Dodaj do ulubionych

NIETU, NIETERAZ

09.01.10, 15:10
https://i50.tinypic.com/fbe3o3.jpg

Zajrzałem do Klasyki Podwórka, do swego ulubionego wątku „Miejsca” smile i zauważyłem, że zaczął się 9 stycznia 2008 r. Okrągłe dwa lata temu. Nie jestem zwolennikiem „akademii ku czci” ani szumnego obchodzenia rocznic. Jednak klimat tamtego wątku skojarzył mi się z dzisiejszym, cichym, zaśnieżonym dniem. No i ulegam pokusie, chcę Was wciągnąć na chwilę choćby w przestrzenie, których sam jasno nie rozpoznaję ... smile

Mosty.. dwa fizycznie istniejące; pierwszy z nich to niewielki wybudowany przez włoskich jeńców wojennych mostek w Cisnej. Przerzucony nad Solinką służył głownie wąskotorowej kolejce, którą z Majdanu do Wetliny przewożono sągi drewna. Wysoko sklepiony, lekki, otoczony ze wszystkich stron zielonymi wzgórzami, a jego dwa końce giną w poplątanych gałęziach nie wiem jakich krzewów, które przechylają się nad niską barierką i niedługo dotkną liśćmi coraz wyższej trawy wyrastającej spomiędzy pokładów. O świcie, we mgle jest prawie niewidoczny i dobrze jest wtedy oprzeć się o stalową barierkę i zapatrzyć w skłębiony poniżej biały tuman, zza którego dochodzi szelest wody, która niezmiennie toczy rozmowę z niewidocznymi teraz głazami i otoczakami. Nim słonce przebije się przez korony buków, od czasu do czasu nad mostek nadpływa krzyk ptaka, ulotny zapach czegoś zupełnie nieokreślonego, lekki podmuch wiatru, który przywodzi na myśl prosty fakt, że nie możemy tutaj tkwić wiecznie i za chwilę trzeba będzie odwrócić się, wskoczyć w skórę kolejnego dnia, przypomnieć sobie ojczysty język, poddać się nieuchronnemu automatyzmowi rzeczywistości. Pozwolić mięśniom twarzy przejąć nad sobą kontrolę. Zwiastunem i drogowskazem wiodącym do wyjścia bywa ulotny zapach dymu z ogniska, który choć idealnie zestrojony ze świtem przypomina delikatne poklepywanie po ramieniu przez Przyjaciela, który już się obudził i właśnie, niepewny, czy nie jest intruzem, domyślając się ich obecności, ostrożnie odsuwa cienie wyświetlane w fotoplastikonie naszego nietu i nieteraz … smile

Drugi z nich jest jednym z wielu na szerokiej rzece w centrum wielkiego miasta. Skromniejszy i młodszy od pozostałych, nie epatuje kamiennymi twarzami z czasów Henryka IV. Jest industrialny. W przeciwieństwie do mostu Aleksandra, próżno szukać na nim kunsztownych żeliwnych ozdób i złoconych posagów. Zwykłe drewniane deski tworzą poziomą drabinę prowadzącą do centrum Dzielnicy Łacińskiej. Zwykle są cieple i dobrze jest na nich usiąść o zachodzie z nogami zwieszonymi nad przepływającymi poniżej oszklonymi łodziami, motorówkami, barkami. Zapalić papierosa, szukać wzrokiem ulubionych miejsc, upewniając się, że rzeczywiście tam są – jeśli nie tuż, to w odległości góra 20 minutowego spaceru. Za plecami czuje się żywą obecność Katedry, ale z rozmysłem, aby spotęgować, to, co i tak nastąpi, warto jeszcze zaczekać. „Powiedz Blażejku, jesteśmy daleko od Montmartre”? Parówki na Sewastopolskim bulwarze, kamienne podwórka, koty ocierające się o nogawki spodni, śpiące konsjerżki, stare pocztówki na straganach, mansarda i Billie Holiday. Kiedy tam byłem, ktoś na deskach mostu narysował Niebo. Składało się z koła podzielonego na dwie części, kwadratu poniżej i dwóch prostokątów ułożonych w kształt rzymskiego narzędzia wiadomej kary. Każdą z wyodrębnionych wewnątrz Nieba przestrzeni słusznie oznaczono numerem. Słońce już zachodziło i czerwonawy poblask wskazał dokładnie cyfrę pięć.

Wszędzie są mosty. I jest jeszcze jeden, a właściwie niezliczona ich mnogość. Bywa, że ich kształt jest wyraźny, bywa, że ledwie, nie wiedzieć skąd wiadomo, że biegną ku... Nie służą przechodzeniu na druga stronę. Nagle pojawiają się znikąd, nie mniej rzeczywiste niż Golden Gate. Z przeciwległego końca obecności, pod kołyszącą się lekko gałęzią konkretnego owocowego drzewa, na wyciagnięcie ręki.

--
Ulisses
Obserwuj wątek
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 15:31
      ULISSESIE, zapytam Ciebie tak, ja Ty kiedyś mnie; Czy kiedykolwiek nosił
      już ktoś Ciebie na rękach???, chociaż prawdę powiedziawszy mnie przydałby się
      teraz ktoś do noszenia, gdyż po przeczytaniu Twojego tekstu rozdygotałam się
      emocjonalnie i.... niebotycznie. I dlugo sie od tego nie uwolnię...Ty wieszsmile
      Zapoczątkowałeś wtedy "Miejsca...". Z wątkiem tym łączy mnie więź szczególna i
      wspominam go ze wzruszeniem, jako że tam, po raz pierwszy odważyłam się wejść w
      strefę "okołopodwórkową". Pamiętam z jakim zdumieniem obserwowałam powiększającą
      się ilość niezwykłych wpisów i wręcz uwierzyć nie mogłam, że na tym skrawku
      netowej nie-rzeczywistości rozpościerał się przede mną fantastyczny świat emocji
      ściśle przyporządkowanych miejscom realnego świata. Miejscom, które
      opisywaliście zawdzięczam wiele, poprzez nie poznałam Was. Ale czy to wszystko?
      Zdradzę, że moim szczególnym miejscem był parapet okienny.

      --
      AL
      • hardy1 Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 16:15
        Zamyśliłem się...wyczarowywałem wyobraźnią miejsca które opisałeś,
        Uli. Barwy, błękit nieba, zieleń listowia poruszanego
        wiaterkiem...załamywanie się promieni Słońca na drżących blaszkach
        liści. Żelezie mostka jakby nierzeczywiste, obce w tym miejscu...a
        jednak współgrające, tworzące atmosferę kameralności, intymności,
        sprzyjające zadumie i rozmyślaniu. Zadumie nad mijającym czasem ale
        i jak ważne jest nie marnować mijającego... Mamy jedno miejsce pod
        Niebem, dane nam raz, niepowtarzalnie. Jak wykorzystamy ten cud
        Natury - nasze życie - to na szczęście tylko od nas zależy. I jakich
        wybieramy Przyjaciół, czy dane nam to będzie...

        Tu jest niby tylko przestrzeń wirtualna, bezosobowa...ale życie
        płata przeróżne niespodzianki. Taką niesamowicie przyjemną
        niespodzianką, która kilka lat temu nawet w głowie mi nie
        postała...było poznanie Was. Również rzeczywiste. "I słowo stało się
        ciałem" smile
        Chyba nikt z nas tego nie przewidział. Dzięki tej "niespodziance"
        mogę teraz oczami Ulego oglądać te miejsca, oczami innych zaglądnąć
        w inne...i możemy rozmawiać ze sobą smile

        Że nie wspomnę o zawiązanych przyjaźniach...smile A przecież zaczęło
        się tak niewinnie - przypadkiem w jednym miejscu, na przypadkowym
        wątku, spotkało się w internecie kilka osób całkiem nieznajomych
        sobie...

        --
        Hardy
        • ulisses-achaj Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 16:50
          Cześć Hardy.. Przyjaciele to w ogóle niezwykle zjawisko. Partner do
          milczenia, do wspólnego zapalenia papierosa, do budzenia się rano na
          łódce, uzupełniania jednym wyrazem tego, czego jeszcze nie zdążyłeś wypowiedzieć, włóczenia się w całkowitym milczeniu .. Często kiedyś
          przechodziłem koło pewnego murku i wygodnie byłoby na nim przysiąść.
          Nigdy tego nie zrobiłem, bo dla JEDNEGO było tam o jedno zajęte
          miejsce za mało .. smile
          --
          Ulisses
        • m.maska Re: NIETU, NIETERAZ 10.01.10, 00:14
          Hardy
          wiesz, kiedy przed wielu laty praca moja polegala na programowaniu, mialam do
          dyspozycji biurko i duzo formularzy formatu A4 przygotowanych do wpisywania w
          nie "rozkazow" - potem zanosilo sie te pliki do hali maszyn, gdzie maszynistki
          przepisywaly to poczatkowo na tasme perforowana, ale bardzo szybko pojawily sie
          "nowoczesniejsze" nosniki: karty perforowane - po kilku dniach mozna bylo
          program w takiej formie odebrac i zaniesc do "komputera", ktorym wtedy byla ODRA
          i znajdowal sie ten "komputer" w hali oddalonej od mojego biura o okolo 300m...
          wtedy nikomu sie nie snilo, ze nadejdzie taki dzien kiedy powstana MOSTY
          - kiedy za jednym kliknieciem bedzie mozna przerzucic pomost... poznac ludzi,
          ktorzy dzieki temu, ze sa gdzies tam, po drugiej stronie ekranu, pozwola mi zyc
          tak jakbym znowu byla w kraju - to mosty, ktore naprawde zblizaja, ale na
          te, trzeba wejsc...
          Fajnie ze sa, fajnie ze WY jestescie na tych mostach smile
          --
          https://i48.tinypic.com/24e2b94.jpg
          maska
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 15:59
      Zajmowaliśmy jedno z mieszkań w dwupiętrowej, poniemieckiej kamienicy. Parapet
      kuchennego okna stal się moim ulubionym miejscem od chwili, gdy nauczyłam się
      czytać. Mówię chwila, gdyż stało się to praktycznie z dnia na dzień. Uwielbiałam
      moja panią przedszkolankę i tak, jak koleżanka ze starszaków, koniecznie
      musiałam nauczyć się pisać jej nazwisko. Okazałam się pojętna, czytanie i
      pisanie opanowałam w parę dni, ale jakież było moje przerażenie, gdy naocznie
      przekonałam się, że ukochana pani Łokcia tak naprawdę nazywa się Okcia. Byłam
      tak rozczarowana, że straciłam zainteresowanie rzeczywistością i zagłębiłam się
      w świat książki. Parapet okazał się w tym bardzo przydatny. Przez okno wpadało
      dużo światła, gdyż druga strona ulicy nie była zabudowana, był tylko zacieniony
      lipami wał przeciwpowodziowy, potem kanał rzeki, a za nim szeroka łąka. Ulica
      bardzo spokojna, w tamtych czasach, w mojej miejscowości jeździło zaledwie 12
      prywatnych samochodów, jeden z nich należał do mojego ojca. Dlatego miejsce przy
      parapecie było także przydatne do obserwacji i upominania wszystkodotykalskich
      gapiów. Często jednak zapominałam co działo się za oknem, wsparta o pokryty
      kilkoma warstwami farby parapet, zatracałam się w czytanych treściach tak
      bardzo, że nie byłam w stanie spostrzec mijającego dnia. Tylko jeden jedyny raz
      zmuszona byłam raptownie przeskoczyć do rzeczywistości. Brakowało paru dni do
      ukończenia pierwszej klasy podstawówki, ciepłe, czerwcowe późne popołudnie,
      ogromne słonce na horyzoncie nabierało intensywnej, czerwonej barwy, a ja
      zapomniałam o wszystkim wczytana w "Astronautów "Lema. Byłam sam w domu, a tam,
      na obcej planecie, czarna lawa zagrażała życiu ludzi, wpadłam w panikę, w moim
      świecie już zaczynało szarzeć...więc z krzykiem przerażenia rzuciłam książkę i
      przeskakując po trzy stopnie schodów wypadłam na ulicę. Dopiero wtedy, wśród
      ludzi i bezpieczna, spostrzegłam, że jakimś sterczącym z parapetu gwoździem
      poważnie rozdarłam sobie dłoń. Blizna widoczna jest do dzisiaj i każdego dnia
      przypomina mi moje miejsce przy oknie.


      --
      AL
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 16:38
      ....i była też ogromna łąka pod lasem, w którym znalazłam moją pierwszą
      poziomkę. Łąka była jednak piękniejsza, rozgrzana lipcowym słońcem, pachnąca,
      poryta sypiącymi się kretowiskami i pełna brzęku życia. Od pola kukurydzy
      odgradzał ją szpaler karłowatych jabłonek - na wiosnę zachwycały przepychem
      kwiecia, złudnym, gdyż nigdy nie wydały owocu,a jednak do dziś, samo wspomnienie
      ich subtelnie przyróżowionej bieli potrafi we mnie wywołać z niczym
      nieporównywalną tęsknotę. Parę miesięcy temu, po raz pierwszy od czasów
      dzieciństwa, odwiedziłam moją łąkę...stała się smutnie mała.
      --
      AL
      • hardy1 Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 18:25
        Podobnie, podobnie AL - kiedy kilka lat temu odwiedziłem miasto w
        którym żyłem do ósmego roku życia, pojechałem zobaczyć miejsce mego
        wczesnego dzieciństwa. Wszystko poznałem - domy, podwórza, szkołę,
        przedszkole, mały lasek (teraz zmniejszony bo przeprowadzono tamtędy
        uliczkę). Miałem chilę czasu...usiadłem ,zapaliłem papierosa...i
        wspomnienia zaczęły napływać jak fala przypływu. Wspomnienia głęboko
        ukryte w podświadomości. "Zza rogu tego domu poszczuto wilczura na
        chłopaka przez co cięzko zachorował...tutaj kopaliśmy głęboki dół
        który się na mnie zawalił i ledwie zdążył mnie brat z kolegami
        odkopać...w tym miejscu budowaliśmy labirynt ze śniegu...na strychu
        tego domu schowaliśmy się na belkach kiedy milicja nas goniła po
        bitwie na drewniane miecze z Krzyżakami z sąsiedniego osiedla (tamci
        chłopacy uważali że to my jesteśmy Krzyżakami...to była ogromna
        umówiona bitwa...kilkuset chłopaków z obu stron...rodziny wtedy były
        wielodzietne smile)...tam ośrodek zdrowia gdzie co rano przez miesiąc w
        pierwszej klasie podstawówki przychodziłem, pukałem w jakieś drzwi,
        odwracałem się, opuszczałem spodnie - wychodziła pielęgniarka,
        wbijała mi strzykawkę....podciągałem spodnie i szedłem do szkoły.
        Nawet nie pamiętam na co chorowałem big_grin Tutaj zaś, przed samym
        wejściem do szkoły...miałem z 5 lat...podbiegłem do potężnego psa
        aby go przytulić za szyję...wszystkie psy lubiłem...a ten pies mnie
        przewrócił nim właścicielka zdążyła pociągnąć za smycz. Stanął na
        mnie łapami i...nic innego mi nie zrobił. Wpatrywał się we mnie...do
        dziś pamiętam wzrok tego psa...taki spokojny, bez złości.
        Właścicielka psa i moja mama zestrachały się potężnie...jak
        opowiedziała mamie, pies był podobno bardzo groźny, nikomu oprócz
        niej nie dawał się dotknąć...

        Przesiedziałem tak dobre dwie godziny, w milczeniu...tylko
        wspomnienia napływały, jak spojrzałem w jedną lub drugą
        stronę...znajome miejsca zadziałały jak katalizator...

        Jednocześnie wszystkie miejsca i domy wydawały się jakby ktoś je
        pomniejszył; czułem się jak Guliwer w mieście Liliputów. Nie
        dziwiłem się...w dzieciństwie oglądałem świat z dwukrotnie niższej
        wysokości smile
        --
        Hardy
    • m.maska Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 16:54
      Mosty, Ulissesie, czuje do nich szczegolny sentyment... jest taki jeden bardzo realny, a jednak to tylko moje wyobrazenie tego innego mostu, musialam go kiedys urealnic po to tylko, by moc to sobie wyobrazic, tylko po to...
      Mam cos osobistego, mojego, czego zapewne nigdy nie ujawnilabym,
      gdyby nie ten watek..
      To wlasnie moj most.. ten ktory utozsamilam z tym miejscem smile

      https://i47.tinypic.com/mt8ivq.jpg

      Pamiętać będę

      To nie tak miało być
      marzenia na jawie
      naiwność
      byłeś blisko
      tylko ułuda

      odwaga czym była
      jestem jak...
      nie widzę
      nie słyszę
      nie mówię

      dotyka mnie...
      śmiech....
      czuję...
      ból........
      nigdy się nie dowiesz

      jak się uwolnić?
      jak odejść?
      jak teraz żyć?

      To nie tak miało być
      marzyłam ciebie
      na zawieszonym moście
      byłeś tam...czasami

      nigdy NAS tam nie było
      to tylko ja
      • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 17:00
        Maseczko, nareszcie ujawniłaś coś, o co Ciebie zawsze prosiłam, piękne!
        No i właśnie łzę ocieram, powinna być gorzko-słona...a jednak ma w sobie tak
        wiele słodyczy. A że pochlipywać będę już do nocy, to druga sprawasmile
        --
        AL
    • hardy1 Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 18:28
      Mosty w większości łączą, mosty rzadko dzielą...mosty również
      wspomnienia przywołują...czemu tak często w nostalgiczny nastrój nas
      wprawiają? smile
      Ale ale...tylko tu się Masko i AL nie roztkliwcie, dobrze?
      Starczy tej wody co pod mostem płynie...smile
      --
      Hardy
    • ptakbenu9 Re: NIETU, NIETERAZ 09.01.10, 19:17
      Witajcie smile!
      Ale się rozmarzyło Towarzystwo! Proszę, proszę?! To śnieg tak na Was podziałał?
      Nie dziwcie się więc, że jam w innym nastroju, bo o ile na Podwórku caaałym
      sypał śnieg o tyle w miejscu gdzie Wierzba stoi- stoi równie wielka kałuża wody
      bo od wczorajszego południa akurat tutaj leje! Ale! Jest w tym wszystkim i
      wspólny wątek najpierw wody a potem rzecz jasna mostów smile
      Dotknąłeś Uli ciepłych desek takiego prostego wydawałoby się P.d.A. smile
      Dla mnie też były ciepłe. Wietrzyk lekko, trochę złośliwie, rozwiewal moje
      papierowe propozycje, a ponieważ zostały przywiezione z innego kraju więc nikt
      ich nie rozumiał, a ja dziękując słońcu za to ciepło nagrzanych desek właściwie
      wcale nie przejmowalam się brakiem zainteresowania turystów, w koncu sama byłam
      turystką i też nie wszystko w tym mieście mnie interesowalo. Pagórek w ósemce
      był całkowicie opanowany przez wschodnie mafie, czego dowiedziałam się później,
      a co na jakiś czas powstrzymało moje biesiady zlożone z marchewki i wody z kranu
      zabranej z domu chociażby na deskach wspomnianego przez Ciebie mostu. Konieczne
      zgody na handel zostały pominięte i zamienione na krótkie wizyty w sklepie z
      pamiątkami nieco poniżej i na prawo od Świętego Serca smile- niestety musiałam
      zmienić repertuar.
      Gdy nadal idąc Waszym śladem zapytałam siebie o mosty, ale i o szczególny
      czas, natychmiast wyłowiłam Zerwany Most smile Jego mit był tak silny, że wracałam
      tam bardzo często potem i nigdy mnie nie zawiódł. Wszystko to co było z Nim
      związane mozna nazwać dorastaniem, idylliczną sielanką najpierw bycia dzieckiem,
      a potem dziewczynką. Nie urasta do rangi symbolu a mógłby z powodzeniem. Właśnie
      w pierwszym roku kiedy tam nie pojechałam moje życie zmieniło się i nie wiem czy
      jestem z tego powodu szczęśliwa. Śni mi się czasem łacha i przystań flisaków,
      łopuchy, mgła po burzy, pisk sokoła nad przepaścią, pokrzywy w wąskich tunelach
      poprzecinanych strugami na jeden krok ale zaopatrzonymi przezornie w omszałe,
      pęknięte i śliskie deski... Teren na tym kawałku rzeki, od Mostu do mostu znałam
      jak własną kieszeń.
          • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 10.01.10, 10:10
            Masko kiss, właśnie miałam napisać o tym szczególnym "moście", który łączy - o internecie smile Przywołałaś z mojej pamięci: Odra 1304 i 1305, Mera 306, Algol, Fortran i pierwsze "narzędzie" sieciowe Georg3, stacje dysków z olbrzymimi nośnikami, przewijaki, taśmy magnetyczne w tresorze, jednostka centralna...a później pierwsze PC.
            W mojej pamięci nie ma żadnego mostu, zbudowanego przez człowieka, który byłby dla mnie jakiś szczególny. Ale jest inny most, który za każdym razem, kiedy na niego patrzę, wywołuje zachwyt. To "tęczowy most", most który łączy niebo z ziemią i jest dla mnie symbolem nadziei i radości. Tak wiele tych "mostów" widziałam a dale pozostaję w zachwycie...
            --
            https://i47.tinypic.com/2wqaekm.gif
            Karen
            • m.maska Re: NIETU, NIETERAZ 10.01.10, 15:19
              Karen...zadnego mostu zbudowanego przez czlowieka? chyba cos ze mna nie tak, we
              mnie niektore z nich wzbudzaja wrecz fascynacje, mam w pamieci mosty, ktore mnie
              urzekly, mosty, ktore mnie przyciagaly, ale tez i mosty "wspomnien", ktore
              zdarza mi sie przerzucac poprzez lata cale i odleglosci...a po nich tak lekko
              wkracza sie w te "miejsca bez ktorych..." a wlasciwie "do ktorych..." dostep
              mamy tylko my...

              p.s. Ulissesie czy to ten most w Cisnej? - wyciagnelam go z zakamarkow
              Twoich wspomnien, dlatego nieco przymglony jest smile
              https://i47.tinypic.com/2nhj04y.jpg

              --
              https://i48.tinypic.com/24e2b94.jpg
              maska
                • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 11.01.10, 13:51
                  ....i były też "schodki", miejsce, gdzie spędziłam sporo czasu podczas mojego
                  pięcioletniego pobytu we Wrocławiu. Po raz pierwszy trafiłam na schodki zupełnie
                  przypadkowo, odwołana została któraś z akademikowych imprez i zastanawiałam się
                  co takiego począć z wolnym wieczorem. W kinach nie pokazywano nic, co mogłoby
                  mnie zainteresować...właśnie przechodziłam obok Filharmonii Wrocławskiej. I
                  weszłam. Nie stać mnie było na miejsce siedzące, pozostawały tylko schodki. Do
                  tej chwili nigdy nie widziałam prawdziwej sali koncertowej od wewnątrz. W moim
                  rodzinnym mieście występy Czerwonych gitar, czy wieczór poezji Marka Perepeczki,
                  odbywały się w salce konferencyjnej domu kultury, a rozpychające się łokciami
                  tłumy wielbicielek raczej uniemożliwiały należyty odbiór. W filharmonii było
                  zupełnie inaczej, dlatego rozglądałam się ciekawie dookoła, popatrywałam na
                  twarze i ubiór widzów nawet nie orientowałam się, co tego dnia było w programie.
                  Na pierwsze dźwięki koncertu pozostałam jeszcze obojętna, ale już następne tony
                  wprawiły mnie w zdumienie, potem w narastający zachwyt. Wiem tylko, że tak mnie
                  wewnętrznie rozkołysały, tak porwały, że miałam wrażenie być z nimi w idealnej
                  syntonii, byłam każdą nutą i każdym ułamkiem ciszy pośród nich, byłam wiatrem,
                  bezkresnym stepem, brzozowym gajem, zapachem chleba i gorzką łzą szlochającej
                  kobiety. I czułam, że coś się we mnie zmieniło...
                  Dopiero już po wyjściu z filharmonii dowiedziałam się, że był to Koncert
                  fortepianowy nr.2 Rachmaninowa.
                  --
                  AL
    • ptakbenu9 Re: NIETU, NIETERAZ 11.01.10, 18:53
      A duch gór? Manru? A Król Roger? smile... tak tylko sobie nucę.
      Witajcie zimowym wieczorem.

      A mnie i tak najbardziej bierze Bach!
      Na pzrykład tak:
      Tekst linka
      smilesmilesmile

      A cynizm nigdy mnie nie opuści! jakem ptak!

      Tekst linka
      to w nawiasie duużym

      i dalej za myślą:

      https://www.test.ezin.pl/files/35/hiszpania_corrida_byk.jpg

      chociaż jest też inna łagodniejsza sekwencja:

      Tekst linka

      smile po prostu teatr smile
      • ptakbenu9 Re: NIETU, NIETERAZ 11.01.10, 22:02
        to ten link który się nie wyświetla- może teraz przejdzie- wiem, że niestosowny, szukałam tego fragmentu utworu... i jeszcze dalej ale nie było mi dane znaleźć- więc tylko tańce...Tekst linka
        • ptakbenu9 Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 00:20
          smile - mówią, zeby się nie zgubiła; kozy się nie gubią smile

          Apotekoza

          Obudziłem się, brakowało mi tchu, nie wiem czy miałem połamane żebra, nie wiem czy to co mnie otaczało to zwaly gliny i błota. Czy były to słowa? Czy zawaliła sie na mnie nagle cała Wieża Babel? Wdychałem zapach każdej linijki, strofy, zapach kleju i nici. Słowa mają zapach. Te miały zapach druku, starego papieru, wosku i tłuszczu, zapach rdzy i zapach gliny, zapach podkładów kolejowych i elementarzy, zapach reliefów w końcu miedzi a może żelaza. Każde słowo i kazda litera miały w tym śnie zapach. Zapach liter ikon. Obudziłem się bo ta woń była tak silna, tak konkretna i zróznicowana, że śniąc nie mogłem uwierzyć że to sen. Jak spod sterty kości i ciał tak spod tych słów, liter i tekstów, wysunąłem ramię potem głowę. I oto co dane mi było zobaczyć: olśniewająco białą kozę? Nie, takie kozy i owce spotyka sie tylko na targu w czwartki w Nowym Targu- górale piorą swoje zwierzęta w domestosie a potem sprzedają... Koza, którą ujrzałem była symbolem wszystkich kóz na świecie: lśniąco biała, szara, buro- ryża, ugrowo- umbrowa i... błękitnooka. Błękitne, swobodne oko kozy międlącej z błogoscią papier, słowa, słowa- zapachy- podstawy, kolumny, podpory, hieroglify całego świata, to czyste, jasne, pierwotne i błękitne oko kozy stopiło sie na moment z czerwonym blaskiem zachodu.
              • ptakbenu9 Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 00:58
                Ale wiesz Uli, że czeka Nas niechybnie spowiedź dziecięcia oraz Przypadki młodego Volf- Gangsta i niekoniecznie paradiso na odcinku Osmej mili, niekończacej się opowieści braci Coen i nieustających wakacji, w których nie tylko Brat P. ale i Janusz Depp grają swoje własne role zamknięci w szklanej pułpce tańczac z wilkami na stacji metra w towarzystwie dwunastu małp. Gwiezdne Wojny to mit! Avatar to gra. Osmy pasażer na gapę w filmie Babel byłby przegrał pierwsza rundę, pani i pan Zemsta od kominka suną w tangu. smile A Misza, a Misza jest u pantokratora i...
                tam trzeba zapowiadać wizytę z tygodniowym co najmniej wyprzedzeniam.
                • circe_kirke Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 01:15
                  Benu, piękne!!! No, pycha po prostu!!! smile

                  Na załączonym obrazku Koza-Która-nie-Ucieknie-bo-Spalikowana-Jakby-ale-Bardzo-Przyjacielska. Podzieliłam się z nią bananem. Dobry był. Smakował i mnie i Kozie.

                  i50.tinypic.com/346nj3s.jpg
                  Padam plaskato i na twarz. Będzie noc w oparach hedgingu big_grin Dobranoc.


                  --
                  http://i47.tinypic.com/205fgva.jpg C-K
            • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 09:47
              Ulissesie, jeżeli z takim przekonaniem się nosisz, to zrzuć co prędzej ten
              balast i zainicjuj. Jako siła jesteśmy już praktycznie połączeni, a na
              bestseller stać nas bardziej niż kogokolwiek...przecież i tak i już jesteśmy
              ewenementem smile
              --
              AL
              • ptakbenu9 Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 13:03
                smile Ewenementem na skalę światową, jeśli wziąć pod uwagę tę część świata poniżej- na południe- od Norwegii! To na pewno. Właśnie oglądnełam materiał Hardy'ego!
                Kochani! znikam na czas " do odwołania". stop. proszę mnie nie szukać. stop. Kto szuka, nie błądzi.stop. ptak. stop. jałta.
                • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 17:44
                  To ja zgłaszam swój akces, chodzi o ten bestseller...
                  Chyba dam radę napisać "Spis treści"? big_grin

                  Przestałam narzekać na to białe co z nieba leci, Hardy całkowicie mnie przekonał.

                  Dzień dobry PODWÓRKO smile
                  --
                  https://i47.tinypic.com/2wqaekm.gif
                  Karen
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 11.01.10, 22:09
      Ptaszku, zerknęłam, tak, zerknęłam na Twój wpis powyżej....i już nigdy nie
      zerknę, a wszystko przez tego byka sad Kiedyś, w Barcelonie, znajomi chcieli
      zrobić mi niespodziankę i zaprosili na corridę. W momencie, gdy zorientowałam
      się o co chodzi....już mnie tam nie było.
      A muzyka taka piękna.....
      --
      AL
      • kogucik.2972 Re: NIETU, NIETERAZ 11.01.10, 22:52
        To teraz ja... big_grin
        Kiedyś opowiem Wam o Tęczowym Moście, ale że to historia smutna, a ja dziś mam wyjątkowo doby nastrój, to dzisiaj będzie coś wesołego... big_grin

        Mój Ojciec prowadził firmę. Z tej okazji, czasami wyjeżdżał na szkolenia zagraniczne, jako, że serwisował sprzęt włoski, czy austriacki.

        Jednym z ostatnich Jego wyjazdów, były Włochy. Nie muszę chyba pisać, że był zachwycony, bo każdy, kto tam pojedzie, przywozi wrażenia, których nigdy nie zapomni.
        W każdym razie - szkolenie szkoleniem, ale i pozwiedzać sobie pozwiedzali.

        Na jednej z wycieczek, zawędrowali w malowniczo położone okolice, jedną z prowincji Wenecji, do miasteczka Bassano del Grappa. W tym to miasteczku, powstała tradycyjna, dziś niemalże narodowa sława Włoch - grappa - wódka, destylowana z pestek winogron, często zaprawiana ziołami.
        Jako, że pierwotnie grappa miała być trunkiem, stworzonym generalnie dla klasy robotniczej - nad walory smakowe, przedkładano moc piekielną rzeczonego trunku.
        Ale że mimo mocy, w smaku to to najlepsze nie było, pracowano więc cały czas nad polepszeniem bukietu.
        Jako, że popularności na początku - z racji podłego smaku - trunek jakoś zdobyć nie mógł, właścicielka gorzelni Gianolli Nonino, wpadła na prosty, acz genialny pomysł.
        Jako, że do miasta można dostać się w dwa sposoby - gondolą, lub przez zabytkowy, niewielki most, którym codziennie przechodzą setki tubylców i turystów, Gianolli postanowiła dla rozpowszechnienia swojego wyrobu - wykorzystać most. po obu jego stronach powstały kawiarenki w których... częstowano kieliszkiem grappy. Przy wejściu na mosteczek i przy zejściu z mosteczka. Po drodze, w połowie mostu - na balkoniku widokowym - kieliszeczek na półmetek. Oczywiście można tam też zakupić trunek w butelkach... big_grin

        Wkrótce stało się to miejscową tradycją, ściągającą tłumy turystów, a sama grappa osiągnęła międzynarodową popularność, mimo, że nadal w smaku... paskudna. big_grin

        otóż mój Ojciec, rzeczoną grappę zakupił. Przywiózł to to do domu, sprosił gości i zaczął opowiadać historię wódki. Ojciec miał gadane, więc jego opowieść była długa i zabawna. W odpowiednich momentach - (no to Panowie - na mosteczek) - polewał grappę do kieliszków. Paskudne to było okrutnie, ale jakoś poszło. "Przeszliśmy" więc ten mosteczek, zgodnie z tradycją... po trzecim kieliszku, przy "zejściu" z mosteczka - większość Panów... odpadła... big_grin

        Męczyliśmy tą grappę trzy lata... nigdy, nikomu nie udało się wypić więcej, niż trzy kieliszki... big_grin

        Może opowiastka nie jest nostalgiczna, ale ja lubię wesołe, może i Wy się pośmiejecie. A dla mnie - wszystkie wspomnienia Ojca, mają wartość bezcenną - a że można Go wspominać tylko na wesoło, bo taki właśnie był... stąd ta historyjka mi do głowy przyszła... big_grin


        mosteczek w Bassano Del Grappa



        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/bb/sc/vyfr/ejymulWDtTP11NMhmB.jpg


        --
        FORUM W SWOIM RODZAJU JEDYNE,
        WYZYWAM WSZYSTKICH NA POJEDYNEK
        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/bb/sc/vyfr/GEQ2bM370oG11hsltX.jpg
        • hardy1 Re: NIETU, NIETERAZ 11.01.10, 23:34
          Aleś trafił "w czasie", Koguciku big_grin Właśnie przed świętami kupiłem
          po raz pierwszxy Grappę,; nie piłem jej nigdy. No i w święta
          poczęstowałem krewnych, włącznie z sobą...po pierwszym kieliszku
          wszyscy przerzucili się na kminkówkę big_grin W kolejne dni miaem trochę
          odwiedzin...każdemu zachwalałem grappę...rzetelnie uprzedzając że
          sam nie piję bo chcę aby dla gości starczyło suspicious
          No i...zostało tej grappy jeszcze trochę...mogę Tobie podesłać dla
          utrwalenia wspominek suspicious Wysyłać? big_grin
          --
          Hardy
          • kogucik.2972 Re: NIETU, NIETERAZ 11.01.10, 23:41
            dziękuję Ci bardzo... big_grin Ale na gościach wypróbuj, tak jak Ojciec - pierwszy kielonek jest paskudny... drugi wchodzi gładko... przy trzecim każdemu jest już wszystko jedno... big_grin

            Obraz gości po trzech kieliszkach - bezcenny... big_grin
            --
            FORUM W SWOIM RODZAJU JEDYNE,
            WYZYWAM WSZYSTKICH NA POJEDYNEK
            https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/bb/sc/vyfr/GEQ2bM370oG11hsltX.jpg
    • maja-z-podworka Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 18:12
      Witajcie Wszyscy smile Miło Was znowu zobaczyć smile

      Pisanie popieram. Byle było optymistyczne, z nostalgiczno -
      refleksyjną nutą, wyraźnie zarysowanym wątkiem komediowym i, przede
      wszystkim, z jedynie właściwym wydźwiękiem moralnym.
      Ważne jest też miejsce akcji - w sytuacji, gdy musi to być świat
      wirtualny zaznaczam, że satyra odpada - zbyt trudna do odróżnienia
      od literatury faktu, bo ta z kolei musialaby się okazać tragedią. Ze
      względów praktycznych nie polecam poezji (zapoznałam się z
      twórczością Podwórkowiczów nowoodkrywających swój talent - jestem...
      pod wrażeniem! druzgocącym! NIE USTAWAC W WYSIŁKACH - ćwiczenie
      czyni mistrza! Jednak planowane dzieło ma jak rozumiem powstać
      jeszcze za naszego życia. Ewentualne szybkie korki u AL i
      Krzysia....)

      Po przyjrzeniu się materialom pomocniczym z wątków pobocznych
      stwierdzam z przykrością, że sporo ciekawych tekstów podwórkowicze
      piszą do szufl....pod kamień, co doprawdy trudno zrozumieć (jeśli
      chodzi o zdanie ostatnie to jest to wersja klejna- poprzednie nie
      wytrzymały autocenzury).

      Hasło - Podwórko do pióra! jest godne poparcia. Osobiście
      mogę zapewnić właściwe oświetlenie miejsca pracy - bezcieniowa
      lampa, w trosce o zdrowe oczy smile.
      Off the record - wypowiadałam sie już kiedyś na temat powieści -
      najzupełniej poważnie jestem za.

      --
      http://www.palermoviejo.com/palermoviejo/gifs/emoticones6/139.gif Maja
      • hardy1 Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 19:47
        Ach, to tu jesteście?!
        A ja wracam wreszcie po wyjściu porannym, szukam, dziwię się iż
        nikogo nie ma...a tu dwa wątki na raz trzeba "obsługiwać"...

        Muszę odpocząć, wyjątkowo ciężki dzień miałem...i jeszcze kilka dni,
        na szczęście tylko kilka...
        O czym rozmawiacie? O jakimś pisaniu? Aaaa...to się chwali smile
        Piszcie, piszcie...jak napiszecie to sobie poczytam smile

        PS.Maju, tak długo Ciebie nie było że zacząłem się niepokoić...ale
        już jesteś smile
        Ptaku - spokojnych lotów i bezpiecznego powrotu smile

        --
        Hardy
        • maja-z-podworka Re: NIETU, NIETERAZ 12.01.10, 20:35
          Jestem, jestem...chociaż na krótko...i po przeczytaniu własnego
          postu widzę, że za szybko pisałam...Moja ocena tworczości poetyckiej
          Podwórkowiczow jest zdecydowanie niesprawiedliwa... zbyt surowa smile
          Pewnie to z zazdrości - bo czasem próbuję coś w rymach zmieścić ....
          spuśćmy na to zasłonę. Jednego jestem pewna- mojej poezji tu nigdy
          nie bedzie...Nie, że nie chcę....po prostu nie umiem smile. Kogucik
          wszystkich jakoś do rymowania natchnął, a ja choćbym nie wiem jak
          się wytężyła - nie zmogę tego! To jakiś defekt? Tak się
          zastanawiałam...są rymy częstochowskie...A jak nazywa się taki
          rodzaj wiersza, ale bez rymów? bialy wiersz częstochowski? No...To
          by było coś takiego....Ale co tam...czytać poezje lubię...Jednak
          przeciw powieści poetyckiej w naszym wyknaniu - protestuję smile
          --
          Maja
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 13.01.10, 13:27
      Piękny ten Twój wschód słońca Maseczko, ja zachwyciłam się niegdyś jego
      zachodem...podwójnym. Wracałam z Peloponezu, całą noc szalała niesamowita
      wichura i tego powodu samolot był zmuszony lecieć bardzo nisko, bez przerwy
      wpadał w powietrzne dziury, pasażerowie, obowiązkowo przypięci pasami trzymali
      się kurczowo poręczy, z zewnątrz dochodziły odgłosy jakby chrobotania i dzikich
      jęków. Stewardessy, sowicie obdzielając pasażerów szampanem, pokazywały twarze
      naznaczone sztucznym uśmiechem co raczej wzmagało ogólny niepokój. Nie mogłam na
      to spokojnie patrzeć, zerknęłam w okienko. Na pokrytym rozciągniętymi,
      pajęczynowymi chmurkami, przeraźliwie chabrowym niebie, zachodziło, pastelowym
      różem zamglone, słońce. Czegoś takiego nigdy jeszcze nie widziałam, tam, poza
      horyzont spływała najpiękniejsza, najbardziej zachwycająca ze wszystkich bajek.
      Widok ten pozwolił zapomnieć lęk. Po dwudziestu minutach odwołano obowiązek
      pasów, wichura ustała i samolot wzniósł się 3 kilometry w niebo. I stało się. Z
      powodu wyższego pułapu lotu powtórzył się zachód słońca. Powtórki nie są już
      zwykle zajmujące...ta była jeszcze piękniejsza.
      --
      AL
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 14.01.10, 21:01
      Za każdym razem, gdy klikam na ten wątek i spoglądam na rozmyty mgła most do
      niewiadomodzie, mam dziwną pewność, że ja już tam kiedyś byłam. Oczywiście nie
      na tym moście i nie w tej mgle, raczej w samej najgłębszej głębi wrażenia, gdy
      tam się jest. Wtedy, zanim zrozumiałam, że jest to niemożliwe, usiłowałam tylko
      przejść na drugą stronę. Starałam się poruszyć nogą lub ręką, pokonać opór
      czegoś w czym tkwiłam i nie zrażałam się tym, że każdy mozolny milimetr do
      przodu, właściwie mnie tylko od linii oddalał. Wszystko wokoło było tak
      strasznie czarne, geste, kleiste, czepialskie, zachłanne, nie chciało mnie
      puścić i nie dawało mi absolutnie nic, co zasługiwałoby na przelotną chociaż
      uwagę. A ja koniecznie chciałam przekroczyć granice, była tak blisko, na
      wyciągniecie ręki, o niczym innym nie byłam w stanie myśleć, tylko ta jedna myśl
      opanowała mnie całkowicie i sama w sobie była ona nieskończonością, gdyż
      zawierała dosłownie wszystko. Gdy zrozumiałam jednak, że tym razem na pewno nie
      uda mi się linii nawet dotknąć, postanowiłam skupić się na tym, aby we
      wspomnieniach zabrać jak najwięcej tego, co się poza nią znajdowało. Białe,
      jakby rozmigotane żółtawozłocistym poblaskiem wirujących drobinek (niczym pyl z
      motylich skrzydełek), światło. Ciepłe, bez początku i końca przeogromne,
      bezgranicznie rozkochane w najmniejszym nawet ziarnku piasku, czule i tak pełne
      czystego zachwytu, iż zdawało się, że przechodzi on we wszystkoobejmujący
      taniec. Pomimo że po drugiej stronie i unieruchomiona w czerni, czułam ten
      taniec całą sobą, byłam w nim i poza nim jednocześnie, dawałam się ukołysać w
      podziwie i w spokoju tak wielkim i tak bardzo we mnie skupionym, że w okruszynie
      chwili mogłam usłyszeć i pojąc każdą, od zarania niewypowiedzianą myśl. Powoli
      jednak, rytm tańca stawał się coraz to bardziej nieuchwytny, ostatkiem sił
      wyciągnęłam rękę, aby choć trochę z tego światła zatrzymać, chociaż jedno
      lśnienie ostatniej wirującej drobinki. Jeszcze chwil parę zamajaczył gdzieś
      daleko zamglony cień jasności. Pozostałam po czarnej stronie.
      To nie był sen.
      Dopiero po tygodniu, lekarz poinformował mnie, że do przejścia na drugą stronę
      mostu zabrakło mi paru sekund.

      --
      AL
      • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 19.01.10, 22:49
        Podczas mojego ostatniego urlopu odwiedziłam miejsce nierozłączne związane ze wspomnieniami dzieciństwa. Mała wioska, zda się zagubiona w głuszy Puszczy Rzepińskiej, z ciągle jeszcze wyboistymi, piaszczystymi drogami, z błotnistymi, rozdeptanymi przez kaczki podwórkami, ujadającymi psami niewiadomej rasy i ślisko omszałymi płotami. Jako dziecko spędzałam tam zwykle dwa tygodnie letnich wakacji, kilka razy Święta Bożego Narodzenia, mroźne i śniegiem opatulone, nigdy potem takich już nie było. Odwiedzałam moje kuzynki, które chętnie dzieliły się ze mną, "miastową", swoimi codziennymi obowiązkami. Potrafiłam, w moim pojęciu bez końca, grzmocić drewnianym tłuczkiem w dziwacznym pojemniku, aby potem naocznie się przekonać, że oto dokonałam cudu przemiany śmietany w masło. Z nie mniejszą cierpliwością czyściłam i nawlekałam na sznurki grzyby, w nieprzebranych ilościach znoszone z lasu tuż za pastwiskiem. Pastwisko było doskonałym placem zabaw, ale aby na nie się dostać trzeba było przejść po chybotliwej, niedbale przerzuconej przez dosyć głęboki strumyk, kładce. W tym miejscu przystawałam zwykle na parę minut i zbierając całą odwagę popatrywałam na rozkołysane, zielone cienie wodnych roślin, baraszkujące, metalicznie niebieskie ważki i drobniutkie, załamujące się na łodygach grążeli, fale. W strumyku mieszkała jedna, jedyna rybka. Starsza kuzynka wyjaśniła mi, że któregoś dnia, uciekając w swoim rodzinnym stawku przed atakiem bardzo złośliwych pijawek przeskoczyła ona niebywałą odległość dwustu metrów, wylądowała w strumyku i od tego czasu musiała żyć samotnie. Bardzo mi było rybki szkoda, sama na obczyźnie, mała i tak ślicznie błękitno błyszcząca. Nazwalam ją...Rybka Niezabudka. Z pozostałych trzech stron pastwisko ogrodzone było z rzadka wbitymi w ziemię kołkami, a w jednym rogu stał olbrzymi, o fantastycznie poskręcanych konarach, dąb, z jednego z nich zwieszała się huśtawka, czyli umocowana na grubej linie stara opona od traktora. Przewieszona przez oponę i kołysana tylko ciepłym wiatrem potrafiłam trwać tak aż do momentu, gdy coraz to bardziej chylące się ku horyzontowi słońce, zalewało całą okolicę czerwonawą poświatą, cienie wydłużały się, a zaraz potem, początkowo jakby nieśmiało, ze wszystkich gospodarstw zaczynały dochodzić do mnie odgłosy przedwieczornej krzątaniny; brzęk blaszanych wiader, szmer pompowanej wody, odgłosy zatrzaskiwanych drzwi, niecierpliwe gdakanie zaganianego do kurników drobiu, wesołe nawoływania, a czasem nagły płacz dziecka. Jednakże te wszystkie dźwięki nie wywoływały we mnie nadzwyczajnej reakcji, przysłuchiwałam się im tylko tak, jakbym słuchała opowieści, dopiero ledwie wyczuwalny, lekko kwaskowaty zapach strącał mnie dosłownie z mojego posterunku. Ciocia wyciągała właśnie z pieca chleb. Biegłam przez pastwisko najszybciej jak tylko potrafiłam, bez chwili wahania przeskakiwałam strumyk i w niebezpiecznej odległości mijałam dziób podwórkowego chuligana, indora Gniewnego, witana wyrozumiałym uśmiechem wpadałam do kuchni i osuwając się na krzesło nie mogłam oderwać oczu o olbrzymiego, okrągłego bochna. Wiedziałam jednak, że trzeba będzie jeszcze poczekać aż trochę wystygnie. Zwykle przeczekiwałam ten czas pomagając nakrywać do stołu i to też było czynnością niezwykle ciekawą, gdyż należało rozejrzeć się w spiżarni i podjąć ważne decyzje; jaki słoik z pasztetem wybrać, a może ściągnąć z haka pęto wędzonej kiełbasy, albo kawałek boczku ( wtedy nie byłam jeszcze wegetarianką ), jak nabierać z wielkiej kadzi akacjowy miód, aby nie pokleić sobie rąk i włosów, a może zrezygnować z tych wspaniałości, bo przecież ciepły, wiejski chleb najlepiej smakuje tylko z masłem.
        Podczas mojego ostatniego urlopu starałam się odszukać tamte wrażenia. Odwiedziłam miejsce w którym stał dąb, parokrotnie obeszłam pastwisko i wsłuchałam się w przedwieczorne dźwięki, nakryłam do stołu. Wszystko było inaczej. Jak cudownie, że mam wspomnienia.
        --
        AL
    • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 02.02.10, 13:04
      W moim życiu, coraz częściej przychodzą takie chwile, w których zastanawiam
      się nad sensem życia. Zawsze wtedy, kiedy ktoś bliski odszedł lub pojawia się
      obawa, że może odejść. Kolejna osoba, która jest mi bliska, którą kocham i która
      mnie kocha...
      Bo jeżeli nie ma Boga to dlaczego Natura obdarzyła tylko jeden gatunek
      świadomością bytu i zdolnością rozeznawania tego bytu w kategoriach moralnych i
      etycznych? Do czego potrzebna nam ta świadomość? Zwierzęta posiadające tylko
      instynkty żyją, mimo wszystko, mądrzej bo w zgodzie z naturą i nie rozpatrują
      niczego w tych kategoriach.
      Jaki jest więc sens poznawania i uczenia się świata? Gdzie w tym wszystkim
      jest człowiek jako jednostka, ze wszystkimi swoimi potrzebami, marzeniami i
      tęsknotami, których tak naprawdę nikt nie rozumie bo każdy z nas jest inny?
      Żyjemy w społeczeństwie, w otoczeniu tylu ludzi ale kto z tych ludzi zna tak do
      końca nasze myśli i nasze pragnienia? Po co nam zdolność mówienia jeżeli nie
      potrafimy wyrazić słowami wszystkiego o czym myślimy?
      Dlaczego jesteśmy zdolni do agresji, nienawiści i pogardy dla drugiego
      człowieka? Dlaczego ciągle rywalizujemy, porównujemy się, oceniamy i walczymy?
      Skąd to przekonanie, że " nie wszystek umrę"?
      Jakże to, "nie wszystek umrę"? Co mi po tym co zostawię po śmierci? Co mi po
      sławie, majątku, wykształceniu a nawet dzieciach? Przecież nie będzie to już
      miało DLA MNIE żadnego znaczenia?
      Dlaczego tak często zapominamy, że ponosimy odpowiedzialność również za
      innych, że nasze czyny mają wpływ na czyjeś życie? Dlaczego kłamiemy,
      oszukujemy, zadajemy ból nie zastanawiając się jakie to może spowodować
      konsekwencje?
      Cywilizacja, postęp, rozwój i życie w coraz szybszym tempie. I ten paradoks,
      że mamy do dyspozycji coraz więcej przedmiotów ułatwiających życie i coraz mniej
      czasu...czasu na ŻYCIE.
      --

      Karen
      • maja-z-podworka Re: NIETU, NIETERAZ 02.02.10, 21:12
        Karen....Nikt na świecie nie potrafi odpowiedzieć na te
        pytania....Nikt nie odpowie "wiem", może najwyżej
        powiedzieć "wierzę", ale to nie wszystkim wystarcza, bo człowiek
        dąży do odpowiedzi pewnych i precyzyjnych.
        Ludzie żyją obok siebie i wydaje się, że jedyne co można zrobić, to
        próbować pokonać dzielącą nas odległość. Możemy kochać, darzyć
        przyjaźnią, sympatią, czasem po prostu zrozumieć, starać się
        zrozumieć....Czasem jest to wysiłek jednostronny...czasem skazany na
        niepowodzenie..ale podejmowany wciąż na nowo sprawia, że pytania,
        które stawiasz, stają się mniej gorzkie. I może to jest jedyne, co
        możemy osiągnąć, ale to nie jest mało.

        Nie umiem napisać w tej vhwili nic więcej Karen, a juz na pewno nie
        tu. Kiedy odchodzi ktoś, kogo kochamy, filozofia nie ma nic do
        ofiarowania. Dać coś może człowiek - współczucie.... To może
        przekroczyć nawet barierę ekranu komputera. I mam nadzieję, że tak
        właśnie dzieje sie teraz.
        --
        Maja
        • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 02.02.10, 21:40
          Karen, bardzo mnie wzruszyłaś tym tekstem. Może dlatego, że każdy z nas nie jest wolny od takich myśli (ja oczywiście też), a rzeczywiście coraz częściej one przychodzą im więcej lat nam przybywa. Coraz bardziej zdajemy sobie sprawę z przemijania nie tylko czasu, ale i nas samych. Ale przydługie trwanie w takich rozważaniach przyczynia się raczej do powstania depresji, a przed tym zawsze się bronię, wolę patrzeć na wszystko przez różowe okulary i właściwie utożsamiam się ze słowami Einsteina -"Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: albo tak, jakby nic nie było cudem, albo tak, jakby cudem było wszystko."...no może nie wszystko, ale staram się dojrzeć cud chociażby w najmniejszym kwiatku...i zachwycić się nim, i w miarę możliwości ten zachwyt innym przekazać. Może te moje słowa pozwolą oderwać się Tobie choć na trochę od tego, co Ciebie w tej chwili nęka.

          --
          https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
          AL
          • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 03.02.10, 08:46
            To była potrzeba chwili ale te pytania towarzyszą mi przez całe życie. Wiem, że każdy powinien sam sobie na nie odpowiedzieć. Ale wiem też, że żadna wiara nie miałaby sensu gdyby przestać wierzyć w człowieka. Gdybym przestała wierzyć w człowieka to ten mój chwilowy "krzyk duszy" nie znalazłby się właśnie TU, na PODWÓRKU. Dziękuję smile


            Karen
      • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 13.05.11, 11:07
        Znalazłam w necie piękny wiersz z życzeniami i przypomniał
        mi się mój tekst pisany przed rokiem o "czasie na życie".
        Wkleję ten wiersz napisany chyba w 2009r, jego autorką jest "Betty" z
        "mojageneracja.pl/6046293/blog".



        Nie życzę Ci tego, czego ludzie nie mają,
        Życzę Ci tylko tego, czego nie znają.
        Życzę Ci czasu na śmiech i na radość,
        Życzę też czasu na drobną słabość.
        Życzę Ci czasu, tak tylko dla siebie.
        Byś nocą mogła szukać gwiazd gdzieś na niebie.
        Życzę Ci czasu byś nie czuła się winną,
        Byś mogła też czasem być inną.
        Nie tylko po to, by Twoj czas Ci przemijał,
        Lecz byś wzrastała i mogła się rozwijać.
        Byś mogła mieć czas na zdziwienie, na nowość,
        Czas na uczucia, na miłość, na młodość.
        Życzę Ci czasu byś mogła odnaleźć siebie,
        Byś mogła się poczuć raz, po prostu jak w niebie.
        Życzę Ci czasu byś mogła winę wybaczyć,
        Nowe życie znów zacząć, nową drogę wyznaczyć.
        Życzę Ci czasu byś nauczyła się fruwać,
        Każdy dzień i godzinę jako szczęście odczuwać.
        Życzę Ci czasu bez pośpiechu, powoli,
        Czasem, po prostu sobie na coś pozwolić.
        Życzę Ci czasu byś mogła w przyszłość zaglądać,
        A nie wciąż w pośpiechu na zegarek spoglądać
        Życzę Ci czasu, by pomarzyć, by śnić,
        Życzę Ci czasu, by po prostu móc Żyć.

        --
        https://i47.tinypic.com/2wqaekm.gif
    • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 26.02.10, 10:22
      Dziękować Tobie Boże nie przestaję,

      Za każdą chwilę przeżytą i przyszłą,

      Za każdą łzę, po której dajesz ukojenie,

      Za każdy ból, po którym dajesz uzdrowienie,

      Za każde podanie ręki, w którym jest moc pojednania,

      Za każdy uśmiech, którym chcę obdarzać innych,

      Za każdy oddech, w którym jest Twoje tchnienie.

      Z pokorą chylę przed Tobą czoło.

      Ja człowiek - Twoje dzieło,

      Które ciągle niszczę swą wolną wolą,

      A które Ty kochasz niezmiennie,

      I które ja próbuję zrozumieć.



      napisane kiedyś, wczesną wiosną a inspiracją był pierwszy krokus



      ( Jeżeli komuś z jakiś osobistych względów mój post wyda się niestosowny to
      proszę go usunąć. Przyjmę to ze zrozumieniem)
      --

      Karen
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 26.02.10, 16:58
      Wszędzie, gdzie jest człowiek są miejsca, które określa on jako szczególne. Takie jedno miejsce widzę codziennie, gdy wyglądam przez okno; Untersberg - masyw górski przez który przebiega granica dwóch państw. Jest tak blisko, że jego niespełna 2000m wydają się z tej odległości niebotyczne, podczas wyjątkowo przezroczych dni, szczególnie kiedy wieje halniak, widać wyraźnie stalowe liny kolejki transportującej turystów na szczyt.
      Sam masyw poprzecinany jest licznymi korytarzami i pieczarami, z których wiele niezbadanych jest do dziś i to właśnie z nimi związane są wiekowe legendy. Najstarsza z nich głosi, że w jednej z nich spoczywa Karol Wielki i czeka na swoje zmartwychwstanie. Budzi się jednak co sto lat, aby sprawdzić, czy kruki ciągle jeszcze latają ponad szczytem. Tak na dobre może się obudzić tylko wtedy, gdy żadnego z tych ptaków już nie dojrzy - jak na razie, za każdym razem musi kontynuować następne sto lat snu.
      Ponoć w niepoznanej głębi góry istnieje świat-odbicie najbliższej okolicy, zdarzało się, że niezorientowani turyści nie mogli własnym uszom uwierzyć, gdy podczas wędrówki dochodziły ich śpiewy spod skał, najczęściej w porze południowej mszy świętej. Natrafić też można na złośliwe gnomy pilnujące nieprzebranych skarbów, olbrzymie wiedźmy handlujące lubczykiem i innymi, nie mniej skutecznymi ziołami, jak również najnormalniejsze kozice górskie, a czasami zobaczyć cień skrzydeł, przelatującego wysoko, sępa płowego.
      Widoki są wspaniale, niezwykłe, już zawsze okoliczne ludy nadawały tej górze miano świetlistej, magicznej, cudownej i korzystały z uzdrawiającej mocy wód licznych strumieni i potoków.
      Dalai Lama uznał Untersberg za czakrę serca całej Europy. Być może dlatego, że słyszał także opowieści o niezwykłych fenomenach mających tu miejsce; o przeskokach czasu i miejscach w których ten czas się zatrzymuje. Przed laty głośno było o mężczyźnie, który zawędrował daleko w głąb pieczar, wydostał się na światło dzienne po około sześciu godzinach i przerażony nie mógł uwierzyć, że w tym czasie minęło ponad trzydzieści lat. Geolodzy, z całą powagą, tłumaczą te zjawiska specyficznym pęknięciem grzbietu górskiego.
      Mój znajomy, człowiek bardzo ciekawski, zawędrował kiedyś w to niezwykłe miejsce, tzw. Mittagsscharte, a jako że zmęczony był i słońce tak pięknie świeciło, uciął sobie krótką drzemkę. Obudził się w tym samym świecie w którym zasnął. Jedynie plecak zniknął i nie pojawił się do dziś.



      --
      https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 07.03.10, 11:01

      . Na bardzo malutkiej Bezludnej Wyspie, zagubionej nie wiadomo gdzie pośród bezimiennego oceanu, tuż na samym skraju końca świata, mieszkał Poniedzielnik. Sam nie wiedział skąd tu się wziął, ale raczej skłaniał się ku przekonaniu, że ktoś, bez powodu, wypchnął go z samolotu, albo w ramach odciążenia z uszkodzonego balonu, jako zbędny balast niejako i tym samym z powodu wyraźnie określonego. W każdym bądź razie zjawił się któregoś dnia na wysepce, a jako że w miarę upływu czasu zapomniał dane mu na chrzcie imię i aby podkreślić, że dzień ten był którymś tam po niedzieli, zaczął nazywać się Poniedzielnikiem. Początkowo miał nadzieję, że ocean wyrzuci na brzeg następnego rozbitka, lecz bardzo szybko zrozumiał, że dla dwóch osób wysepka jest zbyt ciasna; mierzyła zaledwie 100 kroków w obwodzie, rosły na niej tylko cztery palmy, parę krzaków rodzących żółte, jadalne jagody, z zagłębienia wielkości filiżanki biło malutkie źródełko dostarczające słodką wodę dokładnie dla tylko jednej osoby. Życie Poniedzielnika nie było łatwe i gdyby nie to, że latające ryby często przeceniały swoje możliwości i przeskakując wysepkę rozbijały się o pnie palm, a fale wyrzucały na brzeg jadalne wodorosty i tłuste małże, przymierałby głodem. Zbudował sobie nawet szałas z nanoszonych przez ocean gałęzi i pniaków, a z czasem zaopiekował się niewidomą żółwicą, która z wdzięczności znosiła mu codziennie tuzin świeżych jajek na śniadanie. Była to jedyna żywa istota dzieląca z nim ziemię i powietrze, bo nawet mewy nie zapuszczały się w tę okolicę beznadziei i skraju końca świata. A skraj był zupełnie niedaleko. Czasami, podczas wyjątkowo pogodnych nocy i pokrętnych wiatrów, słyszał huk, lejących się w przepaść nieskończoności, wód i drżał na samą myśl, żeś mogłyby pociągnąć ze sobą jego wysepkę. Dlatego zdecydował się któregoś dnia, tak na wszelki wypadek, oddawać im należną cześć; były silniejsze od niego, dostarczały mu pożywienia i, jak doszedł w końcu do wniosku, chroniły go przed spojrzeniami ciekawskich. Co siedem dni skrapiał więc głowę słoną wodą, odśpiewywał chrapliwym głosem pierwszą zwrotkę "Gdzie strumyk płynie z wolna..." i dla dopełnienia ceremonii, jak najdalej mógł, wrzucał w leniwe fale rozduszone, żółwie jajo. Zadowolony ze spełnionego obowiązku powracał uspokojony do codziennych zajęć, których zgoła nie miał wiele. Dwa lata potrzebował aby z palmowych włókien upleść coś w rodzaju workowatej sukmany, następne pięć poświecił budowie skomplikowanego falochronu z muszli i odnóży krabów, aby w końcu, ze zgrozą, zobaczyć jak jedna, burzliwa noc niweczy całą jego pracę. Od następnego dnia zaczął wrzucać do oceanu dwa jajka, a śpiewając bił się w pierś tak głośno, że wystraszona żółwica kurczyła się pod swoją skorupą i coraz częściej dostawała ataków astmy. Lata mijały i Poniedzielnik pogodził się już zupełnie, że do końca życia pozostanie na swojej wysepce. Zresztą od czasu, gdy jego coraz dłuższa broda wypełniła wszystkie wolne przestrzenie, było mu na niej coraz wygodniej, w każdej chwili i byle gdzie mógł się położyć i było mu miękko. Pocieszał się też myślą, że gdy już na zawsze zamknie oczy, zamieni się w falę, połączy z oceanem i popłynie wraz z nim w wodospadzie wieczności.

      A gdy niedaleko wysepki przycumował w końcu jacht, który tylko przez przypadek otarł się o te strony, wziął go za bezczelny przejaw szatańskiego kuszenia i przegnał, zainteresowanych jego losem, żeglarzy kłapiąc w ich kierunku pożółkłymi zębami.



      --
      https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
      • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 08.03.10, 11:14
        Jestem


        A jeżeli dane mi jest być tylko na chwilę?

        Nic to...będę więc jak tęcza,

        która rozświetla niebo w czas deszczu,

        karmiąca oczy widokiem

        ale i nadzieję na pogodę dająca.

        I nawet kiedy zniknie

        to w pamięci zostanie...

        Więc jeśli tylko na chwilę,

        to nie na fotografie

        ale w niebo spójrz, kiedy znów będzie tęcza...

        --

        Karen
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 03.05.10, 19:30
      Jorus szedł powoli, przystając co pewien czas i wstrzymując oddech wsłuchiwał się w ciemność. Poprawił, uwierający biodra, gruby sznur, poluzował nieco węzeł i puścił go z westchnieniem ulgi na chropawą materię habitu. Za dnia nigdy by sobie na to nie pozwolił i nawet teraz, w ciemnościach, odczuwał z tego powodu wyrzuty sumienia, ale chodził już tak od pięciu godzin i zmęczenie dawało mu się coraz bardziej we znaki. Oczy, nadwyrężone wpatrywaniem w nieprzeniknioną czerń, łzawiły i piekły, bose stopy przejęły całe zimno posadzki, podchodziło już ono pod kolana i manifestowało się regularnymi skurczami łydek, każdy krok był męczarnią. A przecież musiał uważać, nie mógł pozwolić sobie choćby na najmniejszą chwilę odprężenia, gdyż mogłaby okazać się fatalną w skutkach. Wodząc, dla lepszej orientacji, palcem po ścianie, posunął się naprzód, nagle znieruchomiał. Znajome, ledwo wyczuwalne zgrubienie na gładkiej powierzchni, dotykał go setki, tysiące razy, zawsze z niewyobrażalną bojaźnią bowiem wiedział, że tylko krok dalej znajdowały się drzwi do Przybytku, a w nim najcenniejsze co posiadali, cudowna Relikwia Zbawiciela. Opadł na kolana i i szorując je do krwi posuwał się wzdłuż niewidocznych drzwi, słowa modlitwy szeptał tak cicho, że słowa zdawały się zapadać bezszelestnie w grubych fałdach habitu.
      "Panie, oto chylę głowę przed Twoją wielkością. Posyp ją popiołem i zrównaj z prochem ziemi, bom niegodny być nawet śladem w pyle przed Twoimi drzwiami. Ale jeżeli taka wola Twoja, to pobłogosław mi na wieki"
      Z przejęcia nie czuł bólu pękającej skóry, po raz dwudziesty tej nocy dusza śpiewała w nim pieśń dziękczynną, bo dokładnie tyle razy przeczołgał się obok drzwi i ciągle jeszcze był sobą, nie rozpadł się ani w nicość, ani w pył, jak to niedawno wydarzyło się z bratem Jarubisem. Co prawda nikt nie zobaczył tych resztek po nędzniku (musiał nim być, jeżeli Pan taki los mu zgotował), gdyż Świątobliwy Przeor, jeszcze przed porannym Zborem, rozrzucił je osobiście na cztery strony świata i pod karą potępienia wszechświatnego, zakazał, na wieki wieków, wymawiać jego imię. Na wspomnienie tego dnia, po plecach Jorusa przeleciały zimne ciarki i strach znowu pochwycił go za włosy, tym bardziej, że w czerni, gdzieś naprzeciwko, coś zachrobotało ledwo dosłyszalnie. Wstrzymał oddech i w myślach przeklinał własne serce, które zaczęło dudnić tak głośno, że nie pozwalało mu zlokalizować niespodziewanego dźwięku. Lecz w momencie, gdy zdecydowany już był podnieść alarm i ostrzec wszystkich mieszkańców klasztoru przed śmiertelnym niebezpieczeństwem, chrobot zamienił się w lekkie skrzypienie i tuż obok niego pojawiła się smuga bladego światła, ktoś otwierał drzwi sali Zboru. Ciągle jeszcze osłabiony z przerażenia zrozumiał, że noc, a tym samym jego dyżur dobiegł końca, że zaraz usłyszy krzepiące słowa porannego kazania. Jeszcze na rozdygotanych strachem nogach wsunął się do sali i nie patrząc na zgromadzonych; siostry i braci, wzniósł oczy ku stojącemu na Skrzyni przeorowi, a ten, jak każdego ranka i od niepamiętnych czasów rozpoczął od słów:
      - Na początku był Koniec Świata.....
      Jorus nie skupiał się na treści kazania, słyszał je już tyle razy i znał na pamięć, wolał wyobrażać sobie te odległe czasy, tuż po Końcu Świata, gdy pierwsi ludzie wyszli z jam i zaczęli się rozmnażać, gdy nauczyli się rozpalać ogień, wyrabiać tkaniny i chwalić Pana, a ten, w swojej łasce, darował im za to klasztory, aby mieli gdzie mieszkać i byli w miarę bezpieczni przed atakami krwiożerczych kretów. Te wstrętne kreatury potrafiły wyskoczyć niespodziewanie spod ziemi, wyssać krew swojej ofierze, odgryźć głowę, a nawet porwać w całości w Bezpowrotny Tunel. W stosunku do grzeszników były szczególnie zawzięte i chodziły słuchy, że tak naprawdę Jarubis nie rozsypał się w pył, lecz podczas nocnego obchodu został porwany przez kreta. Jorus skłonny był nawet w to uwierzyć, gdyż niejednokrotnie nakładał sam na siebie pokutę za to, że po dyskusjach z Jarubisem zdarzało mu się nieopatrznie zastanawiać nad prawdami, co do których nikt nigdy nie powinien był mieć wątpliwości.
      Chociażby takie krety.
      Pomimo że nikt ich nigdy nie widział, to wszyscy jednak o nich wiedzieli, nawet fragment porannego kazania dokładnie je opisywał, a poza tym wiadomym jest, że nikt nie boi się czegoś, co nie istnieje. Zresztą najstarsi bracia potwierdzali opowieść zasłyszaną w czasach ich dzieciństwa, że sąsiedni klasztor zapadł się niespodziewanie sam w sobie, a cóż innego mogło być tego przyczyną, jak nie podkopy czynione przez krety. Uratowała się wtedy tylko jedna siostra i co najważniejsze, strzeżona przez nią cudowna Relikwia Zbawiciela. Niestety, relikwia nie wytrzymała katastrofy i przestała pokazywać Znaki Nieba, chociaż wierni nadal, w Dniu Kwitnienia, obnosili ją w uroczystych procesjach po polach, a potem powtarzali to tuż po zbiorach, w Dniu Obumierania i zawsze w nadziei, że gdy Świątobliwy Przeor popuka w nią palcem i wzniesie ku niebu, pokaże się na niej Cud Słońca, dziwne, magiczne, dla nikogo niezrozumiałe znaki. Sam fakt, że pokazywały się tylko pod wpływem światłości świadczyło o tym, że pochodziły bezpośrednio od Pana i były jego posłannictwem w celu ratowania grzesznych dusz.
      Jorus znowu poprawił uwierający biodra sznur i aż zadrżał pod ciężarem karcącego spojrzenia przeora, spuścił głowę i wsłuchał się z pokorą w grzmiące słowa.
      -....albowiem nie dostąpią oni Przeistoczenia i na wieki ugrzęzną w smole Bezpowrotnego Tunelu, a imię ich wymazane będzie na wieki i przeklęte na wysokościach. Countdown !
      - Countdown - przytaknęli wszyscy z należytym szacunkiem
      Ponownie zaskrzypiały drzwi i Jorus, unikając spojrzenia przeora, wybiegł czym prędzej na oszczędnie, świecami oświetlony korytarz, jako pierwszy dotarł do pochylni i sapiąc z każdym krokiem coraz głośniej, wydostał się na powierzchnię klasztoru. Gwałtownie przysłonił ręką oczy, gdyż poranne słońce wręcz go oślepiło i dopiero po paru chwilach, ciągle jeszcze je mrużąc, rozejrzał się po okolicy. Już na pierwszy rzut oka rozpoznał, że w ciągnącym się aż po samą dżunglę polu kukurydzy, nie było śladów zniszczenia, poczuł wielką wdzięczność, gdyż zrozumiał, że Opatrzność czuwała nad nim i nad jego wynalazkiem....


      --
      https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
      • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 03.05.10, 19:39
        Wynalazek nie był sam w sobie nadzwyczajny, a jego pomysł narodził się niespodziewanie w głowie Jorusa podczas połowu ryb. Był jak olśnienie, spłynęła na niego łaska pańska, lecz mimo to, przeor spoglądał krzywym okiem, gdy z niejakim trudem zdołał namówić parunastu krzepkich braci, aby razem przekopać kanał i w ten sposób napełnić naturalną nieckę, po lewej stronie pól, wodą z pobliskiej rzeki. Dzikie barany nie potrafiły pływać, ze względu na swoje ogromne cielska nie były w stanie przedrzeć się przez gęstą dżunglę - pola, warzywniaki i sady były w ten sposób chronione ze wszystkich stron. Jorusa rozpierała grzeszna duma, gdyż zdawał sobie sprawę, że dzięki niemu uda się zgromadzić wystarczające zapasy żywności nie tylko na użytek własny, ale także pomóc nadwyżką klasztorom sąsiednim. Co prawda, w bezpośrednim sąsiedztwie znajdowały się tylko dwa, ale przeor niejednokrotnie opowiadał, że za Wielką Przepaścią musi ich być znacznie więcej, gdyż zamiarem Zbawiciela musiało być podklasztorowanie całej ziemi, inaczej w ogóle nie nastąpiłby początek Końca Świata.
        Od niego bowiem wszystko się zaczęło, od tej pierwszej chwili, gdy powstał czas, a pierwszy brat wygrzebał z jamy siebie i pierwszą siostrę .
        Świat był wtedy jeszcze półpusty, zryty siłami tworzenia, rozgrzany ich oddechem, ziemia pociła się brązowymi, maziowatymi kałużami i dygotała pod stopami w niekończących się, konwulsyjnych dreszczach. Dopiero pierwszy deszcz wygładził nieco jej oblicze, a niedługo potem, nieobliczalna dżungla zaczęła rozrastać się w zastraszającym tempie, zachłannie zapełniać wszystkie puste miejsca tak bardzo, że zmusiła ludzi do ustawicznej z nią walki. Trzeba przyznać, że na początku dostarczała także pożywienia; owoce, jaja zamieszkujących ją ptaków, czasami uwięziony w gęstych lianach baran, który ku uciesze wszystkich lądował w ognisku i zamieniał posiłek w radosną ucztę przerywaną naprędce tworzoną pieśnią, lub pierwszym, prostym kazaniem głoszonym przez kogokolwiek, gdyż w tamtych czasach nie było jeszcze przeorów. Wraz z pomysłem siania kukurydzy, rozpoczęło się w piątym pokoleniu karczowanie dżungli i okazało się zadaniem prawie ponad siły. Ostre i twarde baranie rogi tępiły się nadzwyczaj szybko, łamały się na dziwacznie poskręcanych korzeniach, niektóre z nich rozpadały się w brązowy pył inne zaś, przekłuwając na wylot ogromne kamienie, ginęły głęboko w ziemi i już wtedy zaczęto się zastanawiać, czy nie łączą jej z Bezpowrotnym Tunelem. Ciężka praca opłaciła się jednak podwójnie; obszar siewów powiększał się, a pewnego dnia stał się cud, gdyż paru braci dokopało się pierwszego klasztoru. Jeden z nich zapadł się nagle pod ziemię i zginał śmiercią męczennika, ale ci, którzy chcieli go ratować odkryli pochylnię i idąc w dół dotarli do korytarzy, pomieszczeń, a także do Przybytku, świętego miejsca, którego jedna ściana w cudowny sposób powielała wszystko, cokolwiek się w nim znajdowało. Wszystkie pomieszczenia pełne były szczątków Końca Świata, szorstkiego kurzu i rozpadających się pod najlżejszym dotknięciem, pęków cienkich lian. I właśnie w tym dniu, jak głosiło, przekazywane z pokolenia na pokolenie, kazanie, w jednym z korytarzy objawiła się Relikwia Zbawiciela.
        Relikwia była płaska, z jednej strony opatrzona małymi wzniesieniami i niewielka, tak, że z łatwością mieściła się w dłoni, w niczym nie przypominała czegokolwiek na świecie, dlatego musiała pochodzić z innego. Brat, który jako pierwszy ją dotknął doznał Cudownego Olśnienia i nieziemsko nawiedzony rozpoczął prawdziwe kazanie, co nakazało wszystkim uznać go za przeora. To właśnie on zadecydował, aby zamieszkać w klasztorze, gdzie byli bezpieczni przed dzikimi zwierzętami, deszczem i gromami z nieba, a gdy nadszedł jego czas, przekazał swoje Olśnienie najstarszemu synowi, a ten swojemu i w ten sposób, już na zawsze, Zgromadzenie miało nawiedzonego, wszystkowiedzącego mędrca. Co prawda, w ostatnich czasach, i szczególnie po tym, gdy relikwia przestała pokazywać Znaki Nieba, a jeden z klasztorów zapadł się sam w sobie, zaczęło pojawiać się zwątpienie w prawdziwość niektórych nauk. Siostra Jantara zaczęła zastanawiać się któregoś dnia, czy rzeczywiście to Pan stworzył dla człowieka klasztory, bo gdyby były one dziełem Najwyższego, to nie mogłyby być takie nietrwałe. Przeor tłumaczył początkowo, że nikt inny nie mógł ich stworzyć, bo przed Końcem Świata istniała tylko pustka zmieszana z grzmotem i ogniem, ale gdy Jantara nie dała się przekonać wystawił ją na pośmiewisko, a po wychłostaniu do krwi skazał na wieczyste wygnanie. Nikt nie stanął w jej obronie, gdyż równałoby to się z grzechem śmiertelnym, ale coraz to więcej braci i sióstr dostrzegało w otaczającym ich świecie rzeczy, których nie dało się wytłumaczyć prawdami nauki, wręcz przeciwnie, zdawało się im zaprzeczać. Grzmoty z nieba uderzały tak samo w miejsca nieczyste jak i święte, choroby gnębiły wszystkich i nie pomijały rodu przeorów, pomimo że z racji ich pozycji, przysługiwała im wyjątkowa opieka pańska, żadna modlitwa w intencji ochrony pól uprawnych nie odniosła skutku i coraz większe stada dzikich baranów niszczyły plony. Jednakże nie każdy ośmielał się o tym mówić, gdyż zawsze znalazł się ktoś, kto chętnie doniósł przeorowi, chociażby po to, aby rodzina otrzymała nieco większy przydział kukurydzy, lub odsunąć podejrzenia od własnej osoby, a nawet dostąpić zaszczytu i awansować na dygnitarza, co już parokrotnie się zdarzyło. Dygnitarzami byli wszyscy z rodu przeora, gdyż już od dnia narodzin mieli w sobie część Olśnienia, dlatego też zabronione im było kalanie rąk pracą, każda z rodzin posiadała celę tylko dla siebie, tylko oni nosili przy sobie kolczaste rózgi do chłostania bluźnierców i tylko oni potrafili, niezrozumiałymi dla zwykłych ludzi, świętym słowami, wypowiedzieć nad głową winowajcy straszliwą klątwę grozy. Chłosty, wygnania i całkowite odmowy przyznania racji żywnościowych, co było jednoznaczne z karą śmierci głodowej, mnożyły się szczególnie w okresach katastrofalnych plonów i jak to często przeor podkreślał, były miłosierną wolą Pana, gdyż zapobiegały przeludnieniu i umożliwiały Zgromadzeniu trwanie w stanie łaski.
        Jorus nie zgadzał się z tym. Dobrze pamiętał ropiejące rany swojego, wychłostanego przez jednego z dygnitarzy, najstarszego brata. Juster odchodził z tego świata w straszliwych męczarniach, tylko dlatego, że ujął się za bluźniercą, który w jego mniemaniu nie zrobił nic złego. Najgorsze, że jako grzesznik nie zasługiwał na Przeistoczenie i przez to skazany był na wieczne potępienie w Bezpowrotnym Tunelu.
        Przerażone głosy braci i sióstr wyrwały Jorusa z głębokiego zamyślenia. Spojrzał tak jak i inni do góry i znieruchomiał ze strachu
        Po niebie płynęła ogromna kula.



        --
        https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
        AL
        • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 03.05.10, 19:54
          Pod kulą, na lianach, zawieszona była obszerna skrzynia i nawet z tej odległości można było rozpoznać, że siedzą w niej trzy osoby. I osoby te znajdowały się wysoko w powietrzu...leciały! Jorus przypomniał sobie jak w czasach dzieciństwa słyszał opowiadania siostry-matki, że dawno, dawno temu, ludzie, uwięzieni w twardych skorupach, wzbijali się w niebo, niekiedy tak wysoko, że gubili się wśród gwiazd. Oczywiście była to tylko bajka, gdyż dopiero wraz z Końcem Świata ludzie wyszli z jam, a wiadomo jest, że pod ziemią można się czołgać i ryć, ale nigdy latać. Przerażone głosy połączyły się w jeden jęk rozpaczy, gdyż oto kula zaczęła opuszczać się z wolna tak, jakby chciała wszystkich zmiażdżyć. Większość braci i sióstr padła przed potworem na twarz, inni, osłupiali z przerażenia, spoglądali w kierunku przeora, który wyciągnąwszy w kierunku kuli Relikwię Zbawiciela, szeptał zduszonym głosem Prawdy Pańskie i w ten sposób usiłował przekląć ją na wieki. Ta jednak, nie dość że opuszczała się coraz niżej, to na domiar złego zaczęła sypać ludziom pisakiem w oczy, prawdopodobnie by ich oślepić lub zaczarować. Jednakże w momencie, gdy skrzynia dotknęła ziemi, nawet przeor opadł na kolana i pokornie pochylił głowę przed nieznaną mocą. Zapanowała dziwna, trwożna cisza, nikt nie ośmielał się spojrzeć w kierunku zjawiska, lecz parę chwil potem, od strony skrzyni dobiegły ożywione głosy i jako pierwszy wyskoczył z niej....Jarubis. Wyglądał zupełnie inaczej niż kiedyś; miał krótkie włosy, habit tylko do kolan, nogi owinięte w dodatkowe, wąskie habity, a do stóp, przy pomocy lian, przymocowane dziwne deszczułki. Natychmiast rozpoznał Jorusa, podbiegł do niego i śmiejąc się głośno zmusił go aby podniósł się z kolan.
          - Wróciłem - zawołał - Ludzie, nie bójcie się, nic wam nie grozi. To ja, przecież mnie jeszcze pamiętacie, urodziłem się wśród was, a ci dwaj są moimi przyjaciółmi.
          Wszyscy, początkowo z oporami, potem już nieco odważniej popodnosili się z kolan, niektórzy zbliżali się lękliwie do skrzyni, inni dotykali Jarubisa, a szczególnie jego habity na nogach, gdyż do tej pory nikt czegoś podobnego nie widział, ten zaś śmiał się coraz głośniej, okręcał na wszystkie strony, aby się lepiej pokazać i ułatwić dotyk. Jego dwaj towarzysze wydobyli z pakunków, przywiązanych do pleców, błyszczące kulki zawieszone na cienkich lianach i zaczęli rozdawać je siostrom, które jednakże nie wiedziały co z takimi podarkami począć, lecz poczuwały się do wdzięczności i w związku z tym ustawiły przed przybyszami kocioł kukurydzianej zupy i tykwy ze świeżą wodą. Wszyscy rozsiedli się wokół nich i cudownej kuli, pomimo niepewności i resztek strachu na twarzach spodziewano się usłyszeć niezwykłe wiadomości. Jarubis, nie zwracając uwagi na parujący kocioł, łyknął nieco wody i wskazując ręką pola, dżunglę i przestworza odezwał się donośnym głosem, tak aby słyszał go także, siedzący nieco na uboczu, ród przeora.
          - Drodzy siostry i bracia, jak wiecie odszedłem stąd w poszukiwaniu prawdy, gdyż wiele w naszym tu życiu było dla mnie niejasne. Wędrowałem bardzo długo, gdyż świat jest ogromny, pokonałem Wielką Przepaść i już zaczynałem wątpić, że oprócz nas są inni ludzie, ale któregoś dnia trafiłem na wydeptaną ścieżkę, która zaprowadziła mnie do innych. Ci ludzie żyją tam lepiej niż my, nie mają klasztorów, więc mieszkają na powierzchni, w celach zbudowanych z kamieni i drewna, nie głodują, gdyż mają wiele pól, których dobrze pilnują przed dzikimi zwierzętami, potrafią latać przy pomocy kul, przez co poznali dużo świata i także odnaleźli innych ludzi. Nie jesteśmy sami, inni przyrzekli nam pomóc i podzielić się z nami swoją wiedzą. Jeżeli połączymy się z nimi, to czeka nas wspaniałe życie, lepsze, zamieszkamy tak jak oni na powierzchni, przestaniemy się bać Bezpowrotnego Tunelu, którego nigdy nie było...
          Wśród zebranych zabrzmiały zdumione, pełne obaw głosy....
          Jorus, w bezgranicznym zdumieniu, otworzył szeroko usta i zapomniał je zamknąć. Jak to, jeżeli Bezpowrotny Tunel nigdy nie istniał, to dlaczego ród przeora zawsze z takim przekonaniem opowiadał o nim w kazaniach? Czyżby to oznaczało, że wszyscy odchodzący z tego świata doznawali Przeistoczenia bez względu na to, czy byli bluźniercami, czy też przestrzegającymi prawo? To było niepojęte, niewyobrażalne i napawało dziwnym, przytłaczającym lękiem. Lęk ten odczuwał każdy, gdyż wyraz twarzy Jarubisa zdradzał, że nie był to koniec niesamowitych wiadomości. Przeor wpatrywał się w niego z wyraźnym napięciem, nos i policzki mu poczerwieniały, na skroniach wystąpiły grube zygzaki żył, kurczowo zaciskał pieści i wyglądał jak szykujący się do ataku dziki baran. Jakiś brat-dziecko zawołał głośno; oooooo, i znowu zapanowała pełna oczekiwania cisza.
          - I wierzcie mi - ciągnął dalej Jarubis - inni wiedzą także, co się działo przed Końcem Świata...jego też właściwie nie było. Było za to ogromne nieszczęście, które w jednej chwili zatrzęsło posadami świata i wywróciło go do góry nogami, zniszczyło prawie wszystkich ludzi i prawie wszystko, co stworzyli. Zostały po nich podziemne klasztory, wielka ilość bezładnych kopców kamieni i pamięć w głowach mędrców. Ci przekazują wiedzę z pokolenia na pokolenie nie tylko w słowie, ale także w znakach umieszczanych na płachtach. Nawet dzieci innych potrafią te znaki rozpoznać, dlatego pamięć jest u nich zawsze ta sama i niezmienna, wiedza zaś wzrasta i pozwala tworzyć coraz to lepsze ułatwienia życia. Tam, za Wielką Przepaścią widziałem rzeczy, które dla każdego z was wydałyby się cudem, a przecież są tylko wymysłem człowieka, chociażby te kule, którymi można latać daleko, niczym ptak i wypatrywać jeszcze innych, ocalonych z nieszczęścia. Nie zostaliśmy stworzeni w ziemi, aby potem wyjść z jam na świat, my tą ziemią zostaliśmy przysypani przez co powstało przekleństwo zapomnienia i skrzywionej prawdy. Teraz jednak, przy pomocy nowych braci, odrodzimy się i rozpoznamy w sobie tych, którymi byliśmy.
          Jarubis zamilkł nagle, gdyż z grupy wokół przeora podniósł się groźny pomruk. On sam przyskoczył do skrzyni i szarpiąc ją gwałtownie zaczął wykrzykiwać nad nią najstraszliwsze klątwy.
          - Zgiń w otchłani potworze bluźnierców! Przepadnij na wieki! Niech grom Zbawiciela spopieli na wieki ciebie i tych tu grzeszników!
          Uniósł swoją kolczastą rózgę i bez opamiętania zaczął chłostać przybyszów, którzy zaskoczeni atakiem, nawet nie próbowali się uchylać. Jorus, oszołomiony, spoglądał na widowisko, w głowie mu huczało, czuł się tak, jakby stracił życie, jakby go nigdy nie miał, bo nie było po co żyć, ani teraz, ani dla Przeistoczenia, targała nim rozpacz i niezrozumiała wściekłość. Zerwał się na równe nogi i nie zwracając uwagi na chóralny okrzyk grozy, wytrącił z ręki przeora zakrwawioną rózgę, po czym z całej siły pchnął w gromadę, wzburzonych jego grzesznym czynem, krewnych.
          - Koniec waszego panowania! - wrzasnął w ich kierunku - Ci ludzie przynieśli nam inną prawdę. Po stokroć lepszą. Wierzę im, a nie waszym fałszywym świętościom, wam dały wygodne życie, lecz pozostałym zabraniały myśleć i skazywały na śmierć. Dość tego! Wasza moc nie ma już siły!
          - Nie ma?! - odkrzyknął szyderczo przeor wyciągając przed siebie Relikwię Zbawiciela - Grzeszniku, jeszcze chwila, a potępię cię za życia i tych obcych też. Zapominasz, że jestem przeorem, wykonawcą woli Pana. Na twarz bluźniercy, albowiem wasz czas jest wymierzony! Na twarz, powiadam!
          I obracając się na wszystkie strony, triumfalnie potrząsał relikwią ponad głowami przerażonego ludu, Jorusowi ugięły się kolana, a głowa sama chyliła się w pokorze przed wielkością pańską.
          Głośny śmiech Jarubisa przerwał błagalne mamrotanie o łaskę. Ku nieopisanemu zdumieniu wszystkich, wyciągnął nie wiadomo skąd drugą, taką samą relikwię.
          - Ludzie - zawołał - to żadna relikwia, żadna cudowna świętość, to jest coś, co posiadali wszyscy nasi przodkowie.
          Nazywali to....kalkulator...



          --
          https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
          AL
          • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 10.05.10, 23:30
            Jeszcze w czasach szkoły podstawowej moim ulubionym miejscem była ławeczka na trawniku otaczającym stare boisko. Stała pod rozłożystą jabłonią, której niedojrzałe owoce opadały w większej części już na początku września, a pozostałe, małe, cierpkie i twarde jak kamienie w ogóle nie nadawały się do jedzenia. Życie pod jabłonką zaczynało się tak naprawdę na samym początku wiosny, gdy bezwstydnie obsypywała się tak nieprzebraną ilością kwiatów, że osoby siedzące na ławeczce zdawały się być owiane różowawą poświatą. Między konarami brzęczały oszalałe z radości nadmiaru pszczoły, stary woźny postukiwał coś przy ogrodzeniu, chłopcy grali gdzieś z boku w noża, a my, trzy podlotki, snułyśmy rozmowy, których już nie pamiętam, a które wtedy wydawały mi się najważniejszymi na świecie. Te nasze pogaduszki nazywałyśmy "zbieraniem gruszek pod jabłonią", takie tajemnicze hasło, które pozwalało nam patrzeć z góry na nic nie rozumiejących graczy w noża. Wtedy myślałyśmy, że już na zawsze będzie to nasze miejsce dzielenia się tajemnicami wieku dziewczęcego, że nic w świecie nie jest w stanie nas rozdzielić. A jednak każdą z nas poszła w inną stronę, można powiedzieć, że rozsypałyśmy się po świecie. Nie ma też naszej ławeczki, boiska i jabłonki....a jednak w jakiś sposób nadal to istnieje, dzisiaj sobie przypomniałam....


            --
            https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
            AL
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 22.11.10, 22:04
      Obiecałeś przybyć,
      stanąć na mojej wycieraczce,
      spodziewałam się usłyszeć twój głos,
      wystarczyło słowo,
      którego nigdy nie wypowiedziałeś,
      nie mogłeś,
      nie chciałeś,
      wsłuchany w rozwrzeszczane wróble....

      --
      https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • al-szamanka Re: NIETU, NIETERAZ 30.11.10, 19:03
      Jako pięcioipółlatka bardzo pragnęłam zostać księżniczką, taką zupełnie podobna do tych z bajek czytanych mi przez Mamę, albo samodzielnie, gdyż wcześnie opanowałam sztukę czytania nie tylko po polsku, ale także po rosyjsku ( w domu mieliśmy, piękny, kolorowy, rosyjski elementarz). Często pomijałam bajki, gdy opis księżniczki nie odpowiadał moim wyobrażeniom. Moja była zawsze smukła jak brzoza, miała włosy koloru lnu, oczy jak błękit nieba, usta jak maliny i ząbki jak perełki. Czasami, Mama, drocząc się ze mną, udawała pomyłkę i zaczynała od włosów opowiadając, że są czarne jak skrzydło kruka. Protestowałam, poprawiałam szybko, raz nawet rozpłakałam się rzewnie, bo tak przejęta byłam fałszywym opisem. Zwykle jednak, chórem na dwa głosy, skandowałyśmy zgodnie wszystkie przymioty tak jak się należy i byłam szczęśliwa.
      Wkrótce nadarzyła się sposobność abym i ja, chociaż raz w życiu, mogła poczuć się jak postać z bajki. Pani w przedszkolu zechciała dowiedzieć się za kogo przebiorą się dzieci na karnawałowy bal. Chłopcom marzył się strój Robin Hooda, cowboya, strażaka, policjanta i pirata. Wszystkie dziewczynki pragnęły być księżniczkami, ja oczywiście też. Ogłosiłam to w domu i z niecierpliwością oczekiwałam na bal i miałam nadzieję, że jako najpiękniejsza zostanę uhonorowana zaproszeniem do środka kółka. Środek kółka to było coś, prawdziwy zaszczyt, nie każdy mógł tego doświadczyć. Jakaż była moja rozpacz, gdy w ten ważny dzień, zamiast długiej sukni i korony, moja Mama wyciągnęła z szafy strój... czerwonego kapturka. Szyła go ręcznie nocami, miała przyczerwienione ze zmęczenia oczy i pokłute palce, ale ja tego nie widziałam, płakałam pół dnia i ledwie dałam się wcisnąć w czerwona, aksamitna spódniczkę, kubraczek i fantazyjny kapturek, do którego przymocowane były dwa grube warkocze z anielskiego włosia. Szczytem wszystkiego był malutki koszyczek wypełniony lukrowanymi piernikami. Ogłosiłam, że takiego ciężaru nosić ze sobą nie będę, do ręki wzięłam go dopiero na progu przedszkola chociaż długo się opierałam, żeby w ogóle ściągnąć płaszcz i pokazać się w moim straszliwym stroju. W końcu stanęłam w jakimś kącie, zła i zawstydzona, bałam się spojrzeć na koleżanki, aby nie wyczytać w ich twarzach jawnego śmiechu.
      Zabawa rozpoczęła się nagle. Wszystkie dzieci chwyciły się za ręce, zawirował krąg tylko księżniczek i tylko policjantów. Czerwony kapturek był jeden. I jednogłośnie został wybrany do środka kółka. Nie wierzyłam własnym oczom. Drżałam ze szczęścia i jeszcze z jakiegoś innego, nieznanego mi do tej pory uczucia. Rozejrzałam się i w grupce rodziców dostrzegłam postać mojej Mamy, jej twarz promieniała.
      I wtedy zrozumiałam.
      --
      https://i46.tinypic.com/117wpyd.jpg
      AL
    • k.karen Re: NIETU, NIETERAZ 06.04.11, 13:58
      "W szklanej kuli"

      Happy End

      Erik stał odrętwiały i jedyne co czuł w tej chwili to, że nie jest zdolny do wykonania najmniejszego ruchu. Bez żalu patrzył na ciało matki leżące na podłodze i tylko dziwił się, dlaczego powiększa się plama krwi na jej nocnej koszuli. Przecież ona nie miała serca.
      W jego głowie huczały jeszcze jej ostatnie słowa, które z wściekłością wykrzyczała - Nienawidzę cię, ty potworze! Ty niewdzięczny potworze, zawsze robiłeś wszystko po swojemu! Żałuję, że ciebie urodziłam, mogłam...
      Nie zdążyła dokończyć, nie pozwolił jej.

      Tak, ona nie miała serca, potrafiła tylko niszczyć...nawet kwiaty w jej mieszkaniu nie chciały rosnąć. Zniszczyła i odebrała mu wszystko. Przypomniał sobie z jaką nienawiścią odebrała mu i podeptała mały zielony samochodzik, prezent od ojca. Erik miał wtedy 6 lat. Śmiała się histerycznie i krzyczała, że nie pozwoli na żadne prezenty od tego bydlaka. Ojciec odszedł od nich rok wcześniej. Miał już dosyć ciągłych pretensji, wyzwisk i czepiania się go o byle co. Powodem tych awantur, niemal codziennych, było zawsze jedno - twierdziła, że ojciec nigdy jej nie doceniał.
      Tylko za co, pomyślał Erik, za co można ją było docenić? Patrzył z odrazą na obrazy wiszące na każdej ścianie, którymi matka chwaliła się wszystkim znajomym, na siłę zapraszanym do ich domu i tak długo molestowanym, że w końcu przychodzili dla świętego spokoju... Pamięta te ukradkowe, ironiczne uśmieszki na ich twarzach, kiedy widzieli, że matka na nich nie patrzy. Pamięta uczucie wstydu, wstydził się za nią, za tę jej nachalność, ze tę jej wiarę we własny talent a przecież malowała tylko kiczowate bohomazy. Tyle lat karmiła się tym samouwielbieniem a sprzedała tylko jeden obraz. Kupił go jakiś jej znajomy zza granicy ale Erik widział jak zaraz po wyjściu z ich domu, wyrzucił to "dzieło" do śmietnika.
      Może gdyby matka miała przyjaciół, to może któryś z nich odważył by się jej powiedzieć, że te jej "dzieła" nie mają żadnej wartości, że nie ma talentu.

      Nie miała przyjaciół, każdą znajomość niszczyła swoim wścibstwem i plotkami. Zniechęcała do siebie wszystkich. Miała tę okropną manierę krytykowania wszystkiego i doradzania w jaki sposób ktoś ma żyć. Wtrącała się we wszystko i wszystko było według niej źle. Nikt nie chciał jej odwiedzać ani przyjmować jej w swoim domu. Erik też od niej uciekł, wyprowadził się kiedy wyjechała na parę dni do sąsiedniego miasta mając znowu nadzieję na sprzedaż obrazów. Erik wiedział, że musi to zrobić, że wreszcie musi się od niej uwolnić i że nie może zostawić jej swojego nowego adresu.
      Kłócili się tego dnia kiedy zdecydował się na wyjazd, matka chciała żeby poszedł na studia medyczne, a on zawsze chciał być prawnikiem. Całe życie decydowała za niego, wszystko musiał robić tak jak chciała. Dobierała mu kolegów, zmuszała do czytania książek, które jej się podobały, miał jeść tylko to co ona lubiła, zmuszała go nawet do noszenia tych paskudnych ubrań kupowanych na wyprzedażach...

      Znalazła go po paru latach, do dzisiaj nie wie w jaki sposób, może zadzwoniła do niej Mathilde?....Och, Mati...dlaczego? Dlaczego nie powiedziałaś mi o dziecku? Przecież nie pozwoliłbym tej strasznej kobiecie...Mati! Opowiadałem tobie o niej, mówiłem dlaczego nie może jej być w naszym życiu!

      Z odrętwienia wyrwał go dźwięk policyjnych syren. Mati...za chwilę będziemy razem... Ty ja i nasze dziecko....Przyłożył pistolet do skroni...


      ( napisałam dzisiaj, przy porannej kawie )
      --
      https://i47.tinypic.com/2wqaekm.gif
      Karen
    • blondynka.2801 Re: NIETU, NIETERAZ 17.02.12, 12:07
      Karen mi kazała, to wklejam... smile



      Tak chcę do Ciebie biec

      Tak, wiem,
      gdy w patrzysz w oczy me,
      nie widzisz,
      że naprawdę chcę,
      byś w nich
      ujrzał, co ukryte tam
      na dnie już od dawna mam…
      Tę mnie, co boi się
      i sił jej czasem brak,
      zobacz, że
      choć waham się,
      to bardziej jednak chcę..

      Tak chcę do ciebie biec,
      tak chcę do ciebie biec,
      byś w ramionach tulił mnie,
      odegnał myśli złe…
      Tak chcę do ciebie biec,
      lecz by do ciebie biec,
      powiedz – będziesz tu,
      czy znikniesz jak ze snu?

      Co dnia
      tak bardzo staram się
      odegrać
      wszystkie role swe,
      lecz gdy noc
      na klucz zamknie moje drzwi,
      tak pusto mi jest,
      cisza głucha brzmi…
      Jaki sens
      ma zawsze marzyć, tak jak ja,
      samotnie wciąż, na darmo wciąż,
      jakie znaczenie ma?

      Tak chcę do ciebie biec,
      tak chcę do ciebie biec,
      byś w ramionach tulił mnie,
      odegnał myśli złe!
      Tak chcę do ciebie biec,
      lecz by do ciebie biec,
      powiedz – będziesz tu,
      czy znikniesz jak ze snu?
      Jak ze snu!

      Ty masz tu być
      Ty masz tu być,
      by otrzeć moje łzy
      by zaczarować dni
      gdybyś wiedział, jak
      jak bardzo chcę do ciebie biec…
      Jak chcę do ciebie biec,
      byś w ramionach tulił mnie,
      odegnał myśli złe…
      Do ciebie biec,
      lecz by do ciebie biec,
      powiedz – będziesz tu,
      czy znikniesz jak ze snu?
      --
      https://fla.fg-a.com/8aflow4a2.gif
        • sp.ox Re: NIETU, NIETERAZ 19.04.12, 13:21
          Na skrzydłach wiatru.

          Po sam horyzont niezmącona przestrzeń.
          Myśli ulotne szybują na skrzydłach wietrznych.
          Spokojne jak fale wiosną o świtaniu.
          Świeże morską bryzą, wonne kwiatami.
          Nasycone żywicą strzelistych sosen ku niebu.
          Pachnące ściółką po wiosennym deszczu.
          Otulone mgiełką ciepłą porannym świtaniem.
          Rozproszone krzykiem mew pobudzonych światłem.
          Uczesane dobrą myślą;
          - Pasmem wstążki biegnącej przez życie.
          Jak Baśń Tęczowa zapisana wiosennym hymnem.
          Ukryta w lesie, kwiatach białych, w zawilcy koronkach, krokusach.
          Niesiona odgłosem, szmerem strumyka ku wzgórzom.
          Od morza po strzeliste Rysy, opadnie w Dolinie Cisnej.
          Gdzie most zapomniany chłodzony wodą z ojczystych gór.
          Tam ponad pasmami odrastają skrzydła wśród chmur.
          Nie dalej, nie bliżej.
          W Bieszczadzkiej Dolinie Cisnej.
Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka