko i wyłącznie zasługą Mariana Kałuskiego. – Nieetyczne
      zachowanie Słowika TJ jest tym większe, że film ten powstał za
      pieniądze rządowe (podatnika australijskiego, a więc także i moje) i
      miał on obowiązek podejść do tej pracy bezstronnie.

      Wieław Słowik TJ i Rajmund Koperski OP to wielcy przyjaciele, co się
      dzielą jednym orzeszkiem. Ich przyjaźń cementuje zapewne wspólne
      służenie złu i walka z ich wspólnymi przeciwnikami
      (przedstawicielami dobra). Słowik bojkotuje i zwalcza mnie –
      Koperski też. Z tym że ten bojkot mnie zapoczątkował Rajmund
      Koperski.

      W 1977 roku Stowarzyszenie Polskich Kombatantów Koło Nr 3 w
      Melbourne obchodziło 25-lecie swego istnienia. Z tej okazji na
      początku 1978 roku prezes tego Koła, Roman Zemsta-Maszynowski
      poprosił mnie o pomoc w opracowaniu okolicznościowej jednodniówki.
      Mając bliskie kontakty z wieloma kombatantami, z których wielu
      okazywało mi dużą życzliwość, a nawet i pomoc w niektórych sprawach,
      zgodziłem się na jej współredagowanie z p. Zemstą-Maszynowskim.
      Rajmund Koperski był kapelanem Koła SPK. Zaraz po zerwaniu ze mną
      przyjaźni, będąc w jeszcze większej przyjaźni z Zemstą-Maszynowskim,
      załatwił odsunięcie mnie od dalszej pracy redakcyjnej. Wkrótce
      ukazała się jednodniówka pt. „25-lecie Stowarzyszenia Polskich
      Kombatantów Koła Nr 3 w Melbourne” (Melbourne 1979). Na ostatniej
      stronie (70) zamieszczono informację: Całość opracował kol. Roman
      Zemsta-Maszynowski z pomocą O. R.Koperskiego O.P. – Nie podziękowano
      mi, chociaż w samej jednodniówce - na stronie 22 jest wyraźny ślad
      mojej pracy – inicjały: M.K. (Marian Kałuski). O mojej pomocy
      wiedziało jednak wielu kombatantów, którzy oburzeni zachowaniem się
      Romana Zemsty-Maszynowskiego i Rajmunda Kopreskiego OP, załatwili,
      że zarząd wysłał do mnie (1.2.1979, L.dz. 68/79) oficjalne
      podziękowanie następującej treści: Szanowny Panie. W wykonaniu
      postanowienia Zarządu Koła, przesyłam Sz. Panu za włożony trud w
      pomocy redagowania „Jednodniówki” S.P.K. należne podziękowanie.
      Kreślę się z szacunkiem. Za zarząd Koła – J. Mikitczuk,
      Sekretarz.

      Jesteśmy świadkami kryzysu wiary wśród katolików. Ten kryzys w
      bardzo wielu przypadkach powodują swoim zachowaniem i życiem tacy
      kapłani jak właśnie Wiesław Słowik TJ czy Rajmund Koperski OP.

      Gdyby Wiesław Słowik TJ był prawdziwym sługą Bożym, to sprawy
      Polonii w Melbourne, gdzie ma duży mir wśród wielu ludzi na
      świeczniku, mogły by wyglądać inaczej – przypuszczam, że dużo lepiej
      (taki kram jaki pan). Ale on ma jakąś przyjemność paprać się w tej
      polonijnej zgniliźnie moralnej. To super-Piłat! Tam gdzie jako
      kapłan powinien działać energicznie, ZAWSZE obmywa ręce! Popiera
      Was w mojej sprawie dlatego, że mnie szczerze nienawidzi (po
      katolicku?!), za to, że byłem świadkiem jego – jako kapłana, a nie
      człowieka! - największego upadku moralnego (mam oryginalne listy
      swoje i abpa F. Little w tej sprawie!; Słowikowi wówczas nie spadł
      ani jeden włos z głowy, gdyż w Kościele było i jest wiele tysięcy
      księży, u których grzech cudzołóstwa jest chlebem powszednim (zob.
      Katarzyna Wiśniewska Kłopoty z celibatem „Gazeta Wyborcza”
      25.1.2009), a zgodnie z powiedzeniem: „k...a k..wie łba nie urwie;
      już papież Paweł VI, zmarły w 1978 r., powiedział, że „Swąd Szatana
      wślizgnął się do Kościoła”). Niestety, to nie żaden sługa Boży, to
      sługa Szatana! On nie wierzy w Boga, bo gdyby wierzył to była by w
      nim bojaźń Boża.

      Ja nie jestem jedynym krytykiem Wiesława Słowika TJ. Jest ich bardzo
      wielu. Już lata temu p. Dobrostański powiedział mi, że Wiesław
      Słowik TJ „jest agresywny i arogancki”. Poznało się na nim wiele
      innych osób, m.in. ci, którzy spowodowali jego odejście z polskiego
      Sanktuarium Maryjnego w Essendon. Bardzo krytycznie o nim napisała
      do mnie 21 marca 2006 roku znana w Melbourne Elżbieta Szczepańska
      (sprawa nakręconego przez niego filmu „Polacy w Wiktorii”). Wielkim
      jego krytykiem jest także p. Franciszek Dominik (również z
      Melbourne), spokrewniony z papieżem Janem Pawłem II.

      Wiemy już za co nienawidzi mnie Wiesław Słowik TJ. A oto za co
      nienawidzi mnie Rajmund Koperski OP. – Zaraz po wyborze kard. Karola
      Wojtyły na papieża zwrócił się do mnie z sugestią napisania broszury
      o Janie Pawle II, którą on obiecał wydać. Zgodziłem się i za jego
      zgodą broszura rozrosła się w 200-stronnicową książkę. Kiedy ją
      napisałem i ją przeglądnął zapytał mnie bez ogródek czy zgodziłbym
      się na to, aby ksiażka ukazała się pod jego nazwiskiem, za co on
      postara się pogodzić mnie z polonijną wierchuszką (nawet nie
      zasugerował zapłyty za zgodę). Odmówiłem. Od tej pory stał się moim
      śmiertelnym wrogiem. Tylko i wyłącznie za to!!! Jak na rzekomego
      sługę Bożego to nieźle – prawda?

      Z całego tego Listu otwartego Rajmund Koperski OP, a szczególnie
      Wiesław Słowik prezentują się nam jako bardzo mściwi „ludzie”.

      Jakie to dalekie od nauki Jezusa Chrystusa, którego niby są
      kapłanami!
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 9 16.02.09, 02:56
      Nastraszyć sądem Kałuskiego

      Drugi jezuita z Melbourne, oczywiście kumpel Wiesława Słowika –
      Leonard Kiesch to NIEMIEC, który podczas pobytu w Melbourne dał się
      poznać parafianom jako nałogowy alkoholik (są ludzie, którzy
      pamiętają jak się nieraz zataczał i sam widziałem go pijanego!; raz
      podczas Drogi Krzyżowej tak się zataczał, że kobiety zaprowadziły go
      do zakrystii; świadkiem tego była m.in. Czesława Szuba). Gwoli
      prawdy muszę stwierdzić, a znam tę sprawę bardzo dobrze: alkoholika
      zrobili z niego niektórzy liderzy Polonii melbourneńskiej, a na jego
      nieszczęście jeden z jego dobrych znajomych był właścicielem sklepu
      monopolowego.

      Leonard Kiesch TJ wraz z kilkoma członkami Federacji Polskich
      Organizacji w Wiktorii w 1982 roku podali mnie do sądu za rzekome
      oczernienie ich jako POLAKA/Polaków. Ciąganie się po sądach zabrania
      nauka Chrystusa („Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni”, kazanie o
      nadstawianiu drugiego policzka i w ogóle nakaz miłości bliźniego,
      włącznie ze swymi wrogami!). No ale wiemy już
      jakimi „chrześcijanami” byli i są niektórzy polscy jezuici w
      Melbourne. Wspomnę tu tylko, że i wówczas prosiłem Wiesława Słowika
      o interwencję. Obiecał mi ją i… nigdy się nie odezwał! (mój list do
      niego w tej sprawie z 23.3.1993).

      Kiesch TJ rzekomo poczuł się oczerniony jako Polak. Tymczasem
      później okazało się, że jest on NIEMCEM! NIEMIEC był pierwszym
      kustoszem i gospodarzem kościoła polskiego w Essendon! („Tygodnik
      Polski” 15.9.1973). Będąc spalonym moralnie wyjechał do Niemiec i
      ten „Polak” pracuje dziś wśród NIEMCÓW! (praca takich kapłanów jak
      on owocuje tym, że coraz więcej Niemców OFICJALNIE wypisuje się z
      Kościoła katolickiego; mam dane). Tam też wyemigrowała z Polski jego
      rodzina, co dodatkowo potwierdza jego pruskie pochodzenie. W
      Melbourne mówiono: „Zrobił wielką forsę na Polakach i uciekł do
      Niemiec jako Niemiec”. Po tym fakcie łatwiej zrozumieć można nie
      tylko jego walkę z Marianem Kałuskim, ale także jego walkę
      z „Tygodnikiem Polskim” za red. Romana Gronowskiego (zob. „Tygodnik
      Polski” 22.9.1973).

      Oskarżyciele jednak nic nie robili, abym stanął przed sądem. Toteż
      po ośmiu latach sąd umorzył sprawę. Widać więc z tego jak na dłoni,
      że tu nie chodziło o rzekomą ich obrazę przeze mnie, a tylko o
      przestraszenie mnie i zmuszenie mnie do milczenia, abym nie odważył
      się więcej pisać o ich „dobrych” uczynkach.

      A przecież wiadomo, że „prawdziwa cnota krytyki się nie boi”. Boją
      się jej jedynie ludzie czyniący zło! I niekiedy sądem chcą zmuszać
      dziennikarzy i historyków do milczenia.

      Dobry katolik wie, że ludzkie prawo bardzo często nie jest żadnym
      prawem, a tylko bezprawiem, że w wielu krajach świata pisali je i
      uchwalali kryminaliści dla kryminalistów. Szczególnie tzw. prawo
      dotyczące zniesławienia (w Australii służyło ono głównie
      politykom!!!). I właśnie dlatego w biuletynie parafii św. Pawła
      Apostoła w West Sunshine z 13 września 1981 roku (opracowywanym
      przez australijskich marystów), w artykule pt. „The Law of
      Forgiveness” (Prawo-nakaz przebaczania) jest wyraźnie napisane, że w
      jakimkolwiek przypadku, nawet kiedy naprawdę spotkała nas wielka
      krzywda nie mamy prawa szukać “sprawiedliwości” w sądach, gdyż jest
      to sprzeczne z nauką Pana Jezusa: „...But what about a serious
      injury done to us or our family? What about the person who has
      ruined our good name or defrauded us of our life-long savings or
      seduced our daughter or battered our wife? Are we expected to
      forgive him? Does Christ seriously demand that we pardon such a
      person? The answer is simple but rugged: “Yes”. He makes no
      exceptions, places no limits, admits no excuses. He expects us to do
      those who crucify us what He did to those who crucified Him: “Father
      forgive them”…”.

      Jezuici Leonard Kiesch i Wiesław Słowik (który musiał znać tę sprawę
      bardzo dobrze: koledzy, mieszkali w tym samym domu, paprali się w
      tym samym polonijnym błocie) udowodnili swoim zachowaniem czarno na
      białym, że nie są kapłanami Jezusa Chrystusa!!!

      Dodatkowo obciąża ich fakt, że nie mieli podstawy prawnej kierować
      sprawy do sądu, że czynili to z bardzo niskich pobudek. Według
      ekspertyzy prawnej przeprowadzonej przez bardzo znaną firmę
      adwokacką w Melbourne Molomby and Molomby (The Supreme Court of
      Victoria 1982 No. 6302, Roger C. Gillard – Owen Dixon Chambers)
      Leonard Kiesch TJ i Spółka nie mieli szansy na wygranie tej sprawy.

      Dobrze, że żona zadbała o to i byłem ubezpieczony. A dzisiaj jestem
      jeszcze lepiej ubezpieczony przed łobuzami. Kto chce może mnie
      ciągać po sądach ile chce. Wyda na to krocie z własnej kieszeni, a
      mnie nie będzie to kosztowało ani centa i nawet gdybym sprawę
      przegrał, to nic ode mnie nie dostaną. A za zniesławienie w
      Australii otrzymuje się wyłącznie finansowe zadośćuczynienie;
      więzienie za to nikomu nie grozi.

      Będąc w takiej komfortowej sytuacji gdybym był takim podłym
      człowiekiem jakimi są moi wrogowie, to mógłbym oskarżać ich
      bezpodstawnie o takie czy inne grzechy – po prostu ich szkalować.
      Ale ja jestem człowiekiem i katolikiem i szanującym się
      dziennikarzem, pisarzem i historykiem. Słowo PRAWDA dla mnie coś
      znaczy – nie jest pustosłowiem. A że zgodnie z powiedzeniem: „prawda
      w oczy kole” – to nie moja wina. Pretensje proszę kierować nie do
      mnie, a tylko do Boga, który jest pełnią prawdy, i który domaga się
      prawdy w stosunkach międzyludzkich. Jeśli boimy się
      powiedzenia: „jak cię widzą, tak cię piszą” to postępujmy tak, aby
      nas widziano jako dobrych ludzi, katolików (chrześcijan) i Polaków.

      Tymczasem większość liderów Polonii australijskiej od samego
      początku tarza się z wielkim zapałem w moralnej zgniliźnie. Starczy
      zaglądnąć do roczników „Tygodnika Katolickiego” - „Tygodnika
      Polskiego” z lat 1949-77, aby się o tym przekonać. A w tych
      rocznikach jest tylko czubek góry lodowej w odniesieniu do krytyki
      naszego życia organizacyjnego i naszych liderów. Po 1977 roku nasi
      liderzy i ludzie, którzy kontrolowali i kontralują „Tygodnik Polski”
      wyeliminowali prawie całkowicie krytykę Polaków, naszej wierchuszki
      i jej poczynań, bo, jak to czytamy w „Tygodniku Katolickim” z
      31.10.1953 („Między nami mówiąc”), „nuż się inni (Australijczycy)
      dowiedzą, że u nas aż tak źle”.

      Zamiast stać cię lepszymi ludźmi, katolikami (chrześcijanami) i
      Polakami, dbamy teraz tylko o to, aby zafałszować nasz obraz, aby
      cenzurą wybielić nasze czarne charaktery-dusze. No i sądami straszyć
      naszych krytyków.

    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 10 16.02.09, 02:57
      Żałośni „katolicy”

      Zawsze była i jest bliska współpraca jezuitów polskich w Melbourne z
      wierchuszką polonijną. To chyba przez historię. Bowiem jezuici
      zawsze starali się utrzymywać dobre stosunki z ludźmi wpływowymi
      (nawet jak byli najgorszymi satrapami!) i bogatymi i im służyć, aby
      ci z kolei im służyli i zapisywali im swoje majątki (w 1770 r. 10%
      obszaru Polski, tj. 7,7 mln ha ziemi, należało do jezuitów!). To
      spowodowało wielką nienawiść ludzi do tego zakonu, że przejściowo, w
      latach 1773-1814, zakon był rozwiązany przez Stolicę Apostolską. To
      oni głosili, a i zapewne sekretnie nadal głoszą, że „cel uświęca
      środki”, nawet te najbardziej łajdackie i krwawe. Słowik TJ jest
      wiernym synem zakonu!

      Spytajcie się dobrych znajomych Wiesława Słowika TJ: Łańcucką,
      Stanisława Zdanowicza czy kolegę Słowika TJ - Leonarda Kiescha TJ
      (to tylko trzy osoby z grona wielu!) czy w odniesieniu do mojej
      osoby staną przed Bogiem z czystym sumieniem. Trójca ta (bardzo
      nieświęta!) bardzo mnie skrzywdziła – i nie przeprosiła! (ale
      przystępowali do komunii co sam widziałem!!!). Tak bardzo mnie
      skrzywdzili, a i sam Wiesław Słowik TJ i Rajmund Koperski OP, że
      piekło mają zapewnione! Święty Boże nie pomoże!

      Jedna z osób z naszej wierchuszki, znajomy Słowika TJ, posunęła się
      do tego, że firmie, w której pracowała moja żona, powiedziała, że
      powinna być ona zwolniona z pracy, gdyż ja jestem komunistą!

      Czy można by było bardziej się spodlić?!

      Marzenna Piskozub i jej śp. Mąż popierali mnie bardzo jak zostałem
      redaktorem „TP”. Co wiecej, stali sie naszymi PRZYJACIÓŁMI (zresztą
      z p. Lesławem utrzymywałem przyjacielski kontakt do końca jego życia
      w 1991 r.). Dwie ich corki: Wanda i Ewa zostały nawet chrzestnymi
      matkami moich dzieci! To Marzennę Piskozub powinno raczej do czegoś
      zobowiązywać! Jak odeszłem z „Tygodnika Polskiego” i byłem chwilowo
      bez pracy, to NIKT INNY tylko właśnie pani Piskozub zaoferowała mi
      pomoc materialną w razie potrzeby. Nie wyrządziliśmy jej żadnej
      krzywdy, ani jej rodzinie. Dzisiaj i od wielu lat – pod wpływem
      Rajmunda Koperskiego OP, który mnie nienawidził
      (duchowny „katolicki” nienawidzi drugą osobę!!!), a którego ona była
      sekretarką - stała się moim wrogiem i przypuszczam, że to była
      raczej jej decyzja nie przyjęcia mojej wyciągniętej ręki do zgody z
      Wami. Bo jak zgodę wytłumaczyła by dogorywającemu w Warszawie
      Koperskiemu? Przecież na tę wiadomość krew by go zalała!

      Kilka dni po moim odjeściu z redakcji „Tygodnika Polskiego”, a więc
      po straceniu pracy (a należy przy tym pamiętać, że miałem na
      utrzymaniu żonę i 4 dzieci oraz zadłużony pożyczką bankową dom) żona
      jednego z prezesów, która mnie nie lubiła, gdyż jako redaktor nie
      chciałem się jej i jej mężowi wysługiwać, zatelefonowała do mnie do
      domu i od razu się spytała: „Czy pamięta Pan jak mówiłam Panu, że
      wysiudam Pana z Tygodnika?”. – (W najbliższą niedzielę widziałem ją
      przystępującą do komunii!). Nie wystarczyło jej to, że „wysiudała”
      mnie z „Tygodnika”. Chciała jeszcze sprawić mi dodatkową przykrość-
      krzywdę i podzielić się swoją RADOŚCIĄ z tego co zrobiła Z NISKICH
      POBUDEK! – Los ukarał ją srogo. Sama straciła pracę – wykopana przez
      Polaków! A na dokładkę rozbiło się jej małżeństwo.

      Kobieta ta, która chorowała na manię wielkości, jest dzisiaj NIKIM i
      NICZYM. Kto ją pamięta, kto ją zna? – A po mnie, pomimo tego, że
      chcieliście mnie głęboko wdepnąć w ziemię, pozostaną chociażby moje
      dobrze przyjęte książki. A co zostanie po tych kreaturach i innych
      moich wrogach, w tym również i Was – członkach Komitetu
      Redakcyjnego? Najpierw smród gnijącego ciała, a potem nawet i nie
      to. Samo redagowanie pisma – i to w dodatku pisemka polonijnego -
      nikogo nie unieśmiertelniło. Byli od nas dużo bardziej znani
      redaktorzy WIELKICH pism, o których dzisiaj nikt nic nie wie
      (również i Wy) jak np. Walter Lippmann 1889-1974, którego ten sam
      artykuł drukowało zawsze 300 (!) dzienników w USA.

      Pytam się: czy tak jak te podane tu osobniki postępują porządni,
      prawi ludzie – prawdziwi katolicy i dobrzy Polacy?!

      Chciałbym usłyszeć na to pytanie odpowiedź Pani, Pani Jarosz oraz
      Wiesława Słowika TJ, Leonarda Kiescha TJ, Rajmunda Koperskiego OP,
      Michała Filka, Zdzisława Derwińskiego, Marzenny Piskozub,
      Włodzimierza Wnuka, Henryka Dutkowskiego, Kasi Łańcuckiej,
      Krzysztofa Łańcuckiego, Stanisława Zdanowicza, Marka Weissa,
      Ernestyny Skurjat-Kozek, Andrzeja Alwasta (obecnego prezesa Rady
      Naczelnej), Bogumiły Żongołłowicz czy pracowników polskich sekcji
      radia SBS w Melbourne i Sydney.

      Za niechrześcijańską postawę również skrytykowała Pani „Tygodnik
      Polski” znana w Melbourne p. Monika Wiench.

      W polsko-australijskiej witrynie internetowej „Replika” pod datą
      23.10.2007 ukazał się jej ciekawy artykuł pt. „Polak katolik”, który
      zaczyna się następująco: Pewne jest, że hasło”Polak-katolik” brzmi
      dumnie. Jestem pewna, że wielu z nas hasło to ma na ustach
      codziennie i że uważa siebie właśnie za osobę, do której hasło to
      przystaje bardzo blisko. Jednakże często myślę o ludziach, którzy z
      hasłem tym nie mają nic wspólnego, poza czystymi deklaracjami.
      Następnie autorka pisze o pracy wielce zasłużonego Polskiego Biura
      Opieki Społecznej w Footscray (Melbourne) i o niechrześcijańskiej
      postawie niektórych działaczy polskich w Melbourne oraz „Tygodnika
      Polskiego” odnośnie pewnych grup ludzi, którymi opiekuje się biuro.
      Autorka artykułu kończy go następująco: Liczne przykłady wskazją, że
      od tych uprzedzeń nie są wolne osoby wykształcone, zajmujące
      funkcje społeczne w Polonii australijskiej. Zdarza się, iż ci tzw.
      działacze społeczni pozwalają sobie na drwiące, a nawet obraźliwe
      wypowiedzi pod adresem tych, którzy bronią słabych i chorych
      Polaków. Szczególnie ma to miejsce na niesławnej stronie
      internetowej Wirtualnej Polonii, ale również w „Tygodniku Polskim”.
      To oni, współpracujący z Tygodnikiem „Polacy-katolicy” postępują w
      tak niegodny sposób. Jeżeli są katolikami, niech zaczną wreszcie
      chronić to co humanitarne, niech będą nimi naprawdę.

      Kto tu jest łajdakiem?

      Wróćmy do powyżej wypowiedzianego zdania Jerzego Malcharka, że wśród
      wielu działaczy naszej polonijnej wierchuszki :
      Słowo „chrześcijańska pokora” znikło ze słownika.

      Otóż mnie – prawdziwego katolika irytowało i irytuje najbardziej to,
      że ci ludzie (także Pani, Pani Jarosz) uważają się za chrześcijan i
      że utrzymują, że działają zgodnie z zasadami etyki chrześcijańskiej.
      Jerzy Malcharek w powyżej wspomnianym artykule tak napisał na ten
      temat: Zasady tej etyki poznałem w młodych mych latach. Odmiany jej
      stosowane obecnie dziwią mnie („T.P.” 16.2.1974).

      Moralność moich wrogów jest iście z piekła rodem. Łajdakami dla nich
      nie są prawdziwi łajdacy z wierchuszki polonijnej i z polskich
      mediów w Australii, a tylko Marian Kałuski, gdyż śmie wytykać ich
      błędy – walczyć ze złem w Polonii.

      Łajdakiem (chodzi tu jedynie o religijne podejście do tej sprawy, bo
      z punktu widzenia świeckiego nie uważam Słowika TJ za łajdaka,
      chyba, że ta dziewczyna była niepełnoletnia, wówczas ciążył by na
      nim prawny zarzut pedofilstwa) dla nich nie jest Wiesław Słowik TJ,
      który złamał dane Bogu ślubowanie czystości, ale Marian Kałuski,
      który jako katolik nie mógł tego zaakceptować i zwrócił się z tą
      sprawą do abpa F. Little i prowincjała jezuitów.

    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 11 16.02.09, 02:58
      Tak mam odwagę i walczę ze złem – także i w Kościele, gdyż chcę być
      dobrym katolikiem. A wikary z mojej australijskiej parafii św. Pawła
      Apostoła na Glengala Road, ks. O’Ryan (żyje i może to potwierdzić)
      powiedział dawno temu na kazaniu, że obowiązkiem dobrego katolika
      jest walka z wszelkim złem.
      W tej walce wcale nie jestem osamotniony. Słyszałem na przykład, że
      grupa parafian z polskiego Sanktuarium Maryjnego w Essendon
      oburzonych zachowaniem się Wiesława Słowika TJ doprowadziła do jego
      usunięcia stamtąd.
      Z Kałuskiego robicie bezpodstawnie łajdaka – prawdziwego potwora, a
      z ludzi upadłych moralnie wielkich katolików, takich jak Pani siebie
      określiła. Wielkiego człowieka, dobrą żonę i matkę, a przede
      wszystkim katoliczkę zrobiliście – tak Pani w „Tygodniku Polskim”
      jak i Wiesław Słowik w kościele na Richmond 21 kwietnia 2004 roku -
      z zamordowanej 32-letniej Anety Pochopień („Tygodnik Polski”
      28.4.2004). Powtarzam – zrobiliście z niej wielką katoliczkę. Było
      to wielką głupotą, bo inaczej tego określić nie można. W takich
      wypadkach należy być ostrożnym. Rzadko kto morduje kogoś bez powodu.
      No i podczas sprawy sądowej powód-prawda wyszała na jaw. Prawda
      bardzo tragiczna. Tak jak tragiczną jest prawda o Pani i Wiesława
      Słowika „katolicyzmie”. Otóż w sądzie okazało się, że morderca
      (mający zaledwie 21 lat) był kochakiem Anety Piechowiak, a
      zamordował ją jak się dowiedział, że przez skrobankę zamordowała ich
      poczęte dziecko.
      Zapamiętajcie to sobie: Nie sądzcie kogo nie macie podstawy sądzić i
      nie róbcie z nikogo łajdaka, a nie będziecie sądzeni z
      Waszego „katolicyzmu”.
      „Tygodnik Polski.” w ciemnym zwierciadle

      Poproście Wiesława Słowika TJ o pokazanie Wam moich e-maili
      wysłanych do niego w sprawie mojego z Wami pogodzenia. Dowiecie się
      z nich więcej gorzkiej prawdy, m.in. o prezesce Stowarzyszenia,
      które wydaje „Tygodnik Polski”. Spytajcie się Wiesława Słowika TJ i
      tej 80-letniej osoby na pewno stojącej już nad grobem – przed
      zbliżającą się rozmową z Bogiem, w którego rzekomo wierzy, czy w
      stosunku do mnie – do mojej rodziny nie ma żadnych zobowiązań
      moralnych.

      80-letnia osoba, w dodatku kobieta, która nie była i nie jest orłem
      intelektualnym – ot taka sobie jeszcze jedna „kumoszka z Windsoru”,
      jest łatwym „materiałem” do manipulowania nią i trzymania w swoich
      rękach „Tygodnika Polskiego”. Chodzą słuchy, że pierwsze skrzypce
      w „Tygodniku Polskim” gra Włodzimierz Wnuk. Czy ma statutowe prawo
      do tego?

      Z Marzenną Piskozub związana jest jeszcze jedna sprawa – dzisiaj
      bardzo istotna.

      Lata temu pani Elżbieta Sasadeusz z North Sunshine powiedziała mojej
      matce (może to potwierdzić), że w obozach polskich na Bliskim
      Wschodzie p. Piskozub uchodziła za Ukrainkę z Wołynia. Wtedy ta
      informacja nie miała dla mnie żadnego znaczenia. Dzisiaj chciałbym
      wiedzieć czy osoba zionąca obecnie nienawiścią do mnie jest Polką
      czy Ukrainką (to nie jest bez znaczenia!), no i czy „Tygodnich
      Polski” jest pod kontrolą Polki czy Ukrainki.

      Czy Marzenna Piskozub może PRZEKONYWUJĄCO udowodnić na podstawie
      WIARYGODNYCH oficjalnych dokumentów, że jest Polką od urodzenia?

      Uważam także, że i członek Komitetu Redakcyjnego „Tygodnika
      Polskiego” Włodzimierz Wnuk powinien zająć oficjalne stanowisko w
      sprawie rozsiewanych niepochlebnych informacji o jego ojcu z czasów
      PRL (np. w Wirtualnej Polonii). Tego domaga się jego funkcja w
      redakcji „Tygodnika Polskiego”. – Należy w tym miejscu wspomnieć, że
      współpracownicy portalu Kworum domagają się, aby sam Włodzimierz
      Wnuk poddał się lustracji, mając do niego zastrzeżenia natury
      politycznej z czasów jego życia w PRL.

      Jak jesteśmy przy sprawach „Tygodnika Polskiego”, którego Pani jest
      redaktorką, to pragnę stwierdzić, że wielką tragedią tak dla pisma,
      jak i dla społeczności polskiej było odsunięcie przez Starą Gwardię
      (która uchwyciła w swe łapy „T.P.” w 1974 r.; skąd jednak miałem
      wiedzieć, że przejęcie pisma przez społeczeństwo polskie będzie
      zwykłą fikcją, że będzie służyło ono tylko „samym swoim”?!) od
      prezesury Stowarzyszenia im. Kościuszki, które jest wydawcą pisma,
      młodego i energicznego inż. Andrzeja Goździckiego i zaledwie po 6
      miesiącach BARDZO UDANEGO redagowania pisma mgr Grażynę Walendzik –
      młodą i o wysokiej wiedzy i kulturze osoby, tylko dlatego, że
      postanowili otworzyć pismo dla WSZYSTKICH Polaków w Australii (w tym
      i dla mnie); dzisiaj pismo pod Pani kontrolą ponownie służy „samym
      swoim”! Do tego grona zalicza się m.in. takie typy jak dominikanin
      Rajmund Koperski, który w polskich ośrodkach duszpasterskich w
      Yarraville i North Sunshine tak narozrabiał, że władze zakonne
      zabroniły mu się pokazywać w nich (jego wielkim przyjacielem jest
      Wiesław Słowik!: swój ciągnie do swojego!) oraz Janusz Rygielski,
      były członek PZPR, chwalący w swych artykułach reżym komunistyczny
      (w wydawanym w Melbourne miesięczniku „Akcent Polski” z grudnia
      2003 ukazała się fotokopia artykułu Janusza Rygielskiego pt. „Nowe
      krajobrazy” z krajowego „Tygodnika i Ty” z 1 czerwca 1969 roku,
      wychwalającego reżym). Agresja i arogancja Zbigniewa Sudułła jest
      również ciężko strawna dla wielu osób. Prezesków się nie czepiacie,
      ale jemu pozwalacie od czasu do czasu „przejechać się” po Kałuskim.

      Pytam się Pani także: czy trzeci jezuita polski w Melbourne – kumpel
      Wiesława Słowika i w latach 2003-2008 członek Komitetu
      Redakcyjnego „Tygodnika Polskiego” Eugeniusz Ożóg (zm. 2008) nie
      jest na tzw. Liście Wildsteina – tj. osób, które współpracowały z
      bezpieką w czasach PRL-u? Oczywiście „Tygodnik Polski” starał się go
      usprawiedliwić, ale czy z czarnego koloru można zrobić biały?!

      Doprawdy, dziwne osoby kręcą się w redakcji i dziwne rzeczy dzieją
      się w dzisiejszym „Tygodniku Polskim”.

      Usunięcie inż. Andrzeja Goździckiego i mgr Grażyny Walendzik było
      zgodne z prawem, ale na pewno nieetyczne z chrześcijańskiego punktu
      widzenia! Ci co protestowali przeciwko temu usunięciu twierdzili, że
      za tym stali jezuici polscy w Melbourne: Wiesław Słowik i o.
      Eugeniusz Ożóg, który wszedł do nowoutworzonego przez Panią Komitetu
      Redakcyjnego. – Czyżby i oni nie wiedzieli co to jest etyka
      chrześcijańska?!

      Zaraz po zwolnieniu red. Grażyny Walendzik w redakcji i
      administracji „Tygodnika Polskiego” szarogęsił się prawie niku
      nieznany osobnik Tadeusz Frączek. Jakaś zagadkowa osoba, która mi
      powiedziała, że to on zasugerował wydawcy powołanie Pani na
      stanowisko redaktora „Tygodnika Polskiego”. Zwykłą nauczycielkę,
      osobę bez żadnego dorobku życiowego, bez najmniejszej praktyki
      dziennikarskiej, nie najlepszą Polkę i może najgorszą katoliczkę
      spośród wszystkich katolików polskich w Australii. Stąd zapewne u
      Pani kompleks niższości w odniesieniu do mnie i okazywanie
      mi „katolickiej” wrogości.

      Obawiam się, że o „Tygodniku Polskim” decydują dzisiaj nie tylko
      Polacy. Po objęciu redakcji przez Panią (Józefę Jarosz) krytykowano
      i usunięto od współpracy z pismem wszystkie osoby, które potępiały
      amerykańską agresję na Irak w 2003 roku, włącznie ze mną. Gdyby do
      tych współpracowników należał również i papież Jan Paweł II, to i on
      zostałby usunięty, gdyż on także potępił agresję na Irak.

    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 12 16.02.09, 02:59
      Przykre jest to, ale wydawca „Tygodnika Polskiego” – Strzelecki
      Holding Pty. Ltd. jest dzisiaj pod każdym względem dużym zerem. Ilu
      jest was tam (znane pytanie: „Ilu was? – „Raz”)? Jakie macie
      popracie w społeczeństwie polskim (jeden z pracowników „T.P.”
      powiedział mi niedawno: „Starzy czytelnicy umierają, a nowych nie
      ma”). Kto z prawdziwych autorytetów Was popiera? – Macie swoje
      pismo, a działacie tak jak byście byli tajną oragnizacją (nie
      reklamujecie się, nie werbujecie nowych członków; chyba tylko
      dlatego, że młodzi by Was szybko usunęli jak osoby stare i
      niekompetentne). Albo nie macie się czym pochwalić.

      Należy tu wspomnieć, że witryna internetowa „Replika” (Elżbieta
      Szczepańska) powstała, aby publikować artykuły i informacje, które z
      różnych, często nieznanych powodów, nie są zamieszczane w “Tygodniku
      Polskim,” wydawanym w Melbourne, w Australii. W zamieszczonym tam
      m.in. tekście „Przekręty w Tygodniku” czytamy: Tygodnik wznosi się
      na szczyty! Nieprawidłowości, przemilczenia, kneblowanie ust,
      dezinformacja rozpanoszyły się w nim na całego.

      Oto owoce pracy Pani i Komitetu Redakcyjnego. O „Tygodniku Polskim”
      redagowanym przeze mnie nikt tak nie napisał i nigdy nie napisze. I
      nikt nigdy nie napisał i nie napisze, że redagowany przez
      mnie „Tygodnik Polski” był pismem antysemickim.

      Wdepnąć w ziemię Kałuskiego!

      Wracając do sprawy zazdrości i zawiści u Polaków (czy raczej chyba
      wszystkich lub prawie wszystkich ludzi), redaktor wydawanego w
      Polsce „Dziennika” w komentarzu pt. „Pacewicz zasmuca skalą
      samozakochania” (18.12.2008) pisze, że: Każdy, kto jest
      człowiekiem, zna ludzkie uczucie zazdrości.

      Oczywiście sam padłem i padam ofiarą ludzkiej (w Australii tylko
      polonijnej!) zazdrości-zawiści. Najwięcej okazują mi ją media
      polskie w Australii, jak np. polski program radia SBS (który udaje,
      że nic o mojej działalności pisarskiej nie wie), wydawany w Sydney
      tygodnik „Exspress Wieczorny” (wydrukował za darmo! dziesiątki moich
      artykułów i pewnego dnia przestał je drukować; a przecież redaktor
      pisma powinien się cieszyć, że artykuły jego współpracownika są
      popularne) czy portal „Puls Polonii” (np. apelował, aby ktoś kto zna
      historię Pomnika Strzeleckiego w Jindabyne skontaktował się z nimi,
      a kiedy ją napisałem na podstawie dokumentów archiwalnych, to jej
      nie wydrukował, bo się okazało, że historia tego pomnika jest
      związana m.in. ze mną!). Jak już wspomniałem Wiesław Słowik TJ w
      swym filmie o Polakach w Wiktorii również o mnie zapomniał, chociaż
      jest tam dużo o polonijnych płotkach (wolał pokazywać jakie to
      ordery – często kupione na bazarze! - mają jego kumple niż
      zasłużonych Polaków). Odnoszę wrażenie, że i Pani także zazdrości mi
      osiągnięć. Tak z „katolicka”. Nieprawdaż?

      Tylko wydawany w Sydney i redagowany przez ks. dra Antoniego
      Dudka „Przegląd Katolicki” (nie licząc pomniejszych pism w Australii
      jak „Nowa Epoka”, „Akcent Polski” czy przejściowo „Kurier Zachodni”
      i in.) nie tylko, że mi nie zazdrości, ale i wspiera moją
      działalność. Jak przystało na prawdziwe katolickie pismo, na
      prawdziwego katolika, na dobrego kapłana.

      Co więcej, niektóre z moich osiągnięć niektórzy nasi liderzy
      chcieli bezwstydnie sobie przypisać, jak np. wydanie znaczka z
      podobizną Pawła Edmunda Strzeleckiego przez Australia Post w 1983
      roku. Całą tę podłą historię (udokumentowaną bardzo dobrze) opisałem
      w portalu Polskiej Agencji Prasowej „Polonia dla Polonii” (zob.
      archiwum) i w moim CD Rom „Śladami Polaków po świecie” (Szwajcaria
      2007).

      W Oficynie Wydawniczej Kucharski w Toruniu właśnie ukazało się
      krajowe wydanie książki Lecha Paszkowskiego „Polacy w Australii i
      Oceanii do 1940 roku”. To na pewno jedna z najlepszych takich
      historii w języku polskim (to tytan pracy i pedant!). Właśnie w
      POLSCE brak było tej książki. Niestety Paszkowski jest bardzo
      zazdrosny o swoją sławę (Wy żeby uderzyć we mnie robicie z niego
      jedynego historyka Polonii australijskiej, a on widać w to uwierzył)
      i okazuje profesjonalną zawiść. Dlatego ciekawi mnie jak w nowym
      wydaniu tej książki odnosi się m.in. do sprawy nazwy miejscowości
      Krakow (Cracow) w stanie Queensland. W pierwszym wydaniu książki po
      polsku (Londyn 1962) dowodzi, że nazwa ta nie ma nic wspólnego z
      polskim Krakowem. Ja 30 lat temu udowodniłem czarno na białym (m.in.
      moja książka „The Poles in Australia” AE Press Melbourne 1985, a
      później bardzo szczegółowo w szeregu portalach internetowych i moim
      DC Rom „Sladami Polaków po świecie” Szwajcaria 2007), że nazwa
      australijskiego Krakowa wywodzi się jednak od polskiego Krakowa (i
      właśnie m.in. za to szereg osób uważa mnie za „świnię”!!!,
      argumentując, że „Kałuski jako historyk nie dorasta Paszkowskiemu do
      kostek; dlatego jak śmiał go poprawiać!”). Paszkowski przez całe
      lata ignorował moje odkrycie. W angielskim wydaniu tej książki
      (1987) powtórzył to co napisał o australijskim Krakowie w 1962 roku,
      ignorując to co napisałem w książce „The Poles in Australia” (1985),
      z którą na pewno się zapoznał. Czy teraz w wydaniu krajowym swej
      książki zdobył się na męską odwagę i podaje, że to ja wytłumaczyłem
      tę nazwę? – Zobaczymy. Tak, zobaczymy jakim człowiekiem i katolikiem
      oraz jak poważnym historykiem jest Lech Paszkowski.

      Moja książka „The Poles in Australia”, którą wydało australijskie
      wydawnictwo pomocy książkowych dla szkół średnich w swej serii o
      grupach etnicznych w Australii – Australian Ethnic Heritage Series
      (16 tomów), była pierwszą w języku angielskim książką o Polakach w
      Australii. I na pewno była dobrze napisana i dobrą reklamą Polaków w
      Australii. Jednak tylko dlatego, że to ja byłem jej autorem nasza
      wierchuszka polonijna wraz z „Tygodnikiem Polskim” całkowicie ją
      ignorowały. Kiedy 27 lipca 1986 roku wysłałem list do
      redaktora „Tygodnika Polskiego” Jerzego Grot-Kwaśniewskiego z uwagą,
      że do tej pory nic o książce (z zaznaczeniem, że pierwszej w języku
      angielskim o Polakach w Australii) nie ukazało się w piśmie i
      zaoferowałem mu przeprowadzenie ze mną wywiadu na jej temat lub
      napisanie artykułu, ten w liście do mnie z 27 sierpnia 1986 roku
      napisał: „W odpowiedzi na Pański list z dnia 27.7.86, uprzejmie
      informuję, że wydawca TYGODNIKA POLSKIEGO nie wyraża zgody na
      obydwie Pańskie propozycje”.

      Wielki przyjaciel Lecha Paszkowskiego – prof. Jerzy Zubrzycki
      postąpił jeszcze gorzej. W książce tej szeroko o nim piszę na
      podstawie materiału od niego otrzymanego. Co więcej, od wydawcy
      otrzymał on manuskrypt mojej pracy do oceny, co uczynił (list jego
      do wydawcy z 10.9.1984 z uwagami o mojej pracy). Tymczasem
      w „Tygodniku Polskim” z 18.5.1985 wydał Oświadczenie, zaprzeczające,
      że udzielił mi pomocy i że miał cokolwiek wspólnego przed jej
      drukiem (Marian Kałuski Czy profesor Zubrzycki miał prawo? „Sprawy
      Polaków” Nr 21, 1995). Ocenę jego zachowania się pozostawiam
      czytelnikom tego Listu otwartego. Powiem tylko tyle: za moją
      grzeczność (bo nie musiałem o nim pisać!) odpłacił mi się w sposób
      bardzo nieetyczny.


    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 13 16.02.09, 03:00
      Niech prof. Zubrzycki skonfrontuje powyższe zachowanie się wobec
      mnie z tym co napisał w „Tygodniku Katolickim” z 8 grudnia 1961
      roku, w swoich uwagach zatytułowanych „Czas najwyższy pozbyć się
      naszych wad narodowych”: ...Czas najwyższy pozbyć się tych
      strasznych wad narodowych, do jakich zaliczam brak zmysłu
      społecznego, nieumiejętność zgodnego współdziałania (podkreślenie
      moje – M.K.) dla dobra spraw tak ważnych, jak przyszłość naszych
      dzieci i utrzymanie polskości wśród nas samych.

      Bardzo lubimy pouczać innych, ale sami często nie stosujemy w życiu
      tego co mówimy. – Moja książka „The Poles in Australia” na pewno
      zasługiwała na poparcie, chociażby przez próbę „utrzymania polskości
      wśród nas samych”.

      Prof. Jerzy Zubrzycki też chce uchodzić za wielkiego katolika i są
      ludzie, którzy w to wierzą. Jest członkiem papieskiej Pontifical
      Academy of Social Sciences.

      Tak, bardzo chcieliście i chcecie (wszyscy moi wrogowie w Australii)
      głęboko wdepnąć mnie w ziemię, aby Kałuski poszedł w niepamięć.

      Pierwszeństwo w podłym bojkocie mnie przez media polskie w Australii
      ma oczywiście Pani „Tygodnik Polski” i to od 1977 roku, o czym
      mógłbym napisać grubą broszurę na podstawie wiarygodnych dokumentów.
      Tutaj wspomnę jedynie, że „Tygodnik Polski” nie chciał nawet
      zamieścić PŁATNEGO ogłoszenia o mojej książce o papieżu Janie Pawle
      II, książkę wydaną de facto przez księży polskich w Australii (list
      Grahama Walsha z AJA z 27.7.1979)! Co więcej, redakcja „Tygodnika
      Polskiego” posunęła się aż tak daleko, że samowolnie usunęła z
      Komunikatu Rady Naczelnej Polskich Organizacji w Australii
      informację o mojej książce „Jan Paweł II. Pierwszy Polak papieżem”;
      dowodem na to jest ten sam Komunikat zamieszczony w „Tygodniku
      Polskim” z 9.6.1979 i w „Wiadomościach Polskich” z 17.6.1979. Kiedy
      p. Franciszek Dominik, kuzyn papieża Jana Pawła II, spytał się red.
      Grota Kwaśniewskiego czy może mu dać mój adres, ten mu odpowiedział,
      że mnie nie zna!; w książce „Czterdzieści lat Polonii australijskiej
      na łamach Tygodnika Polskiego”, wydanej w 1991 roku, wycięto mnie z
      wydrukowanego tam zdjęcia (str. 7; wolano dać zdjęcie pań Gietki i
      Witchen niż choć JEDNO zdjęcie REDAKTORA Kałuskiego!), które w 1965
      roku było wydrukowane w „TP”; natomiast red. Michał Filek w podpisie
      pod zamieszczonym w „Tygodniku Polskim” wraz z artykułem zdjęciem z
      kilkoma osobami nie wymienił mnie (protestował u redaktora autor
      artykułu Bogusław Kot; list w moim archiwum)! W piśmie ukazało się
      szereg złośliwych i kłamliwych opinii o mnie, także za Pani
      urzędowania. Itd., itd.

      Co więcej, moi wrogowie chcą szkodzić mi również poza Australią. Od
      kilku redaktorów i wydawców otrzymałem listy z informacją, że
      otrzymują na mnie paszkwile, że wywiera się na nich naciski, aby ze
      mną nie współpracowali. Na forach „Gazety Wyborczej”, „Wirtualnej
      Polonii” czy „Prawicy” wypisywali przeróżne złośliwości na mnie
      (zrobiłem sobie odbitki niektórych tych wypowiedzi plutych jadem
      nienawiści) lub pisali teksty podpisane moim imieniem i nazwiskiem!
      Oczywiście tym jadem nienawiści pluli ci, którzy uważają siebie i
      uważani są przez podobnych do siebie typów za katolików i Polaków. I
      to najtrudniej mi zaakceptować. Bo jako świeccy ludzie, zgodnie z
      tym co powiedział Pan Jezus, wszyscy jesteśmy grzesznikami
      (oczywiście różnego stopnia). Dlatego NIKOGO tutaj nie potępiam jako
      osobę świecką. Bo nie jest sprzeczne z prawem jeśli Wiesław Słowik
      spółkuje z kobietami czy nie lubi Kałuskiego. Ale na pewno w świetle
      nauki Kościoła jest grzechem jeśli on spółkuje z kobietami i
      nienawidzi Kałuskiego jako jezuita, a np. jezuita Leonard Kiesch
      jest alkoholikiem i ciąga się po sądach, czy dominikanin Rajmund
      Koperski łamie prawa zakonne. Także Józefa Jarosz jako jakaś tam
      Józefa Jarosz ma prawo mnie nienawidzieć. Nieładnie to, ale ma do
      tego prawo (prawo nie zmusza nas aby kogoś kochać). I w zasadzie nie
      mam o to do niej i do moich wszystkich ŚWIECKICH wrogów pretensji.
      Bo taki jest świat – bo tacy są ludzie. Jednak jeśli ona publicznie
      stwierdza, że jest katoliczką, a wszystkich moich wrogów widzę w
      kościele, to tego prawa już nie ma/mają. Dlatego krytykuję i
      potępiam tu tylko i wyłącznie rzekomych katolików oraz „Polaków”,
      za to że przestali być Polakami, a stali się polactwem.. Bo jeden z
      drugim – jeśli jesteś katolikiem, to zachowuj się jak przystało na
      prawdziwego katolika. Wszak Twoja religia to religia miłości, a nie
      nienawiści! Jeśli uważasz się za Polaka to okazuj solidarność
      plemienną i bądź dobrym Polakiem. A jak nie chcesz jej okazywać i
      nie chcesz być dobrym Polakiem, to nie mów, że nim jesteś. Nikt Cię
      nie zmasza, szczególnie w Australii, do bycia Polakiem. A jeśli
      udajesz Polaka i jednocześnie niszczysz Polaków i polskość w
      Australii (zob. The Polonia of the Australia „Tygodnik Katolicki”
      11.11.1961, str. 10), to zasługujesz na słuszne potępienie ze strony
      prawdziwych czy dobrych Polaków.

      W numerze gwiazdkowym (2008) pisze Pani, że „Tygodnik Polski” w 2009
      roku uczci 60-lecie swego istnienia. No i na pierwszy ogień jako
      gwiazda pisma (pierwszy numer z 2009) – a jakże! – poszła Marzenna
      Piskozub, bo przeszło 50 lat temu PRZEZ KRÓTKI OKRES CZASU
      rozprowadzała gdzieś tam „Tygodnik Katolicki” (takich kolporterów
      było SETKI w historii pisma; byli tacy co pomagali pismu przez
      kilkadziesiąt lat!; dlaczego więc to właśnie ona dostąpiła tego
      zaszczytu?!). Zobaczymy co w Waszej historii pisma będzie o mnie. Na
      pewno jedno zdanie i to zapewne złośliwe, albo kilka wypowiedzi
      moich wrogów i ani jednej osoby mi życzliwej, tj. chcącej powiedzieć
      prawdę. Może dacie takie zdanie jak np. to, które jest w artykule
      Waszego współpracownika Witolda Łukasiaka: Roman Gronowski, a
      właściwie Roman Talarek, był w latach 1961 - 1974, redaktorem,
      wydawcą i właścicielem "Tygodnika Polskiego". Do roku 1965 pismo
      nosiło nazwę Tygodnik Katolicki, a założył je, dokładnie (w lipcu)
      60 lat temu ks. Konrad Trzeciak. Po Gronowskim pismo, przez krótki
      okres czasu, redagował Marian Kałuski... (Prawda nade wszystko „Puls
      Polonii” 19.1.2009). Czy bite 3 (trzy) lata – od 17 lipca 1974 do 19
      lipca 1977 roku to naprawdę „krótki okres czasu”? Na pewno nie, ale
      nieuświadomiony czytelnik pomyśli sobie, że Kałuski był redaktorem
      kilka tygodni czy najwyżej kilka miesięcy. I oto Wam chodzi: o
      wpednięcie w ziemię-błoto Kałuskiego, o to, aby nie istniał, a jak
      już nie można tego zrobić, to zminimalizować prawie że do zera jego
      rolę w historii „Tygodnika Polskiego”. Dlatego jest więcej niż
      pewne, że na pewno nie wspomnicie ani słowem, że po śmierci red.
      Romana Gronowskiego w 1974 roku dr Zbigniew Stelmach (wykonawca
      testamentu) i JA uratowaliśmy pismo przed likwidacją. Tak, gdyby nie
      ja Polacy nie mieliby dziś pisma, a Pani nie byłaby dzisiaj jego
      redaktorką i nie pisała o 60-leciu jego istnienia!

      Ale zacznijmy ab ovo – od jajka.
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 14 16.02.09, 03:01
      Moje zasługi dla „Tygodnika Polskiego”

      Pragnąc wdepnąć mnie w ziemię w sposób wyjątkowo perfidny
      pomniejszacie moje zasługi dla Polonii australijskiej i „Tygodnika
      Polskiego”. Przyszedł więc czas na to, aby przypomnieć moje zasługi
      dla tego pisma. A Pani żeby się z nimi zapoznała, bo jak dotychczas
      zna Pani tylko jedną stronę medalu – ZAKŁAMANĄ w perfidny sposób
      przez moich wrogów historię Kałuskiego i jego powiązań
      z „Tygodnikiem Polskim”. Przecież w latach 1974-77 Pani i wielu
      ludzi związanych dzisiaj z pismem w Australii jeszcze nie było. Czas
      poznać drugą stronę medalu i PRAWDĘ. Powinna Pani przy tym pamiętać,
      że: „nieuczciwość na krótkich chodzi nogach” i że cokolwiek zrobicie
      nie uda się Wam zakłamać historii „Tygodnika Polskiego”!

      12 lipca 1974 roku zmarł właściciel i redaktor „Tygodnika Polskiego”
      Roman Gronowski. W swoim testamencie nic nie wspomniał o piśmie, co
      de facto równało się z jego likwidacją – do włączenia do masy
      spadkowej i podziału majątku między spadkobiercami. Głównym
      wykonawcą testamentu był dr Zbigniew Stelmach, który miał bardzo
      wielu polskich pacjentów. Powziął decyzję o dalszym wydawaniu pisma
      z funduszów masy spadkowej, co jednak później okazało sprzeczne z
      prawem. Czym się kierował trudno powiedzieć; może tym, że nie chciał
      uchodzić pośrednio w oczach Polaków za grabaża pisma. Jeszcze tego
      samego dnia (12 lipca) zatelefonował do mnie informując mnie o
      śmierci Gronowskiego i swojej decyzji dalszego wydawania pisma, i
      gorąco – prawie że na kolonach – namawiał mnie abym został
      redaktorem pisma. Jak to pisał w „Tygodniku Polskim” wybrał mnie,
      gdyż Roman Gronowski powiedział mu jakiś czas przed śmiercią, że
      tylko ja (jego uczeń i jedyny w dziejach pisma sekretarz redakcji)
      mógłbym dać sobie radę z redagowaniem i wydawaniem pisma. Dnia 17
      lipca na specjalnie zwołanym przez dra Stelmacha zebraniu działaczy
      polskich w Melbourne zostałem redaktorem pisma.

      Dr Stelmach musiał zdawać sobie sprawę z tego, że łamie prawo
      (ostatecznie potwierdził to sąd). Dlatego zachęcał mnie do
      odkupienia pisma od masy spadkowej, obiecując nawet załatwienie mi
      pożyczki bankowej. Jako redaktor miałem „Tygodnik Polski” w swoich
      rękach, znałem jego stan i ew. możliwości. Tym samym mogłem
      uśmiercić pismo w dwóch możliwościach: przed licytacją lub
      doprowadzić do takiego stanu, że jego nabywca nie mógłby kontynuować
      jego wydawania, kupić je dla siebie lub załatwić sprawy tak, aby
      właścicielem pisma zostało społeczeństwo polskie. Całkowicie
      popierałem przejęcie pisma przez społeczeństwo polskie. Najlepszym
      na to dowodem jest to, że nie brałem udziału w licytacji pisma, a
      przecież mogłem wziąć w niej udział, czy to by komuś się podobało
      czy nie! Federacja Polskich Organizacji w Wiktorii z powodów
      prawnych nie mogła stać się właścicielem pisma, więc zaczęto szukać
      kogoś innego. Tym kto mógł kupić pismo była tylko Spółdzielnia Dom
      Polski im. Tadeusza Kościuszki Melbourne. Na początku listopada 1974
      roku pojechałem do domu Zdzisława Drzymulskiego w Hawthorn, aby
      spotakać się z nim, Marianem Białowieyskim (prezes Federacji) i
      Henrykiem Dutkowskim (prezes Domu Polskiego). Namawiałem ich gorąco
      do kupna „Tygodnika Polskiego” przez Dom Polski. Dutkowski bał się.
      Wypytywał mnie o najdrobniejsze szczegóły związane z pismem i jego
      wydawaniem, a ja go jak mogłem zachęcałem do kupna pisma. Ciągle
      jednak się bał. Bał się, że kupione przez Dom Polski pismo
      zbankrutuje. Ale naciskany przez nas wszystkich uległ i Dom Polski
      przystąpił do kupna pisma.

      Nie wiem dlaczego tak zrobiono, bo mnie o tym nie uprzedzono, ale
      Dom Polski podszedł do tej licytacji w sposób bardzo śmieszny, wręcz
      głupi i jak się później okazało bardzo kosztowny. Federacja Polskich
      Organizacji w Wiktorii zaapelowała o to, aby nikt z Polaków nie brał
      udziału w licytacji, a Dom Polski zaoferuje na licytacji jedynie 1
      dolara. Tymczasem na sali pojawił się nikomu nieznany osobnik. Nie
      znał go lider antykomunistów polskich Stanisław Różycki, który był
      na wojennej ścieżce z Domem Polskim. Kiedy ten osobnik zgłosił
      gotowość dania za „Tygodnik Polski” 1 dolara, a nikt z zarządu Domu
      Polskiego na sali nie przystąpił do licytacji, wśród zebranych
      przeszedł szmer, że to może wysłannik Konsulatu PRL chce kupić
      pismo. Podziałało to na Różyckiego jak czerwona płachta na byka i
      zaczęła się na dobre licytacja z tą tajemniczą osobą. Doszło do 2800
      dolarów, które dała ta tajemnicza osoba, Różycki zaoferował 2900
      dolarów, a ta osoba powiedziała 3000 dolarów, co wówczas było bardzo
      dużą sumą pieniędzy. Różycki nie dał więcej. Wtedy się okazało, że
      ten osobnik to dziwacznie przebrany (m.in. ubiór, peruka i bodajże
      wąsy) członek zarządu Domu Polskiego, p. Zerger. Tak mi powiedział
      zaraz po licytacji Marian Białowieyski. – Spółdzielnia przez swoją
      głupotę straciła 3000 dolarów! Są inni świadkowie tej głupiej
      licytacji, jak np. Edward Myszka i Teresa Szulc. Ale to nie
      wszystko. Dutkowski i inni cieszyli się, że kupili „Tygodnik” – może
      oblewali to kupno nawet alkoholem. Bowiem przez swoją głupotę mogli
      go nie mieć. Otóż gdyby Różycki podbił cenę do 3100 dolarów,
      Spółdzielnia Dom Polski nie mogła by dać więcej. Bowiem na zebraniu
      zarządu uchwalono, że będą brali udział w licytacji tylko do 3000
      dolarów.

      Czy o tej głupiej maskaradzie i jeszcze głupszym straceniu przez
      Spółdzielnię Dom Polski 3000 dolarów na licytacji napiszecie w
      swojej wersji historii „Tygodnika Polskiego”?

      Co oznaczała licytacja pisma, odbyta pod koniec listopada 1974 roku?
      Oznaczała tylko tyle, że jego nabywca kupuje tylko i wyłącznie tytuł
      pisma. Nic więcej. A przecież aby móc kontynuować wydawanie pisma
      trzeba było mieć kartotekę adresową prenumeratorów i adresy
      kolporterów. Ryzykując kolizję z prawem obiecałem Dutkowskiemu
      zrobienie kopii kartoteki adresowej prenumeratorów i adresów
      kolporterów oraz firm, które w piśmie się ogłaszały. I tylko dzięki
      temu Dom Polski mógł po licytacji bez najmniejszych zakłóceń wydawać
      dalej „Tygodnik Polski” i wydaje go po dziś dzień.

      Po zakupieniu „Tygodnika Polskiego” zarząd Domu Polskiego widząc, że
      beze mnie nie wyda żadnego numeru pisma oraz widząc jak wielkie mam
      poparcie w społeczeństwie polskim (zob. numery pisma z tego okresu)
      poprosił mnie o pozostanie na stanowisku redaktora pisma. Jednak od
      samego początku robiono wszystko, aby mnie na tym stanowisku
      zastąpił ich człowiek. Najlepszym dowodem na to jest to, że umowę ze
      mną podpisał zarząd dopiero w 1977 roku, widząc jak coraz większym
      poparciem cieszę się wśród czytelników pisma i w ogóle Polaków w
      Australii, którzy zdecydowanie popierali moją pracę redakcyjną; nie
      mieli żadnej podstawy, aby wymówić mi pracę! Wówczas jednak chciano
      mnie sobie podporządkować przez likwidację mojej niezależności
      redakcyjnej.

      W świetle powyższych faktów nikt nie może zaprzeczyć temu, że wraz z
      dr Stelmachem uratowałem „Tygodnik Polski” przed niechybną jego
      likwidacją lub upadkiem. W tym uratowaniu mam na pewno nawet więcej
      zasługi niż dr Stelmach!
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 15 16.02.09, 03:02
      Dla ratowania „Tygodnika Polskiego” straciłem dobrą pracę
      (udowodniłem dr Stelmachowi ile zarabiam i on zgodził się na danie
      mi takiego samego wynagrodzenia) oraz nie dokończyłem kursu
      zarządzania przedsiębiorstwami, który mógł mi dużo pomóc w mojej
      późniejszej pracy zawodowej.

      Krajowy historyk prasy polskiej w Australii Jan Lencznarowicz w
      pracy „Prasa i społeczność polska w Australii” (Kraków 1994) pisze,
      że jako redakor „Tygodnika Polskiego” Marian Kałuski wydawał pismo w
      duchu niepodległościowym (str. 116) i że ...zdołał przeprowadzić
      gazetę przez najtrudniejszy okres utrzymując jej objętość i zyskując
      nowych prenumeratorów (str. 66). Przez 3 lata redagowania „Tygodnika
      Polskiego” przeze mnie pismo przynosiło dochód (zob. opublikowane
      sprawozdania zarządu Domu Polskiego).

      Bardzo ważnym dokumentem jest list zarządu Spółdzielni Dom Polski
      (wydawcy „T.P.”) z dnia 20 kwietnia 1977 roku, podpisany przez
      prezesa Henryka Dutkowskiego, w którym jest napisane, że wydawca
      jest zadowolony z mojej pracy w ostatnich 12 miesiącach.

      ...............

      Nie tylko wydawca obrzydzał mi życie i utrudniał pracę na stanowisku
      redaktora. W demokratycznym państwie i społeczeństwie nikt nie
      nakłada kagańca na żadnego redaktora. Wydawca „Tygodnika Polskiego”
      od początku starał się zrobić to ze mną. To starał się narzucić mi
      Komitet Redakcyjny, złożony z dwóch prezesów organizacji polskich
      (!), który był prawdziwym a la faszystowsko-komunistycznym urzędem
      cenzorskim (potwierdza to archiwum „Tygodnika Polskiego” z lat 1974-
      77, które prawie w całości jest w moim posiadaniu), a kiedy to nie
      pracowało, to za opiekuna dali mi Wawrzyńca Czereśniewskiego, nie
      biorąc pod uwagę to, że był to człowiek poważnie chory, który nie
      potrafił już myśleć logicznie!!! Tak poważnie chory, że wkrótce
      zmarł. No i na koniec wydano dokument hańby: co mi wolno drukować w
      piśmie.

      Tymczasem w wolnej prasie jest tak, że zatrudniona osoba na
      redaktora ma całkowicie wolną rękę i tylko wyniki jego/jej pracy
      decydują o tym czy utrzyma stanowisko czy nie.
      No ale skąd mieli o tym wiedzieć ludzie, którzy, według wspomnianego
      wyżej Jerzego Malcharka, postępują w polskim życiu organizacyjnym
      jak... komuniści?!

      Kłody pod nogi ciskał mi bez przerwy nie tylko wydawca, ale także
      prezesi organizacji polonijnych, którzy uważali, że jak „Tygodnik
      Polski” jest pismem społecznym, to znaczy, że jest ich PRYWATNYM
      pismem. Problemem dla mnie był również mój młody wiek. Tym bardziej
      uważali, że „smarkacz” Kałuski musi się ich słuchać. Taki Tomasz
      Ostrowski przysyłał mi teksty do druku z uwagą na jakiej stronie
      mają być wydrukowane i jaką czcionką! (mam oryginalne dowody). To o
      nim tak napisał w „Tygodniku Polskim” red. Roman Gronowski: Piętą
      achillesową „Polonii” – Melbourne jest to, że znalazła się w rękach
      domowego chowu „dyktatora”... (który) jest człowiekiem często w
      czynach nieodpowiedzialnym, znanym z różnych nieoczekiwanych
      wyskoków, a ponadto mściwym i upartym („Tygodnik Polski” 23.6.1973 i
      4.8.1973).

      To cud, że wytrzymałem z tym obrzydliwym polactwem bite trzy lata!
      Za samo to należy mi się Order Polonia Restituta! Jak i za to, że
      pomimo tylu przykrości doznanych ze strony polactwa w ostatnich 35
      latach (!) ciągle czuję się Polakiem.

      Są jeszcze ludzie (np. drukarz Edward Myszka, ówczesna
      sekretarka „Tygodnika Polskiego” Teresa Szulc i inni), którzy
      pamiętają w jak trudnych warunkach wykonywałem pracę redaktora.
      Lokal w Seddon był zwykłą budą pokrytą blachą i bez sufitu; zimą
      była tam lodownia, a latem upał nie do zniesienia. Jak padał deszcz
      to w ubikacji woda lała się nam na głowę. Wydawca nie kupił mi nawet
      maszyny do pisania! Nasze potworne warunki pracy skrytykował na
      zebraniu działaczy polonijnych w sprawie „Tygodnika Polskiego” z
      wydawcą w 1976 roku nawet o. Rajmund Koperski OP! A że to prawda, to
      potwierdza sprawozdanie finansowe Domu Polskie za lata 1977-78, z
      którego dowiadujemy się, że na remont tej budy i aklimatyzację
      wydano 1500 dolarów, gdyż nowy redaktor – Jerzy Grot Kwaśniewski –
      odmówił pracy w takich warunkach. – A ja 2,5 lata znosiłem te trudy
      dla dobra „Tygodnika Polskiego”! Zrezygnowałem również z bonusu,
      który zgodnie z moją umową z zarządem przysługiwał mi (wszystko to
      do sprawdzenia w dokumentach).

      Dlatego niewdzięczność i mściwość „do grobowej deski” jaką
      doświadczam od 1977 roku (z przerwą na przełomie 2002/03 za red.
      Grażyny Walendzik) od wydawcy i kolejnych redaktorów „Tygodnika
      Polskiego” jest wyjątkowo podła! Wołająca wprost o pomstę do nieba.
      Jak można być TAKIMI potworami i to aż przez 32 lata?!!!

      Czy wiecie jak by Was nazwał za to przeciętny Polak spotkany na
      ulicy?

      ..........

      No właśnie!

      I w tej materii Wasza działalność jest sprzeczna z nauką Pana
      Jezusa. On mówił nam o sprawiedliwym wynagradzaniu za wykonaną
      pracę. Etyka mówi o wdzięczności.

      Gdybym miał tak podły charakter jak Wy to bym Was dawno pozabijał i
      pokrajał, a sąd na pewno wydał by wyrok skazujący w zawieszeniu
      biorąc pod uwagę potworności jakie doznałem od Was. Tak, od Was –
      aniołków w wilczej skórze, ludzi, którzy mają czelność nazywać
      siebie w gazecie katolikami i przystępować do komunii tak jakby nic
      złego nie robili!

      Nie żywię jednak do nikogo żalu, gdyż przez odejście z „Tygodnika
      Polskiego” wygrałem los na loterii, zgodnie z powiedzeniem, że „nie
      ma złego co by na dobre nie wyszło”. – Niestety, u Was – „katolików”
      od siedmiu boleści potęguje to jeszcze większą zazdrość i nienawiść
      do mnie.

      Ten list otwarty-artykuł Wy sami sprowokowaliście! Nawarzyliście
      sobie piwa więc go teraz pijcie! Ostrzegłem przed tym Wiesława
      Słowika TJ. Ale on na burzę czekał. On ją świadomie wywołał, chyba
      po to, aby móc przedstawiać mnie jako podłą kanalię, aby w ten
      sposób deprecjonować moją jego krytykę.

      Wiesławie Słowiku TJ, jest takie powiedzenie: „każdy sądzi według
      siebie”.

      Jeszcze trzy sprawy w imię prawdy historycznej:

      Ja nie byłem zwolniony z pracy – ze stanowiska redaktora przez
      wydawcę. Wydawca wspierany przez prezesów z walce z moją redaktorską
      niezależnością, której nie mogli strawić, dnia 12 lipca 1977 roku
      wydał dokument hańby – „Instrukcję w sprawie drukowania materiałów
      dla Tygodnika Polskiego” podpisany przez prezesa Henryka
      Dutkowskiego (oryginał w archiwum „Tygodnika Polskiego” z lat 1974-
      77, które znajduje się w zbiorach Studium Historii Polonii
      Australijskiej; odbitka wydrukowana w „Sprawach Polaków” Nr 1 1992;
      wspomina o niej Jan Lencznarowicz w swej pracy „Prasa i społeczność
      polska w Australii 1928-1980” Kraków 1994). Dnia 19 lipca 1977 roku
      wysłałem do wydawcy list pocztą poleconą (!), w którym
      odrzuciłem „Instrukcję” jako sprzeczną z prawem australijskim i
      postawiłem warunki, od których uzależniłem naszą dalszą współpracę.
      Wydawca odrzucił te warunki, co oznaczało zerwanie umowy o pracę
      między nami.
    • marian.kaluski Re: "Katolickie" polactwo w Australii 16 16.02.09, 03:03
      Moje odejście wywołało falę protestów przeciwko wydawcy nie tylko w
      Melbourne, ale w całej Australii. Niektóre organizacje (np.
      Stowarzyszenie Polaków w Essendon, Polskie Stowarzyszenie
      Charytatywne w Sunshine) demonstracyjnie przez szereg miesięcy
      zapraszały mnie jako gościa honorowego na swoje uroczystości,
      panowie Czesław Graczyk i Michał Czajka zebrali pod specjalnym
      protestem 386 podpisów, zmuszono Federację Polskich Organizacji w
      Wiktorii do zwołania specjalnego zebrania w tej sprawie, czytelnicy
      pisma rezygnowali z prenumeraty. Moim gorącym obrońcą była wówczas
      m.in. Marzenna Piskozub (mam na to dowód). Itd., itd. Jeśli nie
      powróciłem do redakcji to tylko dlatego, że stare lisy tak
      zorganizowały zebranie Domu Polskiego im. T. Kościuszki (wydawca
      pisma), że prawo głosowania miały dziesiątki osób, których nikt
      nigdy nie widział w żadnych polskich organizacjach i na zebraniach
      Domu Polskiego ani przedtem, ani potem (byli to głównie polscy
      Żydzi, co potwierdziły by listy obecności; red. Jerzy Grot
      Kwaśniewski był żonaty z Żydówką )! Żydzi, nie mający nic wspólnego
      z polskim życiem w Australii zadecydowali o dalszych
      losach „Tygodnika Polskiego”!

      Jakimi podłymi typami były niektóre osoby (wydawca, redakcja)
      świadczy to, że z nienawiści do mnie otworzyliście łamy pisma dla
      osoby, która w 1974 roku swą działalnością zagrażała
      istnieniu „Tygodnika Polskiego” i przez którą pismo/wydawca stracił
      4000 dolarów, co dzisiaj stanowiło by równowartość zapewne ponad 40
      000 dolarów! I to pomimo tego, że prezes Federacji Polskich
      Organizacji w Wiktorii Zdzisław Drzymulski pisał w „Tygodniku
      Polskim”, że ma nadzieję, że jej społeczeństwo polskie nigdy nie
      wybaczy! Tymczasem sam należał do tych, którzy tej osobie wybaczyli,
      nie oglądając się na zdanie społeczeństwa polskiego!

      Doprawdy ponure są dzieje „Tygodnika Polskiego” po 1977 roku (np.
      red. Michał Filek 1992-97 kilkoma sprawami sądowymi doprowadził do
      tego, że wydawca stracił ok. 50 000 dolarów i pismu groził upadek;
      szczególnie obrzydliwe było jego chamskie i bezprawne zwolnienie
      sekretarki administracji od 1969 roku, a więc przez 25 lat, p.
      Teresy Szulc, za co wydawca musiał zapłacić karę 15 000 dolarów; bo
      chciał mieć swoją znajomą na tym stanowisku).

      Obnażyliście swe prawdziwe oblicze

      Porzekadła są mądrością narodów, a jedno z polskich porzekadeł mówi,
      że „kogo Pan Bóg chce ukarać temu rozum odbiera”.

      Moja oferta pogodzenia się z Wami była SZCZERA. Odrzuciliście ją
      czym wyrządziliście sobie samym wielką krzywdę. Powinienem Wam za to
      dziękować i całować po rękach (przez chusteczkę).

      Nie mogłem dostać od Was – moich wrogów - lepszego prezentu!

      Czy teraz nie mogę PRZEKONYWUJĄCO twierdzić-pisać w swoich szkicach
      o Polakach w Australii, że moi wrogowie z „Tygodnika Polskiego” i
      Wiesław Słowik TJ (a i szereg innych osobników spośród wierchuszki
      polonijnej i polonijnych mediów) to ludzie odczłowieczeni (bojący
      się niemiłej dla nich PRAWDY o nich jak diabeł święconej wody i
      przez to z nią walczący, nietolerancyjni, zawistni, mściwi itd.), a
      tacy z nich Polacy i katolicy jak przysłowiowo „z koziej d.. trąba”?

      Czy się mylę? Czy tak nie należy odebrać Pani ostatniego (z
      22.1.2009) e-mail do mnie, jak i Pani e-mail do mnie z 5 grudnia
      2007 roku, który był odpowiedzią na mój e-mail z 24 listopada 2007
      roku, z moim artykułem pt. „Życzymy „Sto lat!” Tygodnikowi
      Polskiemu”, który był kompromisowym ukłonem w Waszą stronę, dla
      dobra sprawy polskiej w Australii? Była to moja pierwsza pierwsza
      próba wyciągnięcia ręki do zgody, którą Wy chcieliście wykorzystać
      dla swoich celów w sposób NIEETYCZNY.

      Proszę mi udowodnić, że się mylę zanim nie puszczę tego listu w
      świat. Czekam cierpliwie na uwagi, ew. zastrzeżenia, uzupełnienia i
      poprawki, bo moim celem nie jest szkalowanie kogokolwiek, a jedynie
      pisanie PRAWDY; termin dwutygodniowy jest chyba wystarczający.

      (Do 12 lutego 2009 roku nie otrzymałem żadnego e-maila ani listu tak
      od Józefy Jarosz jak i Wiesława Słowika TJ ani żadnej osoby z
      Komitetu Redakcyjnego czy od wydawcy „T.P.”. Uważam tym samym, że
      nie mają żadnych zastrzeżeń, uzupełnień czy poprawek do tego Listu
      otwartego, czyli że List taki jakim jest mogę rozpowszechniać).

      A BEZPODSTAWNE grożenie mi sądem – to, jak już pisałem - strachy na
      Lachy. Stracicie tylko duże pieniądze! Tak jak Kiesch z Federacją
      Polskich Organizacji w Wiktorii, która o tym nie raczyła
      poinformować Polonię (ciekawe jak to zaksięgowano czy kto za to Wam
      zapłacił – Kiesch, Słowik?)! Zachęcam jednak do tego, bo będą mnogły
      wyjść na jaw „Wasze” łajdactwa i krzywdy, które od Was doznałem.

      No i na koniec temat, który Pani poruszyła w swoim e-mailu do mnie.
      Nie musi Pani fałszywie mi współczuć, że artykuł o p. Anieli Radoś
      pisałem na darmo, bo Pani go nie wydrukuje. Artykuł jest już
      wydrukowany w PAP „Polonia dla Polonii” i w kilku innych portalach.
      Dlatego Pani tekst o p. Radoś będzie wyłącznie małpowaniem mnie. Jak
      to mówią Australijczycy w takim przypadku: „Copycat from Ballarat”.

      To drugi taki Pani przypadek. Pierwszym „copycat from Ballarat” był
      Pani artykuł w numerze świątecznym „TP” o 60-rocznicy „Tygodnika
      Polskiego”. Spłodziła go Pani tylko dlatego, aby nie wydrukować
      mojego artykułu na ten temat, który Pani wysłałem 24 listopada 2008,
      chociaż go Pani pochwaliła pisząc: „dziekuję za interesujący,
      napisany od serca artykuł "Zyczymy 'Sto lat' Tygodnikowi Polskiemu".

      Żałosne to wszystko! Żałosna jest Pani! Szczególnie
      jako „katoliczka” od siedmiu boleści. Jak to mówi stare rosyjskie
      powiedzenie: „napluć i przykryć”.

      Mam wiarę w lepsze jutro

      Tekst ten chciałem zakończyć następującym zdaniem: „Plugawe
      polactwo! Na pohybel wam! i pocałujcie mnie gdzieś!”

      Jednak mój Anioł Stróż zaprotestował i podsunął mi takie
      zakończenie, które zaakceptowałem:

      Moi wrogowie, żal mi Was wszytkich, bo chociaż twierdzicie, że
      jesteście katolikami, to tak naprawdę jesteście żałosnymi osobnikami
      w szponach zła. Chcę jednak wierzyć, że któregoś dnia, aby jak
      najszybciej, wrócicie do wspólnoty ludzkiej – człowieczeństwa i że
      będziecie prawdziwymi chrześcijanami, poważnie traktującymi
      najważniejsze przykazanie Boże: miłości Boga i człowieka. I że
      równie jak ja będziedzie walczyć ze złem i służyć prawdzie. Że
      dołączycie do grona dobrych Polaków.

      Marian Kałuski

      • rooboy marian, no to se pogadales, a leki wziales??? 16.02.09, 08:08
        • mr_kagan Re: marian, no to se pogadales, a leki wziales??? 11.06.09, 21:39
          Bidny Marian. Do czego to prowadzi Polaka pobyt na antypodach... :(
Pełna wersja