Rzadko mi się zdarza...

22.04.13, 15:13
... właściwie w ogóle mi się nie zdarza odpowiadać na zaczepki i pomówienia rzucane pod moim adresem na innym forum, jednak gdy ktoś waży się to zrobić pod adresem mojego dziecka, zareagować muszę!

Re: Trzeci dzień urlopu - CHCĘ DO DOMU!
m.maska 22.04.13, 13:48

Aha... i przestancie sie tak podniecac ta wspanialoscia, bo nie udalo Wam sie nawet przekonac wlasnych dzieci, ze to cudownie pozostac w ojczyznie i z tego co wiemy, zarowno AL jak i ja bywamy w kraju duzo czesciej niz Wasze pociechy - widac wcale im nie teskno do tych pol i lanow i wierzb placzacych...


Informuję więc m. maskę, że moja córka nie uciekła ani z Polski, ani ode mnie. Powodem jej wyjazdu do Wielkiej Brytanii było zawarcie ( w Polsce! ) małżeństwa z Anglikiem. Do pól, łanów i wierzb płaczących nie tęskni, bo nie musi : oboje z mężem, spędzają w Polsce po kilka miesięcy w roku - najchętniej w swoim domu w Sopocie. Mąż córki jest wielkim fanem Polski, córka nie zrezygnowała z polskiego obywatelstwa, ani nie przyjęła brytyjskiego. Przede wszystkim zaś nigdy nie wyśmiewała swoich Rodaków, ani im nie ubliżała. Nigdy nie szkalowała kraju, z którego pochodzi, a który zawsze uważała i uważa za swoją Ojczyznę.
Zapewne to dlatego, że nikomu - a zwłaszcza sobie - nie musiała i nie musi udowadniać słuszności swoich wyborów, ani tego, że ma udane życie i jest szczęśliwa.
    • ulisses-achaj Re: Rzadko mi się zdarza... 22.04.13, 15:34
      Rozumiem, Sorellino, że wiadome osoby dopuszczają sie kolejnego godnego pożalowania zabiegu mieszania do swoich "przemyśleń" naszych dzieci. Co prawda nie wiem, o czyje dzieci chodzi, ale to niewazne. Sam fakt, że ten temat "wyszedł", dostatecznie kompromituje autora/kę.
      Tłumaczyć się z osiągnięć naszych dzieci nie widzę sensu. Ważne że je mamy, że są zdolne, że wyniosły z domu wartości niezbędne dla osiagania sukcesów i że widzą w nas nie tylko rodziców ale też przyjaciół. Jednym słowem, z naszego punktu widzenia, są naszym sukcesem.
      A czy mieszkają w Polsce, czy nie, to ich wybór. A wybór ma w dzisiejszym świecie tylko ten, kogo kwalifikacje i wykształcenie pozwalaja mu przebierać w ofertach pracy i to w wielu krajach.
      Nie biorę tych głupstw do siebie. Moje dziecko świetnie prosperuje w Polsce, ale jeżeli ktoś próbuje dokopać ludziom, powołując sie nie na nich samych, ale na ich dzieci, niech pamięta i zastanowi sie najpierw, czy sam jako rodzic się sprawdził.

      Piszę to do Ciebie, Sorellino, bo z ludźmi takiego pokroju rozmowy podejmować nie warto.
      • sorel.lina Re: Rzadko mi się zdarza... 22.04.13, 16:19
        "szkoda jednak, ze nie potrafila byc szczesliwa w kraju..."

        Potrafiła i potrafi być szczęśliwa w kraju. Jej mąż też.

        "jeszcze jakies pytania Sorelcia?..."

        A były jakieś pytania?
        Nie było i nie będzie pytań. Masz rację, Uli: z takimi ludźmi rozmawiać nie warto.
        • kicho_nor Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 17:56
          Będąc wybitnym specjalistą od glizd wędkarskich
          jest co następuje.

          Występujący ( vide Maska) omawiany przypadek łac. zdyrdym sful zvulgaris, cechuje osobniki:
          pomylone, świrnięte skrajnie z upodobaniem wyszukujące psie gówna i budujące
          na owych psich gównach własną ponadrzędność.
          Wracając do mojej specjalizacji podam, że gatunek ów, aczkolwiek glizdy przypominający
          jest nikomu do niczego nie przydatny, a wręcz szkodliwym każdemu może okazać się.
          • wscieklyuklad Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 21:33
            Kocham, jak mi się na coś pozwala. A zwłaszcza uwielbiam, jak robi to ktoś o tępym umyśle.
            Skoro więc tępak dał zezwolenie, to se trochę po nim poskaczę choć ostrzegam, że może boleć.

            Zatem po pierwsze primo:
            Nie bardzo rozumiem, dlaczego stan wojenny miałby być przeszkodą w powrocie do kraju.
            Rozumiałbym Ulissesa - On narażał się na szykany, a nawet uszczerbek na zdrowiu, zatem zaszycie się na Zachodzie byłoby ze wszech miar zasadne i wybaczalne.
            Ale panna wtedy koło 30-ki? Bez dyplomu wyższej uczelni? Skazana na tułanie się wśród obcych? BZDURA! Albo rodzicielskie okrucieństwo!
            Każda naprawdę kochająca matka jak najszybciej starałaby się w takiej sytuacji zapewnić byt dziecku, a nie skazywać na przymusową banicję pod zmyślnym i pokupnym wówczas hasełkiem: azyl polityczny.
            Fakt - o to było wtedy łatwiej niż dziś o polski paszport - sam miałem kilku znajomych, którzy -korzystając z okazji - wybrali Zachód, gdzie przyjęto ich z otwartymi ramionami. Oni jednak mieli dyplom uczelni zatem drzwi otwarte na oścież do kariery - do dziś są cenionymi pracownikami różnych branż. Człek bez wykształcenia, a już szczególnie obcokrajowiec, na Zachodzie, był, jest i będzie się plasował w przedziale społecznych dołów, choćby nie wiem jak sam siebie pocieszał, że mu dobrze, a wszyscy go kochają i szanują jak nie wiem co.

            2. Wybór córki zamieszkującej w Anglii był świadomą i przemyślaną decyzją.
            Tam skończyła drugi fakultet (studia prawnicze) i tym samym mieści się w klasie powyżej średniej. Przy okazji wspiera męża pracującego (jeszcze w erze przedmałżeńskiej) w firmie komputerowej jako dyrektor finansowy. Świadome wybory mają to w sobie - innego niż strach i cwaniactwo - że pozwalają podejmować decyzje optymalne dla każdej ze stron w danym związku. Związek ów jest trwały, nie opiera się na postukiwaniu w talerzyk równoznacznym z bezsłownym żądaniem owoców, ani autorytarnym informowaniu o własnych decyzjach, ale na wzajemnym zrozumieniu - w tym potrzeb dziecka, którego żadna ze stron nigdy nie określiła mianem "pijawki", ani nie kocha go, bo ma taki obowiązek "z urzędu". Taki stosunek do dziecka stwarza niewielkie ryzyko stoczenia się go na peryferie zachowań owocujące reperkusjami.
            Natomiast - z drugiej strony - istnieje wielka szansa, granicząca z pewnością, iż dziecko może np. podjąć studia w Oxfordzie - ukończenie renomowanej uczelni jest bowiem bez wątpienia czymś o niebo (astronomiczne) cenniejszym, niż nieukończenie uczelni przeciętnej i nawet dziś nie wymienianej w tabeli kilkuset najbardziej poczesnych na świecie.

            I wreszcie - już na koniec. Straszenie opublikowaniem czyichkolwiek zdjęć/filmów dowodzi umysłowego infantylizmu autora "pogróżek".
            Zapewniam więc straszącą, że wizerunkiem tym chętnie dzielę się z uczestnikami forów dla niej po kres dni niedostępnych - czytelnicy dobrze wiedzą, jak wyglądam, tak ja, jak i moja Żona. Wygląda na to, że nie zmieniło to Ich stosunku do żadnego z nas (może z wyjątkiem osoby, która używa zwrotu "zadowoledź być" w swoich karkołomnych pościdłach. Ale to wynika li tylko i wyłącznie z niedostatków warsztatu psychologa klinicznego, który miast tonować niepokój wspomnianej osoby, z pełną determinacją podsycał jej wydumane wątpliwości).
            Część osób poznaliśmy nadto w realu. I nie mamy do siebie wzajemnie zastrzeżeń co do wyglądu. Fotki, jakimi infantylnie się straszy, nie zostały udostępnione straszącej ani przeze mnie, ani też przez Sorellinę, toteż można jednoznacznie stwierdzić, iż w ich posiadanie strasząca weszła drogą przestępczą. Tzn., przestępstwo popełniła albo osoba, która - mimo prośby o nieudostępnianie osobom trzecim - udostępniła jej taki dokument (osoba dziś prawdopodobnie poszukująca już nie tylko skradzionego jej przepadłego bezpowrotnie czasu, ale skradzionej taczki zza płota - bez wątpienia mniej mimo wszystko cennej, niż świat intelektualnych wartości), albo też popełnił przestępstwo ktoś, kto umożliwił oglądanie tych fotek na forum w dziale fotograficznym dla postronnych zamkniętym.
            Oszczędzę tu sobie wymienienia nicków - przecież to oczywista oczywistość.
            Niech więc niedoszła magister skończy pieprzyć o kradzieży fotografii jej i jej totumfackiej - pojęcie kradzież dotyczy bowiem każdego złodzieja lub osoby niegodnej zaufania (vide taczkowa et consortes).
            Myślę, że poświęciłem im obu i tak zbyt wiele swego bezcennego czasu.
            Na koniec doradzę: może warto zrezygnować z paszportu kraju, który się bez przerwy opluwa?
            Sto kilka euro oszczędności - czyż to nie kusząca perspektywa?

            Żegnam OMC magister ozięble.

            PS. Wnuk uczy się w renomowanej szkole prywatnej, gdzie przykłada się wielką uwagę do przestrzegania prawa obowiązującego w miejscu zamieszkania.
            To wartość bezsprzecznie największa dla każdego kochającego i dojrzałego emocjonalnie rodzica.
            • k.karen Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 23:03
              WU napisał:
              sam miałem kilku znajomych, którzy -korzystając z okazji - wybrali Zachód, gdzie przyjęto ich z otwartymi ramionami. Oni jednak mieli dyplom uczelni zatem drzwi otwarte na oścież do kariery - do dziś są cenionymi pracownikami różnych branż.

              No właśnie ludzie z dyplomami byli na Zachodzie przyjmowani z otwartymi ramionami i bardzo mnie interesuje Twoja opinia. Taka hipotetyczna sytuacja: powiedzmy, że wyjechałeś z dyplomem 30 lat temu i pracujesz w zawodzie bliskim tamtejszej służby zdrowia. Wróciłeś jednak na krótko do kraju ale w zasadzie tylko po to żeby się przekonać, że tu jest "brud, smród, dziadostwo i partacze w szpitalach". To teraz pytam, czy mając taką wiedzę i 30 lat pracy tam, a także znajomość metod pracy specjalistów, pozwoliłbyś żeby Twój brat/siostra byli operowani na kręgosłup w "polskim dziadostwie"?! Czy po tylu latach nie byłoby Cię stać na sfinansowanie takiej operacji, nawet przy użyciu robota Da Vinci? Ja na pewno zrobiłabym wszystko, wiedząc przecież że operacja w tym "durnym kraju" może się nie udać, żeby zaoszczędzić kochanej osobie cierpień, nawet gdybym miała pożyczyć pieniądze! Więc albo ktoś podle łże albo jest permanentnym nieudacznikiem. Innego wytłumaczenia nie widzę.
    • hardy1 Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 20:19
      Poczytałem. W pierwszej chwili się zdumiałem. Dzieci tu nieobecne używać jako "argumentów"?! Nie wspomnę, że kompletnie nietrafione. Również w stosunku do mojego dziecka.
      Ale tylko w pierwszej chwili się zdumiałem. Fakt, nie pomyślałem, że wspomniana autorka postu "o dzieciach", może aż tak daleko się posunąć. Ale przecież już od dawna daje się poznać. Zdumienie minęło. Zostało tylko co innego.

      Szkoda mi więcej pisać. Musiałbym się powtarzać po już tu piszących.
      • k.karen Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 21:15
        Ulisses napisał:

        ale jeżeli ktoś próbuje dokopać ludziom, powołując sie nie na nich samych, ale na ich dzieci, niech pamięta i zastanowi sie najpierw, czy sam jako rodzic się sprawdził.

        Moi Drodzy, znamy się już dosyć długo jak na warunki netowe, znamy się również realnie, znam także Wasze dzieci (nie wszystkich ale większości z Was) i powiem tylko tak:
        po pierwsze - Wy nie musicie wstydzić się za Wasze dzieci
        po drugie - możecie być DUMNI z Waszych dzieci
        po trzecie - możecie być DUMNI z siebie, ponieważ dobrze wychowaliście dzieci
        smile

        To są Wasze najważniejsze i największe sukcesy! A ja cieszę się z nich razem z Wami
        smile

        A te tam... no, te panele podłogowe czas wyrzucić bo jak każda tandeta nadają się tylko na śmietnik, posegregowane - rzecz jasna!

        big_grin
        • kicho_nor Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 22:55
          Ja w sprawie modnego trochę pochylania się.

          Więc pochylmy się (proponuję) nad osobą tu tą przeciwnie sporną
          Bo osoba ta być może gryzie agresywnie z przyczyn jej do końca nie znanych.
          A być może jej poplątały się ścieżki i stąd jej wściekłość do osób mających
          poukładaną egzystencję.

          Ja tam w głębi duszy mam sympatię do wszelkich furiatów i jest mi
          na śmieszno w „byciu” z nimi
          • k.karen Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 23:20
            Kichonorze smile

            Widzę, że Ci śmieszno w "byciu" z nimi, mnie też tak jak wszystkim smile

            A pochylić to ja się mogę ale tylko w przypadkach reformowalnych.
      • 1agfa Re: Rzadko się zdarza... 22.04.13, 23:49
        Zdumiewające, zaiste big_grin
        I na pierwszy rzut oka, i na drugi - także.
        Synami się pochwalić - o mały włos, bym.
        Bo jest czym, że aż!
        I... śmieszne mi się to zdało.
        Bo sytuacja i atmosfera nie ta.
        Sytuacja podpuszczona.
        Już śmiać mi się nie chce.
        Śmiać mi się z tego odechciało.
        To tak, jak u Ciebie, Hardy -
        Pisać hadko.
        Bo i smieszno i grustno.

        hardy1 napisał:

        > Poczytałem. W pierwszej chwili się zdumiałem. Dzieci tu nieobecne używać jako "
        > argumentów"?! Nie wspomnę, że kompletnie nietrafione. Również w stosunku do moj
        > ego dziecka.
        > Ale tylko w pierwszej chwili się zdumiałem. Fakt, nie pomyślałem, że wspomniana
        > autorka postu "o dzieciach", może aż tak daleko się posunąć. Ale przecież już
        > od dawna daje się poznać. Zdumienie minęło. Zostało tylko co innego.
        >
        > Szkoda mi więcej pisać. Musiałbym się powtarzać po już tu piszących.
    • k.karen Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 11:34
      Mnie również rzadko się zdarza, że reaguję na zaczepki, oszczerstwa, złośliwości, pomówienia, kłamstwa i próby wylania na mnie oceanu pomyj - to mnie tylko śmieszy. Ale na takie słowa muszę zareagować bo są wyjątkowo podłe i zacytuję tylko fragment:

      Re: Trzeci dzień urlopu - CHCĘ DO DOMU!
      Autor: m.maska ☺ 20.04.13, 15:41
      Dodaj do ulubionych
      Odpowiedz
      (...)... no ale wladza proletariatu swoje zrobila... dlatego z takim "wdziekiem" jezdzi sie po autostradzie zamiast 110km/h(tak bylo wtedy) zwyczajnie 160km/h... niechby trzepla przy 160km/h w taki regal, to obawiam sie, ze by z tego bez szwanku nie wyszla..
      .

      Idiotka czy kanalia?

      Nie potrafiłabym życzyć komuś nieszczęścia, nawet osobie, do której straciłam szacunek, której nie lubię i to jest miara człowieczeństwa. CZŁOWIEK, nie życzy drugiemu co mu niemiłe
      i dlatego ja jej życzę, bez względu na to czy jest tylko idiotką czy już kanalią - SZEROKIEJ DROGI, SZEROKIEJ DROGI m.masko!
      • sorel.lina Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 12:32
        "DOBREJ DROGI, MASECZKO
        I zobacz, nawet kakaka w swojej "szlachetności" życzy Ci dobrej drogi. A dlaczego? Bo chce pokazać jak bardzo jest od Ciebie lepsza,"(...) Ale tak to jest, gdy całe życie nie wysuwa się nosa poza płot, a większość dnia spędza się na polerowaniu mebli, gotowaniu i myciu garów po obiedzie."


        Jak dobrze jest, gdy ma się kogoś, dla kogo można "polerować, gotować i myć gary"!
        Gdy ma się kogo kochać i o kogo dbać... gdy zwykłe, codzienne prace domowe nie są "pańszczyzną" ani ograniczeniem, ale wyrazem serdecznego uczucia do bliskich...
        Strasznie jest, gdy można do woli oddawać się tzw. "wyższym, szlachetniejszym" zajęciom, skupiać się na sobie, na swoich tylko potrzebach, zachciankach i... nawet na urlop jechać samotnie...
        Karen, Ty potrafiłaś zachować to, co w życiu najważniejsze - miłość rodziny. smile
        • ulisses-achaj Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 12:35
          Przepraszam, czy będzie niektaktem, jeśli zapytam, co to za dziwadło wysmazyło cytowany przez Ciebie post?
          • sorel.lina Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 12:40
            Nie wiem, czy dziwadło...wiem, że to psycholog kliniczny...
            • ulisses-achaj Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 12:46
              Aha, no to już się nie dziwię ..
            • k.karen Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 13:30
              sorel.lina napisała:

              > Nie wiem, czy dziwadło...wiem, że to psycholog kliniczny...

              Nie wiem, czy to psycholog kliniczny, objawy wskazują raczej na... przypadek kliniczny...
        • k.karen Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 13:22
          > I zobacz, nawet kakaka w swojej "szlachetności" życzy Ci dobrej drogi. A dlacze
          > go? Bo chce pokazać jak bardzo jest od Ciebie lepsza,"


          Nie muszę niczego pokazywać, ja po prostu jestem lepsza, bo każdy jest lepszy od kanalii, zwłaszcza jeśli nie życzy nawet kanalii - niczego złego big_grin

          (...) Ale tak to jest, gd
          > y całe życie nie wysuwa się nosa poza płot,


          Jak zwykle brak logiki. To albo "jeździ po autostradach 160km/h" albo "nie wysuwa nosa poza płot"? big_grin Ha! Ale za to jaki płot! Nawet 10 lat pracy przy sprzątaniu biur albo zmienianiu pampersów klientom za granicą, nie starczyłoby na taki płot! big_grin

          a większość dnia spędza się na pole
          > rowaniu mebli, gotowaniu i myciu garów po obiedzie."


          G...o prawda, jak zresztą wszystko o czym piszą kanalie, bo do mycia garów w domu gdzie gotuje się, bo jest dla kogo, używa się w XXI wieku zmywarki - kupionej w sklepie a nie z "demobilu" po "Ami" czy z wystawki. I to nie jest luksus, zmywarki używa się ze względów ekonomicznych i oszczędnych - w cywilizowanych krajach nie wolno marnować wody a oszczędzają tylko ci, którzy mają co oszczędzać. Poza tym, oszczędność to zaleta a tę mają ci, którzy kochają swoją rodzinę i są przewidujący, bo kto wie czy nie przydarzy się w rodzinie choroba i trzeba będzie zapłacić za leczenie albo operację kręgosłupa, nawet za granicą. Problem z ogrzewaniem piecami węglowymi i wymianą starych nieszczelnych okien u moich rodziców odpada, raz dlatego, że nigdy nie mieszkali w takich zapyziałych warunkach, a dwa - kocham Ich i dlatego mieszkają z nami big_grin
          • sorel.lina Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 15:00
            Jako, że autorka zacytowanych przeze mnie tekstów uznała, iż z powodu nieprzytoczenia ich w całości, naruszyłam jej prawa autorskie, a zatem jej dobra osobiste, niniejszym naprawiam swoje uchybienie:

            Re: Trzeci dzień urlopu - CHCĘ DO DOMU!
            al-szamanka 23.04.13, 12:00 Odpowiedz

            DOBREJ DROGI, MASECZKO

            I zobacz, nawet kakaka w swojej "szlachetności" życzy Ci dobrej drogi. A dlaczego? Bo chce pokazać jak bardzo jest od Ciebie lepsza, gdyż Ty ponoć jej życzysz nieszczęścia i jesteś kanalią z tego powodu. Ja też jestem, bo przecież wg jej pokrętnych, debilnych "prawd" życzyłam śmierci Ulissesowi, no i nienawidzę i gardzę moimi Klientami, gdyż wg obowiązującego mnie nazewnictwa właśnie Klientami ich nazywam.
            Ale tak to jest, gdy całe życie nie wysuwa się nosa poza płot, a większość dnia spędza się na polerowaniu mebli, gotowaniu i myciu garów po obiedzie.


            Re: Trzeci dzień urlopu - CHCĘ DO DOMU!
            al-szamanka 23.04.13, 14:11Odpowiedz

            No i nawet całego postu nie potrafi jedna z drugą skopiować, tylko fragmenty wycięte z kontekstu.
            Typowo komunistyczne, SBowskie metody... co zasiano, to wzeszło i wyplenić nie można.
            I nawet nie jesteście sobie wyobrazić ile śmiechu ta wasza wścieklica we mnie wywołuje. Wściekajcie się nadal ludziki malutkie.


            Dziwi, bo dziwić musi, że autorka - psycholog przecież - nie zauważa, że właśnie dała dowód własnej wściekłości...
            • k.karen Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 16:34
              Nie tylko, Sorellino, nie tylko dowodem na wściekłość autorki, ale znacznie więcej:

              > DOBREJ DROGI, MASECZKO
              >
              > I zobacz, nawet kakaka w swojej "szlachetności" życzy Ci dobrej drogi. A dlacze
              > go? Bo chce pokazać jak bardzo jest od Ciebie lepsza, gdyż Ty ponoć jej życzysz
              > nieszczęścia i jesteś kanalią z tego powodu. Ja też jestem, bo przecież wg jej
              > pokrętnych, debilnych "prawd" życzyłam śmierci Ulissesowi, no i nienawidzę i g
              > ardzę moimi Klientami, gdyż wg obowiązującego mnie nazewnictwa właśnie Klientam
              > i ich nazywam.


              Tak? To są ci Klienci, których fotografie bez ich zgody i z ewidentnym złamaniem etyki zawodowej, wklejała na forum? Prywatne fotografie, nie na plakatach. To ci sami Klienci, których rozmowy publikowała na forum i z rozbrajającą ale wielką "miłością" śmiała się z ich opowieści, ze słów ludzi upośledzonych umysłowo? To są ci Klienci, o których pisała, że mają SZKARADNE twarze ale są tacy... kochani, a innym razem że nie ma z nich żadnego pożytku? Ci sami, o których napisała, że starzy klienci i pacjenci, są już przeznaczeni na straty?

              A może chodzi o innych klientów? E...chyba nie...


              >
              > Re: Trzeci dzień urlopu - CHCĘ DO DOMU!
              > al-szamanka 23.04.13, 14:11Odpowiedz
              >
              > No i nawet całego postu nie potrafi jedna z drugą skopiować, tylko fragmenty wy
              > cięte z kontekstu.
              > Typowo komunistyczne, SBowskie metody... co zasiano, to wzeszło i wyplenić nie
              > można.


              No proszę, proszę! Ta charakterystyczna dbałość o szczegóły i jaka pamięć po trzydziestu latach od szkoleń w manipulacjach. Tak! Wtedy sb-cy też nas nazywali klientami i kiedy nie uzyskiwali od nas zeznań takich jak chcieli, to zrezygnowani puszczali nas do domów mówiąc - co zasiano to wzeszło i wyplenić się nie da. A że autorka jest niezłą manipulantką to wszyscy Podwórkowicze już dawno się przekonali. Jedno dobrze, że wreszcie się przyznała. Aha, przy okazji - "podwyrko" to w gwarze poznańskiej ...PODWÓRKO big_grin

              > I nawet nie jesteście sobie wyobrazić ile śmiechu ta wasza wścieklica we mnie
              > wywołuje. Wściekajcie się nadal ludziki malutkie.


              Oj, oj tam... nie tylko ja mogę sobie wyobrazić ten śmiech i już mnie nie dziwi. Widać i to weszło w krew aż do dzisiaj i dalej funkcjonuje, jak to w zwyczaju miały i mają kanalie sb-ckie, też się śmiały i nazywały nas małymi ludzikami a najczęściej w trakcie bicia - wyobrażali sobie że są nadludźmi...widać i to przekonanie pozostało do dzisiaj
              • wscieklyuklad Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 21:26
                Cóż Karen, zadajesz bardzo trudne ale (na szczęście) nie retoryczne pytania. Wiesz, tak już jest, że jeśli ktoś wyrósł w czworakach, to grozi mu ryzyko dozgonnego przesiąknięcia zapachem obornika. Taki ktoś żyje od maleńkości w świecie zapachów, których zdrowy człowiek stara się unikać. Jednak - choć w nielicznych przypadkach, być może potwierdzajacych zresztą regułę - archetyp wspomnieniowy owych zapachów jest tak silny, że - nawet po kilkudziesięciu latach - już jako samotna starowina, owe coś nawdychawszy się zapachu znanego z dzieciństwa gnoju ulega oszołomieniu "wiejskim zapachem", który do wspomnianego archetypu je cofa.
                Wiejskie powietrze zawiera w sobie (o czym wie każdy, kto bywał w młodości na wczasach "pod gruszą") nie tylko omdlewającą woń kwiatów, słodki zapach owoców w sadzie ale właśnie i odór przydomowej wygódki, z której trzeba było przez lata korzystać - socjalistyczne państwo nie dbało bowiem o kanalizacyjny standard czworaków.
                Smród ich tymczasem musi kojarzyć się z doznaniem negatywnym, a jako taki spacza indywidualną ocenę świata nie tylko w fazie mentalnej ale i słownej.
                Konsekwencje tej patologii widoczne są także i w sposobie prowadzenia narracji.
                Np. wytrawny (by nie rzec najlepszy w całej wsi) psycholog potrafi - niczym raczkujący maluszek, a nie dojrzały i bogaty w kilkudziesięcioletnie doświadczenia jeśli już nie zawodowe, to choćby życiowe - wypowiedzieć pierwsze słowo.
                Efekt wyparcia wywołany samotnością wiedzie go zaś w prostej linii do włączenia do nad wyraz ubogiego słownictwa stosowanego w tzw. konwersacji nie zwrotu "mama", czy "tata", naturalnych u dziecka (lub osoby zdziecinniałej), ale "KAKA" - charakterystycznych dla większości raczkujących maluszków, ale już nie wszystkich starców.
                Pierwsza kupka, której wspomniane doświadczyło we własnej pieluszce w sposób uświadomiony, pozostawiła tak głęboki i wstrząsający odcisk, że słowo to powraca z siłą wodospadu (jak to głosiła jedna ze starych reklam) - tym razem w odniesieniu do Ciebie i już u osoby już młodości... trzeciej. Słowo to stanowi zarazem otwarcie furtki do dziecięcych wspomnień i zawiedzionych, gdyż bezpowrotnie zmarnowanych i utraconych marzeń.
                Jest słowem-łącznikiem a zarazem określeniem-wytrychem, które kotwiczy jednostkę żywą w czasach, gdy wszystko - choć brudne - było jeszcze nie tylko nie odrażające, ale i wręcz ciekawe.
                Tymczasem - czego sobie żyjątko to nie uświadamia - w określeniu tym nie ma zaskoczenia odkrywcy (a cio to tam w majteckach?) jest natomiast rodzaj smutnej rezygnacji - całe życie przesrałam - zdaje się wieścić tym określeniem autorka.
                I ma chyba rację, Karen, ma chyba rację.
                • wscieklyuklad Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 22:12
                  Po tym niezbędnym, jak się okaże, wstępie, przejdę do meritum.
                  Otóż coś żyjące archetypem, który tak głęboko odcisnął swe piętno na technice komunikacji ze światem - w tym przypadku jest to pierwsza w pełni uświadomiona kupka w pieluszce kojarząca się negatywem wizualno-zapachowym, co da się wyczuć nie tylko w świadomie akcentowanym zwrocie "KAKA", ale też w wymowie treści, jaką od kilku lat cierpliwie konsumujemy wzrokowo choć już nie mentalnie - musi przekładać się na do tegoż świata stosunek. Odbierany jest on jako smrodliwa i słabo uformowana, a nawet bezkształtna masa, której należy się jak najszybciej pozbyć, a niemiłe wrażenie zatrzeć flakonikiem perfum - też z czasów młodości, bo przecież dziś już nieosiągalnych nie ze względu na jego jakość, ale z powodu "wyjścia z mody" - bądź też utopić w samotnie konsumowanym kieliszku równie perfumowanego napitku.

                  Pytasz Karen, co zrobiłby człowiek o zdrowych relacjach rodzinnych i finansowo ustawiony, gdyby powziął wiedzę o chorobie bliskiego, w przypadku gdy a priori uznaje bezproduktywność (a nawet świadomą szkodliwość) działań tych, którzy mają podjąć się jego operacji.
                  Trwałym archetypem polskiego pacjenta, wynikającym z faktu, iż opieka zdrowotna jest jedynym nietkniętym w dobie kapitalistycznych przemian socjalistycznym poletkiem w najwyższym tego słowa znaczeniu (każdemu wedle jego chętki) - jest przekonanie, iż lekarz to zawodowy nieudacznik i kretyn, gdyż w przeciwnym wypadku życie mogłoby trwać w nieskończoność. Umieranie jest - w przypadku takiego nastawienia - prostą konsekwencją dyletanctwa udzielającego porady/leczącego, a nie prawem przyrody, częścią życia.
                  Brak spodziewanej poprawy jest więc nieodmiennie interpretowany (jak widać nawet po latach tułaczki na obczyźnie) jako wyłączny antytalent "sanatora".
                  Schorzenie kręgosłupa ma to do siebie, że jest trudne w terapii. Nie każda więc operacja jest z góry skazana na sukces, toteż miejsce w jakim przeprowadza się zabieg, jest w wielu przypadkach bez znaczenia. Naturalnie nie każdy zabiegowiec jest mistrzem w swoim fachu, nie każdy też dysponuje odpowiednim zapleczem technicznym, co przekłada się naturalnie na efekt terapii.
                  Ale doświadczony klinicysta winien ważyć słowa, bowiem negowanie profesjonalizmu - czego dowodem ma być wielokrotna reoperacja tego samego przypadku - może doprowadzić do eskalacji absurdu.
                  Możemy bowiem spytać: jak ocenią trudy wybitnego klinicysty rodziny dotkniętych upośledzeniem intelektualnym, które nie ustępuje pomimo wieloletniej terapii przez tegoż "mistrza w swoim fachu" (jak się autookreśla).

                  Zatem w pytaniu Twoim kryje się moim zdaniem nie negacja, lecz refleksja.
                  Bo tylko skrajny kretyn uczepi się myśli o świadomym szkodzeniu lub nieudacznictwie czy złej woli terapeuty, nie biorąc pod uwagę wszystkich okoliczności wiążących skutek ze schorzeniem.
                  Naturalnie dopuszczam też prawomocność opisywanej negacji.
                  Gdybym zatem po pierwszym zabiegu uznał (zasadnie!), że brak sukcesu wynika z niewiedzy lub innych przeszkód, które można wyeliminować w innym ośrodku, to z pewnością starałbym się przynajmniej szukać szpitala o lepszej renomie pod względem liczby podobnie chorych a skutecznie leczonych. Ośrodki takie są zapewne dostępne i w naszym kraju, zatem strona finansowa nie ma tu takiego znaczenia, jak element troski o bliskiego człowieka.
                  Zasada entropii uczy jednak, że łatwiej jest narzekać, niż zaangażować się całym sercem i aktywnie poszukiwać ratunku dla bliskich.
                  Jest jednak, Karen, jeden niezbędny warunek.
                  Trzeba wymazać w sobie ów zapach gnoju, jakim się przesiąkło do ostatniego atomu.
                  • sorel.lina Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 23:37
                    O tej złej, czyli Polka emigrantka o Polce krajowej:

                    "Toto", "Dozorczyni", "Szczujna", "zawodowy szpicel", "piskacz"," złodziejka", "Kaka"(ew. Kakaka)


                    O tej dobrej, czyli Polka emigrantka o sobie:

                    " Też jestem Polką... ale UCZCIWĄ i dumną, polegam na sobie i od nikogo nie chce łaski. Ale dlatego tez mam honor i godność"

                    Czy na pewno?



                    • hardy1 Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 23:50
                      Każdy sam może wyrobić sobie zdanie.
                  • k.karen Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 23:56
                    WU napisał:
                    Zatem w pytaniu Twoim kryje się moim zdaniem nie negacja, lecz refleksja.
                    Bo tylko skrajny kretyn uczepi się myśli o świadomym szkodzeniu lub nieudacznictwie czy złej woli terapeuty, nie biorąc pod uwagę wszystkich okoliczności wiążących skutek ze schorzeniem.
                    Naturalnie dopuszczam też prawomocność opisywanej negacji.
                    Gdybym zatem po pierwszym zabiegu uznał (zasadnie!), że brak sukcesu wynika z niewiedzy lub innych przeszkód, które można wyeliminować w innym ośrodku, to z pewnością starałbym się przynajmniej szukać szpitala o lepszej renomie pod względem liczby podobnie chorych a skutecznie leczonych. Ośrodki takie są zapewne dostępne i w naszym kraju, zatem strona finansowa nie ma tu takiego znaczenia, jak element troski o bliskiego człowieka.
                    Zasada entropii uczy jednak, że łatwiej jest narzekać, niż zaangażować się całym sercem i aktywnie poszukiwać ratunku dla bliskich.
                    Jest jednak, Karen, jeden niezbędny warunek.
                    Trzeba wymazać w sobie ów zapach gnoju, jakim się przesiąkło do ostatniego atomu.


                    Całkowicie się z Tobą zgadzam i wiem co mówię bo 8 lat temu miałam operowany kręgosłup, w Polsce i bez płacenia a nawet bez łapówki. Specjalista neurochirurg zrobił mi ten zabieg po mistrzowsku, dzisiaj jeżdżę na rolkach, nartach, biegam, skaczę i czuję się doskonale, tak jak gdyby mój kręgosłup nigdy nie był chory. Ale fakt, najpierw pytałam znajomych lekarzy innych specjalizacji i moją przyjaciółkę - magister rehabilitacji, kogo mi polecają. Pamiętam, na oddziale była wtedy też pani, która miała 6-tą operację i to nie dlatego, że lekarze jej coś "spartolili" tylko dlatego, że sama doprowadziła swój kręgosłup do takie stanu - miała wielopoziomową dyskopatię i do tego jeszcze zwyrodnienia, 10 lat cierpiała straszne bóle zanim zdecydowała się na zabieg.
              • 1agfa Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 23:12
                Czy Ty Karen masz coś wspólnego z tym super - piłkarzem, Brazylijczykiem Kaka?!
                Sprawdź w linku i przyjrzyj sie; Ty sie nie przyznajesz, nic nie mówisz, a tu taki przystojniak i sława jest z Toba spokrewniony, czy coś? Tez Kaka! wink

                www.tvn24.pl/sport,4/pilkarze-ac-milan-czekaja-na-kake,301499.html
                • k.karen Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 23:19
                  Niestety, nie jestem z nim spokrewniona, Agfo big_grin

                  Ale rzeczywiście, bardzo przystojny...mmm i może zmienię sobie nick na kaka big_grin
                • hardy1 Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 23:31
                  Kaka? To świetny piłkarz, jeden z najlepszych, jakich widziałem. Nie tylko gra głową, ale i z głową. Co rzadkie, nie wychował się w slumsach, tylko w zamożnej, inteligenckiej rodzinie.
                  Jest mistrzem świata, zdobywcą "złotej piłki" dla najlepszego piłkarza Europy.
                  Wielu młodych chłopców w drużynach piłkarskich kupuje koszulki, poprzednio w barwach klubu "Milan", obecnie "Real" Madryt, z napisem "Kaka". Jednak chłopaki z drużyny nie każdemu pozwalają taką włożyć.

                  Oczywiście to nie jest prawdziwe nazwisko, tylko przydomek piłkarski. Taki przyjął. Teraz to nobilitacja, znak najwyższej jakości.
                  • hardy1 Re: Rzadko mi się zdarza... 23.04.13, 23:40
                    Agfo, nieważne jest pokrewieństwo biologiczne. Ważne jest pokrewieństwo jakości swoich umiejętności, każdy/a w swojej dziedzinie. Rzadko komu przyznają przydomek "Kaka". Jak napisałem, to nobilitacja.
                  • 1agfa Re: Rzadko mi się zdarza... 24.04.13, 00:31
                    Już wiem, nazywa się Ricardo Izecson dos Santos Leite. Ale powszechnie uzywane jest pseudo: Kaka.
                    Dowiedziałem sie także, że nazywano tak Kazimierza Deynę smile
                    To zaszczytne pseudo.

                    hardy1 napisał:

                    > Kaka? To świetny piłkarz, jeden z najlepszych, jakich widziałem. Nie tylko gra
                    > głową, ale i z głową. Co rzadkie, nie wychował się w slumsach, tylko w zamożnej
                    > , inteligenckiej rodzinie.
                    > Jest mistrzem świata, zdobywcą "złotej piłki" dla najlepszego piłkarza Europy.
                    > Wielu młodych chłopców w drużynach piłkarskich kupuje koszulki, poprzednio w ba
                    > rwach klubu "Milan", obecnie "Real" Madryt, z napisem "Kaka". Jednak chłopaki
                    > z drużyny nie każdemu pozwalają taką włożyć.
                    >
                    > Oczywiście to nie jest prawdziwe nazwisko, tylko przydomek piłkarski. Taki przy
                    > jął. Teraz to nobilitacja, znak najwyższej jakości.
    • kkkkosmita Re: Rzadko mi się zdarza... 25.04.13, 02:00
      Sorellino.
      miałem już gasić kompa... i jutro tu zajrzeć, ale ciekawość zwyciężyła...
      I powiem..., że...
      to bardzo przykra sprawa.

      Jesteśmy tu na forum dla siebie samych, nie dla naszych dzieci...

      to jest wyjątkowo...zaskakujące, zawzięte, niestosowne, głupawe, podławe... kiedy do naszego życia na forum mieszane są nasze rodziny.
      i to w sposób wrogi podły mający na celu zranienie i ośmieszenie...

      Nie przejmuj się Sorellino.
      Całkiem niepotrzebnie dałaś się sprowokować...
      Są ... niestety takie osobniki..., których najlepiej unikać...a już zupełnie nie warto traktować poważnie ich niskich, pełnych nienawiści zaczepek.
      Chociażby dlatego, że nie spełniają najbardziej podstawowych, najprostszych norm... przyzwoitości... wychowania...intelektu...


      http://wstaw.org/m/2012/03/26/k%C3%B3%C5%84_AWATAR.jpg
Inne wątki na temat:
Pełna wersja