Dodaj do ulubionych

Do zobaczenia. Albo i nie.

14.07.20, 12:17
Gorzkie, ale prawdziwe.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Prof. Marek Migalski:

ŻEGNAM WAS….

12 lipca ponad 10 milionów wyborców Andrzeja Dudy zdecydowało o tym, kto będzie przez następne pięć lat prezydentem mojego państwa. To ludzie, którym nie przeszkadzało szczucie przez kandydata i pisolubne media na osoby LGBT, Niemców, Żydów (za ich roszczenia majątkowe), wolne media; którzy nie widzieli niczego nagannego w pięcioletnim łamaniu demokracji i wolności przez głowę państwa, w nocnych jego rozmowach z Ruchadełkiem Leśnym czy podporządkowaniu Jarosławowi Kaczyńskiemu. To grupa, w której nadreprezentowany jest elektorat z wykształceniem zasadniczym i zawodowym, mieszkańcy na wsi, starsi wiekiem, zamieszkujący Polskę Wschodnią (to nie ocena, tylko stwierdzenie oczywistych faktów - do sprawdzenia na stronach PKW).Tak, ta masa wybrała mi prezydenta. Ale nie może wybrać mi sposobu życia i tego, jak będzie ono wyglądać.

Przez następne 2-3 lata politykę zastąpi wojna gangów. Kaczyński będzie wojował z Gowinem, Gowin z Ziobro, a Ziobro z Kaczyńskim. Gdzieś w tym wszystkim będzie pałętał się usamodzielniający się Duda. Tak, będzie bardziej niezależny, niż był przez ostatnie pięć lat, bo uwolnił się z łańcucha, na którym trzymał go prezes PiS strasząc, że nie wystawi go w kolejnych wyborach. I ta pocieszna postać będzie teraz starała się być „prezydentem wszystkich Polaków” (a może nawet Polek), bo liczy, że zapisze się w historii nie tylko jako popychadło Kaczyńskiego. Poza tym po skończeniu drugiej kadencji Duda będzie miał dopiero 53 lata i pewnie liczy na jakąś zagraniczną posadkę, ale by ją zdobyć, musi jednak być kimś więcej, niż marionetką starego prezesa jednej z partii. Więc tak, będzie wykonywał jakieś pojednawcze gesty, a PSL czy Konfederacja będą kuszone przez PiS wejściem do koalicji, po ewentualnej rozprawie z Gowinem. Ktoś z kimś będzie toczył gangsterskie wojny – jak kiedyś „puławianie” z „natolińczykami” w łonie PZPR.

Najbliższe lata będą straszne i obrzydliwe, choć nie będzie tak źle, jak myślą wszyscy ci, którzy głosowali na R. Trzaskowskiego (nie będzie też tak dobrze, jak sądzą wyborcy Dudy). Pamiętajcie, tu jest Polska, a to znaczy, że tu nic nie jest na poważnie i do końca. Tu nic się w polityce nie udaje – nie udał się Polakom faszyzm przed wojną, nie udał się im komunizm po niej. I nie udała się też demokracja po 1989 roku. Ten miękki autorytaryzm też się nie uda, bo budują go nie groźni perfekcjoniści, lecz Gang Olsena, chytre na „pieniążki” gapy, nieudacznicy, którzy przegrywali przez całe życie z lepszymi od siebie. Dlatego tak nienawidzą III RP – bo w niej byli tylko aspirantami do władzy, do stanowisk na uczelniach, w mediach, w biznesie. W sumie to nieszczęśliwi popaprańcy. Tyle, że zrozumieli, iż takich, jak oni, są miliony i że mogą razem rozwalić państwo, w którym im do tej pory nie wychodziło.

Prawdziwa polityka skończyła się na jakieś dwa, dwa i pół roku – zastąpiona przez wojnę gangów i potyczki natolińczyków z puławianami w ramach PZPR. Dlatego nie ma tu roboty dla politologa. Może dla byłych kremlinologów, którzy z odległości od Breżniewa na trybunie pierwszomajowej wnioskowali o spadaniu lub pięciu się górę poszczególnych aparatczyków, znajdzie się tu jakieś zajęcie, ale dla mnie raczej nie będzie niczego ciekawego do komentowania. Pewnie nie robiłbym tego gorzej, niż ci, którzy stawią się ochoczo do tej pracy, ale mam w planach ciekawsze zajęcia na najbliższe kilkadziesiąt miesięcy. Nie chce mi się patrzeć na te gęby usatysfakcjonowane triumfem, utuczone na państwowych posadkach, butne w swej pysze i pełne nacjonalistycznych pohukiwań oraz szczucia na słabszych. Mam na siebie nieco inny pomysł. Już teraz ich widok psuł mi nastrój. Obecnie, gdy mają pełnię władzy i trzyletnią perspektywę czerpania łychami w państwowej michy, oglądanie ich za dużo kosztowałoby mnie psychicznie. To nie na moje skołatane, stare nerwy.

Dochodzi do tego także irytacja na polityków (oraz po części wyborców) opozycji. Oni w sumie też nikogo nie chcą słuchać. Mogłem w czasie kampanii pisać co tylko mi do głowy przyszło i mówić o tym wszem i wobec, ale nikogo to nie obchodziło. Gdyby choć jeden strasznie zajęty sztabowiec R. Trzaskowskiego skorzystał z moich sugestii, być może dziś Duda nie mościłby się w pałacu prezydenckim na następną kadencję. Bo te wybory były dla demokratów do wygrania, ale oni nikogo nie chcieli słuchać, pewni swoich racji i już rozdzielający między siebie stanowiska w kancelarii prezydenta. Miałem od dłuższego czasu poczucie mówienia w pustkę. Lub tylko do siebie. Co na jedno zresztą wychodzi. I już mi się nie chce.

Żeby rzetelnie wykonywać obowiązki komentatora politycznego, trzeba być na bieżąco. Trzeba śledzić, co kto o kim powiedział, czytać prasę codzienną, śledzić portale internetowe. Słowem – należy poświęcać wiele czasu na obserwowanie bieżącej polityki. Robiłem to przez lata i chyba nawet nieźle mi to wychodziło. Ale polityka właśnie się skończyła – zastąpiona wojną gangów, frakcji, koterii wewnątrz obozu władzy. Nie mam ochoty i czasu na śledzenie tego, zatem muszę zrezygnować z obowiązków komentowania bieżącej polityki. O czym, niniejszym, zawiadamiam. A o tym, że nie mam „obowiązków polskich” wie każdy, kto czytał mój „Naród urojony” czy „Budowanie narodu”. Zatem zostawiam na pewien czas tę populację, zamieszkującą między Bugiem a Odrą, bez moich komentarzy. Poradzi sobie beze mnie. A ja bez niej.

Oczywiście, jeśli jakieś medium będzie chciało ze mną przeprowadzić poważną rozmowę na poważne tematy, to jestem do dyspozycji. Zwłaszcza gdyby można było wykorzystać moją wiedzę o neuropolityce, która w warunkach polskich chyba jest unikatowa. Jeśli znajdą się czytelnicy, widzowie, słuchacze zainteresowani tym, co sądzę o ogólnoświatowych trendach, o sytuacji Polski w tym, co dzieje się w globalnej polityce, o wpływie nauk biologicznych na rozumienie i uprawianie polityki, wówczas będę więcej, niż szczęśliwy, mogąc podzielić się swoimi przemyśleniami na te tematy. Ale nie liczcie już na mnie w dziele komentowania tego, co jeden aparatczyk powiedział o drugim oraz co sądzę o wczorajszym skandalicznym zachowaniu tego czy owego ministra czy posła.

Moi Drodzy, właśnie kończę pisać bardzo ważną dla mnie książkę o tym, jak neurobiologia, kognitywistyka i prymatologia tłumaczą kryzys liberalnej demokracji oraz…podpowiadają jak ją ratować (to rozwinięcie mojego ostatniego dzieła, napisanego we współpracy z wybitnym memetykiem z mojego uniwersytetu, „Homo Politicus Sapiens. Biologiczne aspekty politycznej gry”) oraz dokonuję finalnych poprawek w mojej najnowszej powieści. Jutro lecę do Toskanii. Opiekuję się także moimi starzejącymi się już kotkami. I cieszę się na powrót października, kiedy znów będę mógł prowadzić wykłady dla moich studentów. To są ważne sprawy (oczywiście kontakty interpersonalne także!). Temu będę się poświęcał w najbliższej przyszłości. Oczywiście, że od czasu do czasu coś sobie z polskiego bagienka politycznego skomentuję tu i ówdzie, ale nie liczcie na to, że na moich mediach społecznościowych będzie tego dużo. Udaję się na zasłużoną wewnętrzną emigrację.

Dlaczego? Bo nic tu po mnie; bo mam 51 lat i nie wiem, kiedy umrę; bo jest tyle krajów do zwiedzenia i ludzi do poznania; tyle książek do przeczytania i napisania; bo i tak nikt nie słucha politologów; trzeba dać tej władzy zadławić się państwowymi fruktami; bo trzeba dać demosowi czas, by zobaczył, kogo wybrał i by zawył w poszukiwaniu nowego władcy; bo zawsze warto usiąść na brzegu rzeki i czekać aż trup naszego wroga spokojnie nadpłynie.

Bo życie jest piękne i nie można go tracić na rzeczy, które nam to piękno przesłaniają.

Do zobaczenia. Albo i nie.

Obserwuj wątek
    • sorel.lina Re: Do zobaczenia. Albo i nie. 14.07.20, 13:49
      Rafał Trzaskowski
      27 min

      Szanowni Państwo! Kochani!

      Za nami wszystkimi bardzo intensywny okres. Te kilka kampanijnych tygodni to czas, który wielu z nas dał nadzieję na lepszą Polskę. Na niezależną, silną prezydenturę, która stanie się przeciwwagą dla rządzącej większości. Prezydenturę, która sprawi, że najbardziej kontrowersyjne i szkodliwe zmiany mogłyby natrafić na jakikolwiek opór, a nie pędzić przez całą ścieżkę legislacyjną w kilkanaście godzin. To w tych wyborach się nie udało, chociaż trzymam za słowo Prezydenta Andrzeja Dudę, że jego druga kadencja będzie inna. I będziemy tego pilnowali.

      Ale Kochani, w tym wyborach udało się coś wielkiego. Mój niedzielny rezultat to trzeci najwyższy wynik wśród kandydatów w historii wyborów prezydenckich w Polsce po 1989 r. Wiele z Was głosowało poza miejscem zamieszkania, na wakacjach, urlopach, wyjazdach – dziękuję, że nie odpuściliście wyborów! Ogromne poparcie popłynęło także z głosów oddanych za granicą – tutaj też wielkie podziękowania za chęć, za wiarę i zaufanie. Wiem, że w wielu przypadkach musieliście włożyć w to więcej energii i czasu – np. stojąc w długich kolejkach, jak w Splicie. Należy Wam się wielki szacunek za Waszą postawę! To wszystko przełożyło się na to, że zmobilizowaliśmy się w niesamowitej wręcz skali - ponad 10 milionów Polek i Polaków opowiedziało się w drugiej turze za moją kandydaturą. Za wizją otwartej, tolerancyjnej Polski. Polski opartej na lokalnych sprawach, na samorządach, na władzy blisko ludzi. Polski, która szanuje swoich obywateli, nie obraża ich, nie dzieli, nie szczuje na siebie. Nie ma mowy, aby obrażać się na wynik – takie są zasady demokracji.

      Bo ten wynik to naprawdę wielki kapitał zaufania, za który serdecznie dziękuję. Kandydowałem, bo wierzyłem, że zmiana na stanowisku prezydenta może przynieść pozytywną zmianę dla całego naszego kraju – także dla mojego ukochanego miasta, Warszawy. Bo w moim programie zakładałem m.in. rozwiązania chroniące samorządy przed obecną, centralistyczną polityką rządu. Ale wciąż wierzę, dzięki Wam, że pomimo ostatecznego wyniku coś się może zmienić. I zmieni! Jesteśmy o wiele bardziej świadomi tego, co robi władza i będziemy wspólnie patrzeć je na ręce. Jesteśmy o wiele bardziej świadomi tego, jak ważne są nasze lokalne społeczności – dlatego musimy je wspólnie wzmacniać. I w końcu jesteśmy świadomi tego, że jak chcieć, to móc. Kampania była ekstremalnie krótka – mieliśmy zaledwie 1/3 budżetu i czasu w porównaniu z innymi kandydatami. Ale energii, zaangażowania i chęci było ponad miarę. To pokazał wynik. Mówiłem to w trakcie kampanii, ale napiszę raz jeszcze. Kochani! Zobaczcie ile udało nam się zbudować przez 2 miesiące i pomyślcie, ile możemy nauczyć się i wypracować przez kolejne miesiące i lata!

      Szanowne warszawianki i warszawiacy! Obiecuję Wam, że zamierzam nadal ciężko pracować na rzecz stolicy. A także nadal, w porozumieniu z samorządowcami z całej Polski, bronić tego fantastycznego dorobku, jaki udało się wypracować przez 30 lat samorządności. Bo nie tyle wierzę, ale wiem, że warto.

      Dziś razem z moimi współpracownikami omawiamy kwestie rozwoju programu bezpłatnych żłobków oraz budowy tanich miejskich mieszkań na wynajem. Celem nadal jest #WarszawaDlaWszystkich – i do tego celu będę konsekwentnie dążył. Razem z Wami!
      Do zobaczenia na mieście

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka