Dodaj do ulubionych

Trump. Egzegeza.

13.11.20, 11:33

Autor: prof. Roman Kuźniar

Roman Kuźniar jest profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, był dyplomatą, byłym dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.


W Pekinie, Moskwie czy Pjongjang Trump był odbierany jako dar niebios. Polska PiS cieszyła się uznaniem Trumpa nie tylko dlatego, że sporo mu płaciła, ale również za ordynarny nacjonalizm, odwrót od demokracji i wojnę z Unią Europejską. PiS będzie miał problem z Bidenem

Polska PiS cieszyła się uznaniem Trumpa nie tylko dlatego, że sporo płaciła, ale również za jej ordynarny nacjonalizm, odwrót od demokracji i za jej wojnę z Unią Europejską. Poparcie Trumpa było jej jedyną międzynarodową legitymizacją. Dlatego trzeba mieć nadzieję, że zwycięstwo Bidena przyczyni się do pozytywnych zmian w Polsce, w takim samym stopniu, jak wsparcie Trumpa pomagało odchodzić Polsce od polityki demokratycznej i europejskiej” – pisze profesor Kuźniar.
Cytując ostatnią książkę Brzezińskiego surowo ocenia Stany Zjednoczone jako państwo schyłku. „American Dream stał się dla wielu American Nightmare”.

Poniżej cały tekst prof. Kuźniara.

cdn.
Obserwuj wątek
    • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 11:37
      Socjopata? Nie, to nie jest moje określenie na Donalda Trumpa.

      Jego autorem, nawet w wersji mocniejszej, pełniej oddającej osobowość Trumpa – „narcystycznego socjopaty” – jest znany amerykański prawnik George Conway. Jako republikanin z poglądów był nawet przymierzany do jednego z ważniejszych stanowisk w administracji Trumpa, a jego żona zajmowała znaczące stanowisko w Białym Domu przez pierwsze trzy miesiące kadencji Trumpa.

      Rzecz w tym, że „socjopata”, nawet „narcystyczny” oddaje jedynie cząstkę aberracji, jaką był i pozostaje jeszcze przez chwilę 45. prezydent USA. Samego siebie postrzegał jak prezesa wielkiej korporacji pod nazwą USA, jednej z tych, o których nawet ich szefowie mówią „big and ugly”.

      Stawka tych wyborów: prezydent prozachodni czy antyzachodni

      Te wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych słusznie są uważane za najważniejsze od przynajmniej stu lat. W mojej długiej już pamięci nie mam amerykańskich wyborów o stawce tak wielkiej jak obecne. Ich stawką nie było to, czy prezydentem USA zostanie demokrata czy republikanin, zwolennik międzynarodowego zaangażowania Stanów Zjednoczonych lub ostrożności w tym względzie, ekonomiczny interwencjonista lub neoliberał.

      Z naszego, europejskiego i polskiego punktu widzenia, stawką było to, czy będziemy mieć zachodniego czy niezachodniego, a właściwie antyzachodniego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Bo przecież tym drugim okazał się Donald Trump.

      Inne części świata, inne kraje czy przywódcy mogli go inaczej odbierać. Niektórzy ledwo ukrywali satysfakcję, że Ameryka postawiła na kogoś takiego. Dawało to większą swobodę manewru, a Putin czy Kim Dzong Un mogli liczyć na zaskakujące nawet dla nich samych uznanie ze strony prezydenta USA. W Pekinie tak nierozumny prezydent USA był odbierany jako dar niebios.

      Jedynym szefem z Europy, z którym Trump czasem lubił się spotkać był Andrzej Duda, choć i jemu zdarzyło się popaść w przejściową niełaskę z powodu niesławnej ustawy o IPN.

      Nie chodzi jednak o sympatie czy złe humory Trumpa okazywane przywódcom państw europejskich, choć były one przejawem czegoś głębszego. Otóż, jeśli w Polsce i w Europie mamy prawo cieszyć się ze zwycięstwa Joe Bidena, to dlatego, że Trump przez cztery lata swojej kadencji systematycznie dewastował stosunki transatlantyckie, systematycznie rujnował fundamenty względnej jedności Zachodu wobec głównych problemów międzynarodowych.

      cdn.
      Za to my w Europie mieliśmy powody do zmartwienia. Z europejskimi przywódcami Trump miał złe relacje, źle się o nich wypowiadał, wolał się z nimi nie spotykać, a jeśli musiał, to krzywił się lub kończył spotkania przed czasem. Zdarzyło się też, że zmykał na spotkanie z Putinem, gdzie zresztą czekało go ośmieszenie.
      • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 11:42
        Otwarta wrogość wobec Unii i cztery inne grzechy Trumpa

        Polegało to, po pierwsze, na ostentacyjnym wręcz demonstrowaniu wrogości wobec UE oraz życzeniu jej dezintegracji, postrzeganiu jej jako większego zagrożenia dla interesów USA niż Chiny (!).

        To pierwszy prezydent USA, który życzył rozpadu powstałej na początku lat 50. europejskiej wspólnocie (obecnie Unii).

        Po drugie, to pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych, który okazywał obojętność Sojuszowi Atlantyckiemu, określał Sojusz jako przestarzały i anachroniczny, wręcz zbędny w nowych czasach i rozważał wyprowadzenie USA z NATO.

        Sprawy bezpieczeństwa rozumiał na cokolwiek mafijny sposób: ochrona za pieniądze.

        Innymi słowy: zapłacicie, to rozważymy wzięcie was pod nasz parasol. Taka postawa uderzała w wiarygodność Sojuszu, podważała zaufanie do jego pewności.

        Po trzecie, kierując się niechęcią do Europy i wspólnoty atlantyckiej, ale także demonstrując egoistyczny unilateralizm siłacza, Trump zatopił niemal gotowy projekt ekonomicznego NATO. Chodzi o starannie wynegocjowaną wspólną strefę handlu i inwestycji (TTIP), która gdyby została przyjęta, wnosiłaby do gospodarki światowej wyższe standardy i dawałaby Zachodowi atut w relacjach gospodarczych z Chinami.

        Trump zawsze stawiał na porozumienia dwustronne, bo wtedy jako mocarstwo Ameryka mogła dyktować warunki słabszym partnerom. Tak jak dzieje się to wobec Polski w sferze obronności.

        Owo niszczenie związków w obrębie wspólnoty zachodnich demokracji było pochodną moralnego nihilizmu prezydenta USA. W jego zachowaniu i postawie, wyniesionej żywcem ze świata szemranego biznesu, nie było śladu przywiązania do zachodnich wartości, do praw człowieka i podstawowych wolności. Stąd m.in. jego zamiłowanie dla kontaktów z autorytarnymi przywódcami w różnych częściach świata.

        Władza i zysk, to jedyne wartości jakim hołdował w czasie swej prezydentury. Samego siebie postrzegał jako prezesa wielkiej korporacji pod nazwą USA, jednej z tych, o których nawet ich szefowie mówią „big and ugly”.

        I to dlatego, po piąte, Trump nie uważał, aby Zachód miał coś światu do zaoferowania w sferze idei czy modelu rozwoju. W jego myśleniu i praktyce nie było miejsca na aktywny Zachód, który coś wnosi do porządku międzynarodowego, jest jednym z jego filarów i zarazem potrafi wspólnie bronić swych wartości i interesów.

        cdn.
        • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 11:48
          Biden, czyli pięć szans na zmianę


          Zwycięstwo Bidena zmienia, choć nie automatycznie, sytuację we wszystkich pięciu obszarach stosunków euro-amerykańskich, w których Trump doprowadził do dramatycznego regresu.

          Jest zatem szansa na ich odnowę, co stanowi zarazem konieczną przesłankę do rewitalizacji zaangażowania zachodnich demokracji na rzecz kształtowania porządku międzynarodowego i rozwiązywania problemów globalnych, z pożytkiem dla reszty świata. Jedność Zachodu jest tym bardziej potrzebna, że ta „reszta” przestaje być „resztą” w tradycyjnym rozumieniu, staje się poważnym partnerem lub potężnym rywalem.

          O jakie sprawy tu chodzi? W jakich obszarach za sprawą Trumpa doszło do wyłączenia lub pogorszenia pozycji Zachodu i pogorszenia stanu stosunków międzynarodowych?

          Po pierwsze, skuteczność wielostronnych instytucji międzynarodowych. Chodzi tu o powszechnie dostrzegany kryzys multilateralizmu, który może przełamać demokratyczna administracja Bidena we współpracy z Unią Europejską. Tylko powrót do multilateralizmu i umocnienie porządku opartego o międzynarodowe normy może uchronić świat przed powrotem brutalnej Power Politics.

          Po drugie, chodzi o budowę cywilizowanego globalnego porządku gospodarczego, w którym respektuje się prawa i interesy słabszych, i który nie tylko przestaje szkodzić środowisku naturalnemu, lecz sprzyja jego regeneracji.

          Po trzecie, dzięki zwycięstwu Bidena współpraca USA i UE może przywrócić należną rangę prawom człowieka, sprawom humanitarnym i pozycji demokracji w świecie, a co Trumpowi było zupełnie obojętne.

          Po czwarte, współpraca USA i UE jest niezbędna dla pokojowego włączania Chin w rozwiązywanie spraw globalnych, a przy tym w sposób, który skutecznie, choć nie konfrontacyjnie, będzie temperować coraz częściej ujawniane hegemoniczne apetyty Państwa Środka.

          I wreszcie po piąte, skuteczny udział w zapewnianiu bezpieczeństwa międzynarodowego, w tym w sferze kontroli i ograniczania zbrojeń. Tutaj Ameryka Trumpa nie tylko abdykowała, ale stała się wręcz czynnikiem destruktywnym.

          To tylko najważniejsze z długiej listy problemów, wobec których możemy liczyć na nowe podejście Ameryki. Oznacza ono bliską współpracę i koordynację działania z Europą, zarówno z UE jak i z głównymi państwami, które podzielą podejście Bidena w sprawach międzynarodowych. Problem w tym, że nie należy do nich Polska PiS.

          cdn.

          • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 11:52
            Musimy jednak pamiętać, że wprawdzie Biden ma wielkie doświadczenie w polityce zagranicznej, to jego pierwszym zadaniem będzie przeprowadzenie rekonwalescencji samej Ameryki, jej skrajnie podzielonego społeczeństwa oraz dysfunkcjonalnego systemu politycznego.

            Nawet jeśli zgodzimy się wszyscy, może poza politykami PiS, że Trump w roli prezydenta był swego rodzaju aberracją, to przecież nie jest aberracją jego elektorat.

            Zarówno warunki jak i ludzie, którzy dali mu władzę, są produktem schorzeń i deformacji w rozwoju Ameryki ostatnich kilku dekad. Są produktem pogorszenia a nawet degeneracji „American way of life”, która już dawno straciła swój blask.

            „American dream”, to już dziś przeszłość, dla wielu to raczej „American nightmare”.

            Warto przypomnieć, że w swojej ostatniej przed śmiercią książce „Strategiczna wizja” (2013), Zbigniew Brzeziński porównuje Stany Zjednoczone początku obecnej dekady do późnego Związku Sowieckiego. Miał na myśli:

            - niezdolność systemu politycznego do reformowania się i do reformowania kraju,
            - oderwanie rządzącej elity od rzeczywistości własnego kraju (jej życie we własnym świecie i dla siebie),
            - brak wrażliwości polityków na problemy i warunki życia większości społeczeństwa,
            - przykładanie nadmiernej wagi do zbrojeń, wydatków na nie i ich roli w polityce zagranicznej.

            Nie przypadkiem świetny ekonomista (noblista) Paul Krugman zastanawia się w ostatnim komentarzu w „The New York Times”, czy przypadkiem Ameryka nie staje się państwem upadłym. Chodzi mu o skuteczne blokowanie niezbędnych reform przez Kongres (w Polsce można mieć nawet skojarzenie z czasami Pierwszej Rzeczpospolitej, kiedy magnateria blokowała królewskie inicjatywy naprawy).

            Barack Obama obiecywał zmianę, próbował ją przeprowadzić i przegrał, co utorowało Trumpowi drogę do Białego Domu, z którego nie chce się pomimo przegranej wyprowadzić i skąd trzeba go będzie wyciągać jak słynną rzepkę z rosyjskiej bajki.

            Joe Biden będzie musiał nie tylko odbudowywać społeczną spoistość i jedność Ameryki, nie tylko jej zepsuty system polityczny, ale także moralny fundament jej międzynarodowej wiarygodności.

            cdn.
            • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 11:55
              Biden a sprawa polska

              Amerykańskie wybory, także do obu izb Kongresu, dotyczą spraw całego świata. W Pekinie i Moskwie z pewnością wstrzymano oddech, podobnie jak na Bliskim Wschodzie i w całej Unii Europejskiej. Zwłaszcza w Niemczech, które Trump systematycznie upokarzał i w faworyzowanej przez niego na złość Berlinowi Polsce, za co rząd PiS sowicie płacił publicznymi pieniędzmi.

              Polska PiS cieszyła się uznaniem Trumpa nie tylko dlatego, że sporo płaciła, ale również za jej ordynarny nacjonalizm, odwrót od demokracji i Europy, za jej wojnę z Unią Europejską.


              Poparcie Trumpa było jedyną międzynarodową legitymizacją obozu „dobrej – lub jak kto woli – dojnej zmiany”. Było to ze szkodą dla Polski i Polaków.

              Dlatego

              - trzeba mieć nadzieję, że zwycięstwo Joe Bidena przyczyni się do pozytywnych zmian w Polsce, w takim samym stopniu, jak wsparcie Trumpa pomagało odchodzić Polsce od polityki demokratycznej i europejskiej.

              Nie musimy się przy tym obawiać osłabienia zaangażowania USA w bezpieczeństwo naszej części Europy, w tym Polski. Z tą różnicą, że dla Bidena bezpieczeństwo, demokracja, prawa człowieka idą ręka w rękę. Na tym przecież polegało w latach 90. jego wsparcie dla naszego członkostwa w NATO.
              W miejsce przyjaciela PiS, do Białego Domu przychodzi przyjaciel Polski i Polaków.
              • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 12:02
                Piotr Tarczyński

                Wygranej Joego Bidena w wyborach prezydenckich nie będzie w stanie podważyć nawet Sąd Najwyższy USA. Dlaczego więc Donald Trump uparcie twierdzi, że to on wygrał? Odpowiedzi trzeba szukać i w polityce, i w psychice (nie)ustępującego prezydenta

                Donald Trump został jednym z ledwie dziesięciu prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych, którym wyborcy odmówili drugiej kadencji. W minionym półwieczu było takich dwóch: Jimmy Carter, pokonany przez Ronalda Reagana w 1980 roku, i George Bush senior, z którym w roku 1992 wygrał Bill Clinton (Geralda Forda nie liczę, bo zastąpił Nixona, nie był nigdy wybrany w wyborach).

                Teraz Trump będzie musiał poradzić sobie w roli eksprezydenta – kiedy wreszcie pogodzi się z porażką. A raczej: „o ile”, nie jest bowiem powiedziane, że kiedykolwiek to nastąpi.

                Trump nie potrafi przegrywać – każdą porażkę próbuje przedstawiać jako sukces, szuka winy wszędzie, tylko nie w sobie, w nieskończoność rozpamiętuje krzywdy, jakich rzekomo doznał. Nawet kiedy wygrywa – jak w 2016 roku – uważa, że został oszukany.

                Najpierw twierdził, że przegrał z Hillary Clinton w głosowaniu powszechnym tylko dlatego, że zagłosowały „miliony nielegalnych imigrantów” (żadnych dowodów na to nie znaleziono), a potem upierał się (wbrew faktom), że zgromadził największe tłumy na inauguracji prezydenckiej w historii kraju.

                Póki co obstaje przy tym, że wynik wyborów prezydenckich nie jest jeszcze rozstrzygnięty, a nawet więcej, że to on wygrał – i to znaczną przewagą. „Jeśli policzyć wszystkie legalne głosy, to wygrałem, i to bardzo”, oświadczył dwa dni po wyborach, a od tamtej pory regularnie wypisuje na Twitterze kolejne, niczym niepotwierdzone „przykłady” masowych oszustw („Fałszywe głosy w Nevadzie!”, „nieprawidłowości w Detroit!”, „Naszych obserwatorów nie dopuszczono do liczenia głosów w Pensylwanii!”) i zapowiada zwycięstwo. Ciekawe, że ani słowem nie wspomina o tamtych milionach nielegalnych imigrantów z 2016 roku. Jeśli tym razem udało się ich powstrzymać, to chyba by się tym pochwalił – a jeśli nie i znowu oddali głosy, to na tym powinien skupić się przede wszystkim, zamiast kwestionować jakieś 53 karty do głosowania w Georgii. Konsekwencji brak nie tylko w tym: skoro Demokraci dopuścili się masowych fałszerstw, to dlaczego doliczyli głosy tylko Bidenowi, a nie znajdującym się niżej na karcie swoim kandydatom do Senatu czy stanowych legislatur, gdzie ponieśli serię porażek? Nie wiadomo.

                Konferencja prasowa przed firmą ogrodniczą

                Wysiłki na rzecz zakwestionowania wyniku w poszczególnych stanach nie sprawiały – eufemistycznie rzecz ujmując – wrażenia szczególnie profesjonalnych, przynajmniej na początku. Osobisty prawnik prezydenta Rudy Giuliani, były burmistrz Nowego Jorku, zwołał konferencję w Filadelfii, największym mieście Pensylwanii, ale jego ludzie się pomylili. Zamiast zarezerwować luksusowy hotel Four Seasons, zaprosili dziennikarzy pod siedzibę niewielkiej firmy ogrodniczej Four Seasons Total Landscaping, hen na przedmieściach miasta. Stojąc przed obskurnym baraczkiem, Giuliani zapowiadał liczne pozwy na rzecz unieważnienia części głosów w jednych stanach, a powtórzenia liczenia – w innych. Równocześnie sztab Trumpa nie uzbierał 3 milionów dolarów, koniecznych na ponowne liczenie głosów w Wisconsin (przegrany ma prawo domagać się ponownego przeliczenia, ale na własny koszt). Z braku wiarygodnych dowodów na jakiekolwiek oszustwa, sądy odrzucają też pierwsze pozwy Republikanów.

                Cudów nad urną nie potwierdzają bowiem urzędnicy w żadnym ze stanów.

                Wbrew twierdzeniom Trumpa, że wszystkie kluczowe stany kontrolują Demokraci, za organizację wyborów odpowiadają tam przedstawiciele z różnych partii – w Nevadzie czy Georgii Republikanie, w Pensylwanii czy Michigan Demokraci.
                Rzekome „dowody” okazują się plotkami, których „świadkowie” nie chcą powtórzyć pod przysięgą (jak ostatnio urzędnik pocztowy z Pensylwanii, który przyznał, że swoje rewelacje zmyślił).
                Nie brak też dokonywanych przez pro-Trumpowską propagandę przeinaczeń: w Pensylwanii republikańscy obserwatorzy przyglądali się liczeniu głosów na takich samych zasadach, jak obserwatorzy Demokratów, z odległości 1,8 metra – nie zgodzono się natomiast, by mogli podchodzić bliżej. W Detroit faktyczne nie wpuszczono republikańskich obserwatorów, bo w lokalu już przebywała ich maksymalna dozwolona liczba.

                cdn.
                • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 12:08
                  Czy Trump ma jednak realną szansę na zmianę wyniku wyborów?

                  Choć część prawicy usiłuje porównywać obecną sytuację z tą sprzed 20 lat, kiedy Demokrata Al Gore domagał się powtórnego przeliczenia głosów na Florydzie, wtedy wynik zależał od kilkuset głosów w jednym hrabstwie. Teraz Biden prowadzi w kilku kluczowych stanach o kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy głosów.

                  W Georgii – gdzie w środę władze stanu zapowiedziały powtórne przeliczenie – Biden wyprzedza Trumpa o 14 tysięcy głosów.

                  Na prawicy słychać wprawdzie opinie, że nie wszystko jeszcze stracone: jedni wskazują na teoretyczną możliwość wysłania konkurencyjnych elektorów, np. z Michigan, inni liczą na wiceprezydenta Mike’a Pence’a, który w styczniu, na połączonym posiedzeniu obu izb Kongresu, będzie oficjalnie podliczał głosy. Wszystko po to, by liczba elektorów Bidena spadła poniżej 270, co uruchomiłoby procedurę wyboru prezydenta przez Kongres i dałoby szansę Trumpowi.
                  Wszystko to należy jednak bardziej do dziedziny political fiction i
                  po cichu współpracownicy prezydenta przyznają, że na wygraną nie ma już szans i nawet nie ma co liczyć w tej sprawie na konserwatywną większość w Sądzie Najwyższym

                  Publicznie Republikanie wspierają jednak prezydenta. Członkowie administracji otwarcie demonstrują lojalność – szef Departamentu Sprawiedliwości William Barr, dał podległym sobie prokuratorom zielone światło do zbadania „konkretnych przypadków” fałszerstw.

                  Wygranej pogratulowali Bidenowi tylko nieliczni przedstawiciele Partii Republikańskiej, jak senatorki Susan Collins, Lisa Murkowski, senator Mitt Romney, były kandydat na prezydenta wyborach osiem lat temu, a także eksprezydent George W. Bush. Kierownictwo Republikanów stoi za Trumpem: Ronna McDaniel, szefowa komitetu krajowego partii (skądinąd bratanica Romneya), Kevin McCarthy, szef partii w Izbie Reprezentantów, oraz najważniejszy z nich, Mitch McConnell, lider senackiej większości. Choć milczał wyczekująco prawie tydzień, w poniedziałek oświadczył wreszcie, że „prezydent Trump ma pełne prawo przyjrzeć się nieprawidłowościom i ocenić swoje możliwości prawne”.

                  Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o Senat

                  Czy naprawdę wierzą w to, że Trump może jeszcze wygrać? Raczej nie. Wydaje się, że chodzi o styczniową dogrywkę wyborów do Senatu. Od dwóch foteli w Georgii zależeć będzie to, która partia obejmie kontrolę nad Senatem, kluczową instytucją w amerykańskim systemie politycznym.
                  Trump przegrał wprawdzie w Georgii z Bidenem, ale to wciąż stan uważany za „czerwony” i wygrana republikańskich kandydatów jest bardzo prawdopodobna. Nic więc dziwnego, że partyjna wierchuszka nie chce narażać się ani Trumpowi, ani partyjnym dołom, wśród których prezydent cieszy się ogromną popularnością. Hasło „Demokraci ukradli nam wybory” z pewnością okaże się znakomitym narzędziem mobilizowania prawicowego elektoratu, zwłaszcza jeśli w kampanii wyborczej weźmie udział sam prezydent. Według badania przeprowadzonego przez Politico/Morning Consult blisko 3/4 republikańskich wyborców wierzy w to, że doszło do oszust wyborczych na szeroką skalę.

                  cdn.
                  • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 12:10
                    W krótkiej perspektywie teza o ukradzionych wyborach ma osłodzić Trumpowi porażkę, ochronić kruche ego człowieka, dla którego „przegryw” jest największą z obelg.

                    Jak wiemy z historii biznesowej Trumpa, ilekroć grozi mu przegrana w sądzie, podpisuje ugodę – wypłaca odszkodowanie, ale w zamian może mówić, że nie przegrał. Stoi to w całkowitej sprzeczności z deklarowanym publicznie paradygmatem wygranej i porażki, ale od kiedy to wierność (przekonaniom, deklaracjom czy żonom) ma dla Trumpa jakiekolwiek znaczenie?
                    Sęk w tym, że tym razem żadna ugoda nie wchodzi w grę, więc Trump potrzebuje czegoś innego. Będzie mógł wycofać się do swojej florydzkiej rezydencji Mar-a-Lago w przekonaniu, że skrzywdzono go i oszukano, a nie, że został pokonany przez „Śpiącego Joe”, „najgorszego kandydata w historii”, jak miał w zwyczaju określać Bidena.

                    cdn.
                    • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 12:13
                      W szerszym planie chodzi jednak o stworzenie nowego mitu założycielskiego trumpizmu, który jeszcze długo pozostanie istotną siłą w polityce Stanów Zjednoczonych.

                      Amerykańskie partie polityczne dotychczas stanowiły raczej koalicje różnych frakcji ideologicznych czy geograficznych, a nie monolityczne bloki. Urzędujący lub (do czasu wyłonienia nowego kandydata) były prezydent odgrywał istotną rolę nieformalnego lidera swojego obozu, ale nigdy jeszcze żaden prezydent nie miał takiej kontroli nad swoją partią, jaką ma dziś Donald Trump. Mówienie, że Partia Republikańska stała się Partią Trumpa, nie jest żadną przesadą. Symbolicznie potwierdzono to na tegorocznej konwencji partyjnej – po raz pierwszy w stupięćdziesięcioletniej historii delegaci nie przyjęli programu wyborczego, tylko zadeklarowali lojalność wobec swojego prezydenta.

                      Gdyby jego przegrana była większa, doszłoby zapewne do jakiejś próby rozliczenia trumpizmu, ale rola „umiarkowanych Republikanów” pozostanie w najbliższym czasie znikoma.
                      Sytuacja będzie taka sama, jak w ciągu ostatnich czterech lat, kiedy prywatnie wielu republikańskich polityków sarkało na Trumpa, ale nie chcieli się narażać twardemu elektoratowi, więc publicznie albo go wspierali, albo nabierali wody w usta. Kontrolę nad partią będzie sprawować Trump i jego lojaliści – i to nie tylko za pomocą Twittera, gdzie można dyktować bazie co robić, kogo popierać, a kogo zwalczać.
                      Kilka dni po wyborach Trump zarejestrował swój nowy PAC (political action committee, komitet akcji politycznej) o nazwie „Save America” (Ocalić Amerykę), czyli (nieco upraszczając) organizację do zbierania i wydawania praktycznie nieograniczonych funduszy na kampanie wyborcze.

                      PAC Trumpa będzie siłą, z którą musi się liczyć każdy kandydat chcący zdobyć nominację Partii Republikańskiej na jakiekolwiek stanowisko.

                      Z pewnością przyda mu się też, jeśli postanowi odzyskać to, co mu „ukradziono”. Jak donoszą źródła z Białego Domu, prywatnie Trump już dawno zapowiedział, że w razie przegranej, w roku 2024 wystartuje ponownie.
                        • sorel.lina Re: Trump. Egzegeza. 13.11.20, 21:18
                          Papież Franciszek gratuluje Bidenowi, drugiemu katolickiemu prezydentowi w historii USA


                          W czwartek, 12 listopada, w czasie rozmowy telefonicznej, Papież Franciszek złożył gratulacje prezydentowi elektowi Joe Bidenowi. Biden będzie drugim katolickim prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, po Johnie. F. Kennedym.

                          Biden znany jest jako głęboko pobożny człowiek, często wygłaszający przemówienia z odniesieniami do języka biblijnego lub papieża. W ostatnim tygodniu kampanii prezydenckiej Biden zacytował antypopulistyczny fragment ostatniej encykliki papieża.

                          "Prezydent elekt wyraził chęć współpracy w oparciu o godność i równość całej ludzkości w takich kwestiach, jak opieka nad biednymi, zajęcie się kryzysem zmian klimatycznych oraz integracja imigrantów i uchodźców w naszych społecznościach” - czytamy w papieskim oświadczeniu po rozmowie.

                          Franciszek otwarcie mówił o tych kwestiach i wielokrotnie wzywał światowych przywódców do podjęcia dalszych działań w celu stawienia im czoła. Biden przedstawił ambitne plany walki z kryzysem klimatycznym i planuje podnieść limit przesiedleń uchodźców w Stanach Zjednoczonych, który Trump obniżył do rekordowego niskiego poziomu.

                          / Dziennik Polonijny/

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka