wscieklyuklad
11.06.13, 18:01
Elektroniką wstrząsnęło wynurzenie młodziaka dozorującego treści internetowe o zasięgu globalnym. Młodziankiem (świętym?) wstrząsnęłą wpierwej procedura ukartowana przez służby specjalne. Użytkownicy"Gmaila" narobili w porcięta ze strachu. Każda notka przez nich stworzona, wejście na dowolną internetową stronę podległo bowiem inwigilacji tak dobrze znanej nam z "wojennej" korespondencji, gdy listy docierające do nas klejono lepcem po uprzednim ich "rozpruciu", czytaniu i klepnięciu sakramentalnego "ocenzurowano"
Słałem takiej korespondencji na pęczki, docierała przetrzebiona niczym ostateczny tryk u rzeźnika.
Społeczeństwo hamerykańskie nie jest jednak tak wrażliwe na punkcie intymności własnej.
Dzierżąc w pamięci gest chwytania rozkołatanego hymnem narodowym serduszka w dłoń nad nim złożoną, jest w stanie kupić wszystko, byle nie skończyć w formie "flaczków" na pobliskim skwerku czy inszej Street. Hamerykańskie filmy dowodzą wprawdzie, że ulice miast większości estetyką dorównują traktom z przeciętnego westernu, ale jednak brud stabilny (codzienny znaczy się) milszy jest oku, niż "ręka, noga, mózg na ścianie".
Obawy te zdają się jednak płonne wobec faktu, iż większość przypadkó przemocy dotyczy ośrodków nauczania - tam to zestressssssowany wielce i nieudale terapeutyzowany na leżance psychologa(co nie dziwi patrząc na poziom współczesnych psychokatorżników bez względu na oyczyźnianą przynależność) czy psychiatry (co już niestety bardziej martwi) nabywają przysługującą im prawnie (choć przecież wyłącznie w obronie własnej) giwerę, po czym zaopatrzeni w tęże, wpadają do szkół rażąc ogniem na oślep.
Ten sposób hekatombowania dziwi, gdyż przeciętny mediopożeracz jest w stanie zaakceptować detonację bombki domowej konstrukcji w miejscu zatłoczonym (vide maraton bostoński), strzelaninę w miejscu emocjonalnego rozpasania (hamerykańska sala kinowa), niż tam, gdzie i tak ma miejsce nieustająca przemoc człowieka wobec człowieka, bo jakże inaczej interpretować zmuszanie kogoś do przyswajania wiedzy?
W skrajnym przypadku ofiary mordu można uznać za szczęśliwców, gdyż raz na zawsze wyzbyli się konieczności wiercenia w ławach, czekania na upragniony dzwonek, który wyzwoli ich z obowiązku mazania kredą na tablicy wszystkich tych zdań, formułek, wykresów i innych dramatycznych odzwierciedleń myśli ludzkiej. Z drugiej zaś strony w tych co przeżyli - po chwili na ochłonięcie (bo przecież nie pod wpływem terapii mocno niedokształconych psychokatorżników) - może pojawić się nawet endomorficzne poczucie satysfakcji, gdy w gronie ofiar znajdzie się (może i nieprzypadkowo) belfer, który szczególnie zalazł za skórę.
cdn.