budrus
01.11.09, 12:25
Mój Ojciec przepracował w kopalni 14 lat (Nowa Ruda - Słupiec), potem zwolnił
się i pracował jako elektryk w budownictwie. Kiedy umarł miałem 13 lat, był
1990 rok, przemiany w Polsce, zwolnienia itp. Nigdy nie wzięliśmy grosza z
opieki, Mama tyrała jako szwaczka próbując utrzymać mnie i siostrę. Mieliśmy
rentę po ojcu ale to żadna łaska - Ojciec całe życie płacił składki a nigdy
nie wziął grosza emerytury. Było nam k_u_r_w_a tak ciężko, że chce się wyć.
Nie przypominam sobie żeby nasza sytuacja kogokolwiek obchodziła. Zakład pracy
nie pomaga? Mnie by do głowy nie przyszło żądać pomocy od zakładu. Klepaliśmy
latami bidę, aż udało mi się skończyć studia.
Współczuję tym kobietom i ich rodzinom! Nie mogę jednak znieść tego, że
uważają, że należy im się dożywotnie utrzymanie od społeczeństwa. Jaka to
różnica czy mąż zginie w kopalni, na statku czy na budowie? Czy wdowa i
sieroty po budowlańcu mniej cierpią? Czy jest im łatwiej? Odnoszę wrażenie, że
tym paniom jest za dobrze. Gdyby musiały chodzić do pracy, żeby zarobić na
chleb, to nie miałyby tyle czasu na rozmyślania.