jus1981 Skoro wiekszosc mieszkancow byla marginesem... 15.07.09, 09:21 i zyli ze soba jaki pies z kotem (tak pisala Gazeta), to chyba trudno sie dziwic. Odpowiedz Link Zgłoś
konikdrewniany07 Pożar w Kamieniu: Czy to było podpalenie? 15.07.09, 09:32 parę tygodni temu w "Polityce" był reportaż o pożarze tego "hotelu" i jego mieszkańcach...PRZECZYTAJCIE.... Odpowiedz Link Zgłoś
kwiecien45 Od piwa głowa się kiwa? Mineralna bez bąbelków OK 15.07.09, 09:35 Cytuję redaktora GW: "Sęk w tym, że wielu świadków, rozbudzonych pożarem, było się w szoku". - czyli od piwa głowa się kiwa... Odpowiedz Link Zgłoś
inny.obserwator Re: Od piwa głowa się kiwa? Mineralna bez bąbelkó 15.07.09, 10:15 Często się spotyka gorsze wpadki redaktorów, ale i tak ich lubię :) Odpowiedz Link Zgłoś
dominanta_septymowa Pożar w Kamieniu: Czy to było podpalenie? 15.07.09, 10:59 POLITYKA 02 czerwca 2009 Zanim hotel w Kamieniu Pomorskim spłonął jak zapałka, dużo się w nim działo. Obecnie jego lokatorzy zeznają szczerze – jeden na drugiego. Po ogródkach działkowych, gdzie emeryci pielą grządki, chodzą z towarem pogorzelcy. Odstąpią tanio plazmowy telewizor. Nówka z Caritasu – to z jego pomocą odtwarzają swoje spalone majątki ofiary pożaru, który wybuchł w noc wielkanocną, z niedzieli na lany poniedziałek Wędrują po okolicznych kurortach, oferując mikrofale i konserwy pakowane w zgrzewkach. Gdy A., który niedawno zjechał z Anglii, chciał wziąć wózeczek z magazynu, został zapytany, czy ma dziecko. Uznał pytanie za nietaktowne, przecież jest po-go-rzel-cem. Dziecka nie ma, ale jeśli pozna kobietę, może je mieć. W magazynach z darami urządza się też B. Najpierw on skoczył z okna, potem jego konkubina wyrzuciła 8-miesięcznego synka. 3-letniego Dawidka z zespołem Downa już nie dało rady wyrzucić, gdyż płonął w łóżeczku. Do szpitala, gdzie trafił ten ocalony synek, B. z konkubiną jeszcze nie zdążyli dojechać z powodu rozpaczy. C. dziękuje, że Bóg dał mu drugie życie. Teraz szczerze musi powiedzieć, że jak popił, to miał zwyczaj zalewać wodą korpusy i rosół gotować. Kiedyś sąsiedzi wyrywali C. z głębokiego snu dopiero, gdy garnek się palił. Tamtej nocy obudziły go pękające szyby; akurat otworzył oczy, jak drabinę strażacką w oknie zobaczył. D. wraz z żoną na własne życzenie wyszli ze szpitala, gdyż nie uleżeliby, trzeba życie na nowo organizować. Mieszkali u kumpla nielegalnie i też Bogu drugie życie zawdzięczają, bo było tak: córce, którą mieli na święta, zachciało się siku (nie mieszka z D. na stałe, gdyż opieka uważa, że rodzice piją). Więc obudziła ojca, a on zobaczył, że jęzor ognia wchodzi przez drzwi. Dostawszy pieniężne zadośćuczynienie za traumatyczne przeżycia małżeństwo D. i uratowany kumpel jeżdżą po piwo mocne na drugi koniec Kamienia, gdzie mogą czuć się anonimowo. E., która 10 miesięcy temu odeszła z hotelu od nadużywającego F., co drugie życie dostał, bo akurat pił na mieście, przyjechała z Trzebiatowa, wzięła za F. z magazynu wygodne łóżko, gdyż obecnie urządza się z nowym konkubentem. Już zakończono czynności śledcze. Znaleziono 36 szczątków, z czego poskładano 23 osoby: dziesięcioro dorosłych i trzynaścioro dzieci. Prezydent ogłosił żałobę, burmistrz obiecał nowy hotel, Polska wysłała esemesy, a do Kamienia przyjechało dwóch panów z warszawskiego Biura Badań Przyczyn Pożarów. Dwa dni chodzili z miarką po pogorzelisku, po czym powiedzieli, że to był prosty pożar. Przyczyna: czynnik ludzki. Więc rosną segregatory z przesłuchań lokatorów. Zeznają szczerze – jeden na drugiego. Lokatorzy Dwupiętrowy budynek przy ul. Wolińskiej był hotelem pracowniczym Nafty, największej kopalni ropy w Polsce. Dwa lata temu firma upadła, a hotel przejęło miasto, kwaterując w nim margines oraz rodziny niezorganizowane życiowo. Jeszcze dogaszano kikuty budynku, gdy media podawały, że mieszkało w nim 77 jednostek ludzkich. Ale X., którą uratował pobyt u siostry w Gorzowie, coś za mało wychodzi. Zamieszkała tu jako jedna z pierwszych. Kontaktowa, lubiąca estetyzm, nawet postawiła na korytarzu stolik, sztuczne kwiaty i dwa krzesła, żeby przyjemnie było kawkę wypić. Więc po pożarze wyrwała kartkę z zeszytu i policzyła na piechotę, kto w jakim lokalu przebywał, kąpał się, prał, po czym poszła z listą do pana Gawrońskiego, szefa Zarządu Gospodarki Miejskiej, że faktycznie ludzi siedziało w hotelu 85. Ten poszedł z listą na policję, dziękując X. za tę korektę, znaczącą dla śledztwa. Faktyczny rozkład z kartki pani X. wyglądał tak: na pierwszym piętrze mieszkała taka G., co lubiła panów. Przeżyła. Dalej H. z mężem i trójką dzieci, której nie pasował niby azbest w ścianach i wiecznie się wojowała. Przeżyli. Potem była wspólna kuchnia, kibel i łaźnia. Za nią mieszkali I., lekkie duchy, tu wypić, tam ukraść. Kiedy ich syn przebywał w hotelu, strach było wyjść. Raz w Nowy Rok policjantem rzucał jak workiem. I. lubili J. z pierwszego, bo stawiała. Tamtej nocy J. obudziła wnuczkę, którą miała na święta: babciu śmierdzi. – Co ci, ku..., śmierdzi? – zapytała, jak już czarno zrobiło się w pokoju, bo wypita była. Przeżyły. Dalej siedzieli u kolegi nielegalnie państwo D., którzy właśnie wyszli ze szpitala na własne życzenie. Pani D. wstydu nie miała, lubiła się pod kaloryferem załatwić, a w stanie nietrzeźwym stale przypalała patelnię, na której gotowała jajka. Drugie piętro było czyste, można powiedzieć, zajęte przez rodziny z dużą liczbą dzieci. Latem matki dorabiały na zmywakach w ośrodkach wczasowych. Z drugiego spalili się: małżonkowie L. z czterema córkami (widziano ich wszystkich stojących w oknie z rękami do góry, jakby poddawali się płomieniom); potem Ł. plus dwie córki i syn. Ł. była gospodarzową w hotelu, on miał jakiś narkotykowy biznes, czasem pukali do niego jacyś w nocy, upomnieć się o zaległości. Spaliła się też babcia K., co sobie w pokoiku dożywała, pomalutku raz dziennie chodziła do kibla wylać z wiadereczka. Za nią M. z trzema córkami i synem. Znaleziono ją stopioną razem z 6-letnim Patrykiem i gumoleum. N. zostawili śpiącą córkę i poszli świętować do znajomych. Porządna rodzina, 12-letnią jedynaczkę stracili. Potem śp. O., po pięćdziesiątce, zwana umysłową, bo od rana myślała, od kogo pożyczyć na wino. Ten młody A., co wózeczek mu się spodobał w magazynie, mocno jej nie lubił, raz nawet wszedł do O. razem z futryną, bo ona nie lubiła głośnej muzyki. Zrobił się mocno agresywny, kiedy z Anglii zjechał, gdzie glazurę kładł. Mówił, że i tak ją sfajczy, jak jego prawa człowieka będzie mu ograniczać. Dalej siedziała ta Teresa P., co prezydent ją odznaczył pośmiertnie za zasługi, gdyż A. zeznał, że to ona obudziła go, gdy już spał i prawie płonęli z jego nową kobietą. Usłyszał krzyki Teresy i zeskoczył po drzewie, a Teresa spłonęła. Jej ciało znaleziono w pokoju A., razem z ciałem O. i takiej Jolki. Płomienie Kiedy Andrzeja P., wdowca po śp. Teresie, obudził trzask ognia, jej już nie było w pokoju. Zerwał się, zobaczył drabinę, zszedł i w skarpetkach odjechał autem dalej od płomieni, żeby choć to auto ratować. Pamięta jak przez mgłę, że Teresa szarpała go, ale przewrócił się tylko na drugi bok, myśląc, że chrapie. Mocno wtedy zasnął, gdyż całą niedzielę grillowali. Codziennie nad ranem, w półśnie, śp. Teresa przychodzi do H. (tej walczącej z niby azbestem w ścianach) na papierosa, bo tu kobiety od kawy i papierosa zaczynały dzień, a z powodu wolnego czasu zżyte były niesamowicie. Teresa mówi H. w tym śnie: Boże, jak mi się chce palić... Była wielkanocna niedziela, gdy ok. godz. 13.00 zeszli na grilla pod blok Teresa i Andrzej P., H. z mężem oraz dziećmi, O., młody A. z nową kobietą M., co ją znaleziono stopioną z synkiem. Jak ludzie świętowali, to nie jak menele z pierwszego. Papryka konserwowa na talerzykach, drinki, oranżada, z samochodu Andrzeja leciała muzyka. O 23.20 pozbierali majdan, zalali grilla wodą i się rozeszli. Mąż H. zrobił łóżko dzieciom, ona poszła jeszcze do Teresy pomóc jej zmyć naczynia. Teresa robiła łóżko dla męża, kiedy przyszła taka Jolka, żeby H. pomogła włączyć jej płytę z wesela córki. Jeszcze papierosa z Teresą zapaliły. H. do Teresy: Dobra, Ryba, idę, jutro jeszcze się posiedzi. Było przed północą. H. już przebrana w szlafrok przyniosła miskę z korytarza, bo w pokoju było za mało miejsca, nalała wody i podmyła się. Chciała jeszcze iść siku do wspólnego sanitariatu, nie doszła, zsikała się, ujrzawszy na korytarzu płonącą szafę sąsiadki, która trzymała tam ciuchy, kołdry i cały majdan niemieszczący się w regale. H. narobiła wrzasku, poleciała dzwonić po straż, a mężczyźni z pierwszego piętra złapali za miski i do kranów, lecz wody już nie było. I to dla H. j Odpowiedz Link Zgłoś
maruda909 Baraki socjalne w Szczecinie- zgroza !!! 15.07.09, 11:51 Miasto rozważa możliwośc oddania dużego terenu przy ul. Cukrowej ZBILKowi celem budowy baraków socjalnych dla najbardziej niebezpiecznych eksmitowanych osób- to zdanie urzędników. Jest to świetne miejsce pod inwestycje, niekoniecznie dla takiej działalności. Taka budowa spowoduje spadek atrakcyjności tego rejonu, a co za tym idzie spadek cen mieszkań i gruntów w okolicy (Gumieńce, Warzymice, Przecław, etc.).Ponadto baraki nie są wcale budowane w trosce o najuboższych, tylko w trosce o pieniadze ZBILKu. Więcej na www.warzymice.blog.pl Na stronie www.petycje.pl/4197 można składać podpisy pod petycją przeciwko lokalizacji baraków socjalnych przy ulicy Cukrowej w Szczecinie skierowaną do Prezydenta Miasta Szczecin. Odpowiedz Link Zgłoś