k.karen
05.06.10, 13:22
Oglądam w TV informacje o powodzi. Kolejny raz widzę starych, bezradnych i zrezygnowanych ludzi, kolejny raz widzę łzy tych, którzy stracili dorobek całego życia, kolejny raz oglądam przerażenie w oczach dzieci. Dla wielu z tych ludzi to tragedia: ledwie zaczęli myśleć o odbudowie swoich domów a tu znowu następna fala powodziowa niszczy ostatnią nadzieję na rozwiązanie ich poważnych problemów.
Podziwiam ofiarność wolontariuszy ale nawet ten pozytywny akcent gdzieś mi ginie w zderzeniu z niszczycielskim żywiołem, na który nie mamy żadnego wpływu.
Wiara nakazuje mi szukać sensu w takich wydarzeniach ale jestem w tej chwili bezradna.
Nie wiem jaki jest sens. Gdzie jest granica ludzkiego cierpienia? Ile możemy wytrzymać?