annaele
13.02.07, 09:01
Z chęcią przeczytałabym artykuł rzeczywiście polemiczny w stosunku do tekstu
Gertrude Himmelsfarb - niestety tym razem zawiodłam się na Kindze Dunin.
"Należy (...) ograniczyć rozwody" - czy sam w sobie postulat ten naprawdę
budzi taką grozę? czy tylko ja naiwnie czytam tam, że instytucja małżeństwa
jest umową między dwojgiem, której gwarantem jest także państwo (pomijam, że w
wielu przypadkach także Bóg (lub bóg jak kto woli) - gdyby tak raził piorun
każdego kto jest wiarołomcą :) ), które zwłaszcza w sytuacji, gdy zerwanie tej
umowy dotyczy też osób trzecich (dzieci) w pierwszym rzędzie powinno (miast
umowę rozwiązywać) skutecznie zniechęcać do jej zrywania (i to w bardzo
szerokim sensie: zapobiegając przemocy także).
"(...)zabrać finansową pomoc samotnym matkom" brzmi już poważniej. Po pierwsze
jednak w oryginale chodziło o "nie zachęcanie finansową pomocą do samotnego
macierzyństwa", po drugie, dziecko ma (w pierwszej kolejności): ojca i matkę,
dziadków (i ze strony matki i z ojca), wujków, ciotki, przyjaciół rodziny. Na
ostatnim miejscu (gdy pozostałych brak) są obcy ludzie. W obecnej sytuacji
ciężar utrzymania "samotnych matek", ich dzieci, wielokroć także i ojców
tychże spoczywa na barkach właśnie obcych ludzi.
I tutaj dochodzę do sedna. Pani Kingo! Od poważnego i inteligentnego polemisty
(za jakiego Panią mam) oczekuję, że odróżnia "prawo do" w sensie dozwolenia
(np. prawo do noszenia okularów), od "prawa do" w znaczeniu przywileju (np.
prawo do spadku). Tekst Himmelsfarb dotyczył odebrania przywilejów, Pani
wcześniejszy artykuł z kolei o absurdzie zakazów (pozbawieniu prawa do... w
znaczeniu pierwszym). Pomiędzy tymi rozróżnieniami szeroka rzeka a nie wąska
strużka. Przyklasnę Pani jak i pani Gertrudzie i - mimo żem logik -
sprzeczności nie widzę.