flasska
17.03.10, 21:02
Napisała, co wiedziała...
Litościwie pominę nietrafione zgryźliwości, którymi rozpoczyna się list. Przejdę do głównego zarzutu: uproszczonego podejścia do bardzo skomplikowanego problemu.
Jak, droga nat, chciałabyś zachęcać masy do refleksji na temat wpływu kulturowego, wzorców, norm i ich (ograniczającej dziewczęta) roli bez uciekania się do uproszczeń? Weź pod uwagę, że jedynie niewielu ludzi hobbystycznie babrze się w genderowych analizach i socjologicznych teoriach.
Nawet większość czytelniczek WO - wnioskuję z ponad stu postów pod artykułem - nie zrozumiała jego treści. Łyknęły właśnie tylko to, co było najprostsze. Stało się tak, mimo że, wbrew twoim zarzutom, z artykułu da się wyczytać, że ruch Pink Stinks nie ogranicza się do pomstowania na róż. Tymczasem wiele komentujących znalazło w nim jedynie atak na różowe szmaty.
Właśnie dlatego twoje zarzuty brzmią wręcz niedorzecznie: Akcja "Bojkotuj różowy" ma tyle wspólnego z dyskursem na temat stygmatyzowania kobiet, co Paulo Coelho z filozofią. Ani to dobre, ani twórcze, ani odkrywcze.
Zaproponuj zwykłym ludziom udział w dyskursie na temat stygmatyzowania kobiet - życzę powodzenia. Możesz sobie przeprowadzać analizy, pisać eseje - i nie będzie odzewu. Stworzysz chwytliwe hasło, napiszesz prosty artykuł w nieskomplikowanej gazecie - masz punkt wyjścia do dyskusji. I to takich, które wykroczą poza sale wykładowe. To chyba najważniejsze.
Uznaję jednak, że uderzając w tym prymitywnym, prześmiewczym tonie w ludzką głupotę, jest szansa na sukces. Głośno, prosto (by nie rzec prostacko), ale dociera (patrz profil na FB)
Różowemu i antyróżowemu myśleniu mówię kategoryczne nie.
To świetnie. Ale właściwie kogo to obchodzi?