wscieklyuklad
10.10.12, 19:02
Ponieważ "drzewko salezjańskie" rozrosło się do rozmiarów sekwoi, więc zakładam nowy wątek w celu kontynuacji dyskusji.
Propagacja "wiary" metodą "ognia i miecza". I jako przykład wojujący islam (nawet ten liczebnie okrojony), integryści i świadkowie Jehowy.
A na tym tle cała cywilizacja Mezoameryki obrócona w pył w imię "krzyża świętego". W imię nawracania na jedynie słuszną wiarę.
Dziś - w cywilizowanej ( i aslimskiej, aintegrystycznej, sporadycznie jehowickiej ) Polsce sugeruje się dalsze zaostrzenie prawa antyaborcyjnego. Matka ma umrzeć w trakcie porodu. Matka ma umrzeć z powodu nie wdrożenia leczenia antynowotworowego. Noworodek ma umrzeć "siłami natury", lub - tymiż zrodzony - ma resztę życia spędzić jako niezdolny do samodzielnego życia kaleka. Często - z powodu "aludzkości" nie ochrzczony przez lokalnego klechę, który kieruje się przecież kanonami wiary ( człowiek= w pełni władz umysłowych, co oczywiście nie dotyczy ceremonii chrztu spełnianej na "bezwolnej jednostce pod presją - choćby niemerytorycznie rozmytą ).
Kontakt lekarz - pacjent ma oto zmieniać nagle "pierwiastek nachalności" zmieniając sekciarskiego ideologa, w podległą - zatem wyciszoną w agresji - owieczkę.
Ileż to razy stawałem wobec decyzji transfuzji krwi u tych ludzi. Ileż to razy przyglądałem się bezradnie umieraniu w imię "wiary".
NIGDY ŻADEN Z BLISKICH TYCH LUDZI NIE CZYNIŁ WYNURZEŃ ODNOŚNIE PRZESŁANEK, JAKIE UNIEMOŻLIWIAŁY "PRZETOCZENIE CZYJEJŚ DUSZY".
Zatem nie jest to środowisko ortodoksyjne - niezależnie od charakteru interpersonalnej relacji.
Kiedy próbują zaczepić na ulicy - przechodzę ze słowem "dziękuję".
I nikt za mną nie biegnie, nie pyta oburzony: "a niby dlaczego". Nie nagabuje "a może jednak" ?! Stoi czekając być może na "następną ofiarę" jaką osaczy/przekabaci/ nagnie.
Współczesny człowiek jest przesiąknięty ideą niezależności. Współczesny człowiek jest przepełniony do granic poczuciem swobody. I wreszcie - współczesny człowiek jest tak pełen "niewiary w innych". Współczesny człowiek wietrzy wciąż podstęp. Współczesny człowiek poszukuje wiecznie "drugiego dna".
Najważniejszym aspektem w jego życiu zdaje się być " nie dać się za nic oszukać ". W porę "namierzyć" drania/żartownisia/indoktrynatora/manipulatora.
Reakcja musi być stanowcza, jednoznacznie piętnująca i natychmiastowo destruująca "podejrzanego". Dać się nabrać cwaniakowi - to największa ujma na honorze. Dać się zmanipulować w necie - to dowód niebywałej słabości i osobistego wstydu. Wydarzenie, jakie należy przypłacić co najmniej szajbą - jeśli nie targnięciem się na życie, bo jakże żyć w poczuciu takiej straszliwej hańby ośmieszenia ?
A z drugiej strony teza przytoczona przez Karen: "i cóż, jeśli ktoś torturami wymusi na mnie np. zdeptanie krzyża, w który i tak przecież wierzę, a gest ów jest jedynie nic nieznaczącym gestem".
Naturalnie przypomnienie tej wypowiedzi nie jest równoznaczne z przyganą wobec autorki.
Pojawia sie jednak pytanie: czym jest "wiara" w "czystej postaci".
Czy oznacza - nazwijmy to "ortodoksyjną postawę życiową", gdy nikt i nic nie jest w stanie zachwiać naczelnym dogmatem, a ów ktoś gotowy jest przypłacić życiem "wyzwanie przeciwieństw losu" (vide wspomniani świadkowie Jehowy w przypadku niezbędności transfuzji, jako warunku przeżycia).
Innymi słowy, czy istnieje jakaś potencjalnie logiczna sytuacja stanowiąca rodzaj "alibi" czy "rozgrzeszenie" dla rozbratu z "wiarą "?
Czy zdeptanie krzyża przez torturowanego jest aktem "apostazji"? Czy jest gestem heretyka ? Czy jest "ubliżeniem symbolice Boga"? Który - jeśli założymy Jego istnienie ( a Karen takie uznanie poświadcza) - NA TYM SAMYM KRZYŻU CIERPIAŁ TORTUROWANY I ODDAŁ ŻYCIE ZA LUDZKOŚĆ ?
Raz jeszcze podkreślam, iż wypowiedź ta nie ma znamion rozrachunkowych. Jest zachętą do dyskusji i przemyśleń. Oczywiście jest to czysta retoryka ( choć nie wiem, czy demagogia). I potrafię zgodzić się z sytuacją, iż torturowany zdeptałbym ów krzyż - dla uniknięcia tortur.
Co czułbym jednak potem ?
Pewnie słabość. Może - choć niekoniecznie - wyrzuty sumienia. I wstyd - o tak - wstyd, że tak mnie załatwili. Że upodlili moją wiarę, obnażyli słabość, a naruszając ludzką godność wymusili świętokradztwo. Nieważne dla wiary ?
Czyli to, co tak wielu internautów odczuwa we wzajemnych kontaktach wirtualnych.
Czy zatem głęboka depresja byłaby w tym przypadku jedyną możliwą reakcją ?
Czy "słoniowa pamięć " symbolicznego zdeptania wizerunku ukrzyżowanego Boga, dawałaby mi prawo do określania siebie mianem wierzącego ?
Gdzie zatem leży granica między wiarą a poczuciem wolności ?
A dalej - po co dać się torturować, skoro zdeptanie krzyża pod wpływem bólu/lęku/przerażenia/ chęci uratowania życia i ochrony przed inwalidztwem fizycznym jest jedynie gestem bez znaczenia ?
A dalej - czy zdeptanie ( wobec żądań ) przed torturami - należy interpretować identycznie ?
A jeśli nie, to w jakim momencie zatraca się granica między występkiem a gestem bez znaczenia ? Czy wystarczy kop w tyłek ? Wyrwanie kilku włosów ? Połamanie palców ? Wybicie zębów ?
Czy może wiara jest wiecznym poszukiwaniem dozwolonych granic moralnych, tyle, że własnych ?