Dodaj do ulubionych

Nasze porody

30.11.09, 21:11

Uwielbiam czytać realcje z porodów,w wolnej chwili opiszę swój(choć
już gdzieś opisywałam),wpisujcie więc dziewczynki swoje
wspomnienia.Ja pamiętam bardzo dobrze cały dzień kiedy to Kubuś się
rodził,familie na korytarzu porodówki ehhh jak ja lubię to wspominać.
Obserwuj wątek
    • ursgmo Re: Nasze porody 30.11.09, 22:20
      Na listopadowym testowaniu sobie pisałyśmy , więc ja swoje
      przekleję :
      Ja z mojego pierwszego porodu najbardziej
      pamiętam moment kiedy po kilku godzinach leżakowania na stole , po
      aminoskopi , masażach szyjki i podobnych atrakcjach , stwierdziłam
      że ja już mam dosyć, dziękuję ,zbieram zabawki i idę do domu.
      Zlazłam więc ze stołu , torbę w łapę i do drzwi. Położna taka mocno
      już leciwa zagrodziła mi drogę już na klatce i pyta :
      - a gdzie ty się kochana wybierasz? ,
      - do domu - odpowiedziałam z godnością - ja dziś już rodzić nie
      będę , wrócę innym razem
      - z tą krwią kapiącą na kapcie - położna spojrzała z politowaniem na
      mnie i pokazała mi moje różowe papucie , upstrzone czerwonymi
      kropkami i strużki na nogach
      rozbeczałam się z bezsilności tak bardzo mi się chciało do domu , na
      szczęście nadszedł mój mąż , przeszliśmy do sali rodzinnej i już
      było ok , tylko moja "ucieczka" bawiła położne przez kilka dni
      teraz już wiem że to był tzw kryzys 7 cm , ale wtedy to przekonanie
      że mogę iść do domu i wrócić innym razem było bardzo silne , ale
      człowiek był głupi :-D

      jeszce tylko mi się przypomniało jak już po porodzie ( Zuzi)
      przyszedł lekrz i pyta
      -czy był pan Stolczyk ?
      -kurcze nie no nikogo nie było ( różni przyłazili ale takiego co by
      się tak ślicznie przedstawił na pewno nie )
      -chodzi mi o to czy kupę pani robiła
      -aaaaaaaaa ( czerwona jak burak) tak !
      • chiyo28 Re: Nasze porody 01.12.09, 07:56
        to ja przekleje mój z innej stronki... nie ma tam opisu drastycznych
        powikłań, bo nie chciałam straszyc innych rodziców wczesniaczków,
        którzy i tak maja to w realu.

        Paulinka urodziła się 29.08.2001 r. o godzinie 23:55. Były to
        ostatnie minuty w dniu kończącym 28. tydzień ciąży. Jestem dość
        młodą mamą. W chwili urodzenia córeczki miałam 21 lat. Paulinka od
        początku była dzieckiem planowanym i chcianym. Mój mąż jest 9 lat
        starszy. Na dziecko zdecydowaliśmy się zaraz po ślubie. Jednak w
        ciążę zaszłam dopiero po kilku miesiącach starań. Całą ciążę czułam
        się dobrze (nie licząc standardowych dolegliwości ciążowych). W
        niedzielę, 27. tydzień, zauważyłam odrobinę różowego śluzu na
        wkładce. Nie chciałam zawracać głowy mojemu lekarzowi w niedzielę,
        więc zdecydowaliśmy się pojechać na USG do szpitala. Lekarz
        wykonujący USG powiedział, że wszystko jest w porządku. Miałam
        niestety małego polipa na szyjce macicy, którego trzeba było
        natychmiast usunąć. Do domu już nie wróciłam. Przez pierwsze 3 dni
        leżałam na Ginekologii (nie na Patologii Ciąży, bo wytłumaczono mi,
        że 27. tydzień to jeszcze niska ciąża).

        Po trzech dniach wzięto mnie do zabiegówki. Tam obecnych było kilka
        osób. Lekarz pogrzebał coś w mojej szyjce i powiedział, że polip
        jest posmarowany jakimś ziołowym lekiem i sam odpadnie. Kiedy
        jeszcze przed zabiegiem pytałam, czy jest on bezpieczny, wyśmiano
        mnie. W ten sam dzień, kiedy miałam zabieg, wypisano mnie do domu.
        Jeszcze przed wyjściem do domu, ok. 2 godziny po zabiegu, zaczęłam
        się dziwnie czuć. Dostałam dość bolesnych skurczy brzucha. Zgłosiłam
        to lekarzowi, ale on zbagatelizował sprawę. Zostałam odesłana do
        domu z bólami. Wieczorem miałam już regularne i bardzo bolesne
        skurcze. Zgłosiłam się do lekarza, do którego chodziłam prywatnie.
        Próbował mi pomóc lekami (Fenoterol i Isoptin). Nic to jednak nie
        dało i w efekcie 2 dni po wypisie trafiłam z powrotem do tego samego
        szpitala, już na Patologię Ciąży. Spędziłam tam kilka dni. Wieczorem
        29 sierpnia poczułam, jak dziecko pcha się na dół. Wezwany lekarz
        powiedział, że w szpitalu, w którym przebywam, nie ma inkubatora na
        tak maleńkie dziecko (z ich pomiarów USG córka miała mieć ok. 900
        g). Stwierdził, że jedyne co może zrobić, to przewieźć mnie do
        Szpitala Wojewódzkiego w Rzeszowie, gdyż mają tam oddział odpowiedni
        do ratowania życia wczesniaków. Karetka na sygnale ledwo zdążyła
        mnie dowieźć. Oba szpitale są oddalone od siebie ponad 50 km.
        Lekarze, którzy przyjmowali mój poród, nie szczędzili słów krytyki
        pod adresem poprzedników. Wymienię tylko niektóre błędy i
        zaniedbania lekarzy ze szpitala w miejscowości, z której pochodzę:

        1.zabieg, który mi wykonano, był zbędny, niczemu nie zagrażał, a
        tylko przyczynił się do przedwczesnego porodu;
        2.był przyczyną zakażenia wewnątrzmacicznego;
        3.karetka przywiozła mnie z niekompletną i niedającą się odczytać
        kartą, nie można było odczytać, jaki miałam zabieg, czy i kiedy
        podano zastrzyki na rozwój płuc dziecka.
        Poród poszedł mi szybko i sprawnie. Cały czas kołatało mi w głowie
        jedno wyczytane zdanie: Lekarze ratują dzieci urodzone już w 24.
        tygodniu ciąży. Moja córeczka, gdy tylko się urodziła, głośno
        płakała i nie wydawała mi się mała. Przecież to był 28. tydzień.
        Sytuacja zmieniła się diametralnie na porannym obchodzie. Pani
        ordynator z Oddziału ION powiedziała, że malutka oddycha
        samodzielnie, ale ma zakażenie, z którym nie mogą sobie dać rady.
        Przez cały czas pobytu nastawiała mnie, że dziecko umrze. Dopiero w
        8. dobie, dzień przed opuszczeniem przeze mnie szpitala, dała nam
        cień nadziei - wyniki zaczęły się znacznie poprawiać, a córka
        przestała spadać na wadze. W 4. dobie ochrzciliśmy ją. Była silna i
        dzielnie walczyła.

        Dopiero takie doświadczenia życiowe pozwalają nam sprawdzić, ile
        człowiek jest w stanie wytrzymać. Nie wiem, jak bym przez to
        wszystko przeszła, gdyby nie pomoc mojego ukochanego męża. On nie
        dopuszczał myśli, że naszej córeczki może nie być. Gdy wychodziłam
        do domu, młoda salowa powiedziała mi, że jestem wyrodną matką, bo
        nie czekam na dziecko. Ona nie miała pojęcia, że każdy pisk
        aparatury i nerwowa krzątanina za drzwiami oddziału, gdzie leżało
        moje dziecko, doprowadzały mnie do panicznego strachu. Tym bardziej,
        że nie mogłam wejść i sprawdzić, czy z moją córką wszystko w
        porządku.
    • kfiatuszek80 Re: Nasze porody 01.12.09, 08:28
      No to ja opiszę swój:
      Tp miałam na 28 grudnia.Dzień przed wigilią zafundowałam sobie mycie
      podłog i w dniu wigilii obudziłam się rano z plamieniem.Jako że to
      pierwszy poród(skurczy jeszcze nie czułam wogołe),przestraszona
      obudziłam męża i pojechailiśmy na ip.Pani położna po ocenie sytuacji
      stwierdziła zostawimy panią na oddziale.Przebrałam się w swoja
      piżamkę i hopla na górę na oddział.Dzień minął na czekaniu które nie
      przyniosło nic.Dopiero w nocy poczułam pierwsze skurcze.Nad ranem
      zgłosiłam w dyżurce ze to chyba już,kazano mi więc się spakować i
      przyjść na blok porodowy.Zadzwoniłam do męża że ide rodzić,ten
      obdzwonił całą familię która w ilośći chyba 15 osób przybyla do
      szpitaala.I tak od godz 9 leżałam sobie na łóżku porodowym czekając
      na rozwój akcji.Miałam podpiętą oxy,póżniej położna przebiła mi
      pęcherz.Wody były zielone.Akcja rozkręciła się ,parłam,juz prawie
      byłam nacięta gdy wszedł lekarz i po badaniu stwierdzł że niestety
      ale jedziemy na blok co mnie bardzo ucieszyło:)Wiec dostałam zaraz
      głupiego jaśka,czepek zielony i siup na blok.Babcia w płacz ze coś
      się dzieje,rodzinka blada jak ściana.na bloku może z 10 min i Jakub
      był na świecie.Położna wywiozła go z bloku i razem z mężem poszła
      mierzyć,wazyć i ubierać Dzieciątko.Ja wyjechałam za jakieś 15
      min.Potem było już tylko cudnieeee..
    • rudnicka_a Re: Nasze porody 01.12.09, 09:07
      Oj u mnie to byla rzeznia - jak to moj maz okreslil 5 minut po
      porodzie ;)Niestety nie mialam skurczy wiec 4 dni po terminie moj
      lekarz prowadzacy przyjal mnie na oddzial. Dostalam jakis zastrzyk i
      po godzinie odeszly mi wody. I sie zaczelo. Niestety szyjka sie nie
      rozwierala wiec po calej nocy lekkich boli ale i niespania dostalam
      rano oksytocyne. Bole po niej byly straszliwe, zdecydowalam sie na
      znieczulenie zewnatrzoponowe. Niestety po nim cala akcja ustala.
      Postanowilam wiec nie brac drugiej dawki, prawie mdlalam z bolu i
      ostatecznie po 18 godzinach meczarni wzieli mnie na slol. I to bylo
      moje wybawienie. Przy nastepnej ciazy od razu zamawiam cesarke :)
        • kfiatuszek80 Re: Nasze porody 01.12.09, 09:32
          Ja też nastawiona jestem na cc tylko i wyłącznie:)Porównując te moje
          ok 6 h porodu siłami natury a raptem 0,5h cc to dla mnie te cc to
          było wybawienie.Owszem rana boli ,ciągnie,miałam w znieczuleniu
          ogólnym po którym wyglądałam tragiczinie ,włosy mi strasznie
          wypadały ale wole po stokroc to szybkie cięcie bez strachu o dziecko
          niż parcie (wszystko na wierzchu,nie dostałam lewatywy więc dla mnie
          był to koszmar ,cała w krwi nie nie to nie dla mnie)Aczkolwiek
          wolałabym w ZZO niż w zniecz.ogólnym .
          • rudnicka_a Re: Nasze porody 01.12.09, 10:11
            Ja wlasnie mialam cesarke w ZZO. W 4 dobie wyszlam do domu. Czulam
            sie rewelacyjnie. Nic mnie nie bolalo. Ogolnie jakis tam dyskonfort
            czulam moze w 1 dobie po cesarce a potem pomagalam dziewczynom na
            sali po porodach naturalnych. Byly bardziej zmasakrowane. Ale zeby
            nikogo nie straszyc, bo po co, moje dwie przyjaciolki urodzily
            dzieciaczki w 1 godzine. Jedna prawie urodzila na schodach
            szpitalnych, bo jak dojechala do szpitala to miala pelne rozwarcie i
            glowke bylo widac. Mowila ze bolu prawie nie czula ;) tak mozna
            rodzic naturalnie, pozazdroscic :)
            • kfiatuszek80 Re: Nasze porody 01.12.09, 10:25
              A samo wkłucie w kręgosłup boli?Jakie uczucie jest od pasa w dół?
              Można np poruszyć palcami od nóg czy zupełnie klocki się robią?
              Przyznam ze trochę bym się stresowała przy samym zabiegu
              znieczulania.Znieczulenie ogólne to moment i śpisz ,nic nie widzisz
              nic nie czujesz.a przy ZZO jesteś świadoma ,prawdopodobnie czujesz
              jakieś szarpanie tak to dziewczyny opisywały na CiP.No i sama
              swiadomość że leżysz właśnie z rozciętym brzuchem.Jak masz chęć
              opisz jak wygląda zabieg znieczulania i jakie jest uczucie podaczas
              wyciągania maluszka no i póżniej jak znieczulenie
              zaczyna "puszczać".:)
              • rudnicka_a Re: Nasze porody 01.12.09, 10:40
                Wiec tak. Samo wklucie nie boli, przynajmniej ja nie pamietam bolu.
                Ogolnie nie boje sie igly wiec mnie to nie przerazalo. Balam sie
                jedynie zeby anestezjolog sie dobrze wkul. Trzeba zrobic taki koci
                grzbiet, bardzo wygiac kregoslup zeby byly widoczne kregi w
                kregoslupie. Na tym sie skoncentrowalam, a byl to nie lada wyczyn z
                ogromnym brzuchem ;) Cos niewyobrazalnego. I w miejsce wklucia
                zalozyli mi wenflon. Wtedy nie stracilam czucia w nogach bo to bylo
                w trakcie porodu. Mniej tylko bolalo. Potem jak szlam na CC to tylko
                dali mi nowa dawke w ten wenflon. Stracilam calkowicie czucie w
                nogach. Ale swiadomosc jest normalna. Jak wyciagali Maje nic nie
                czulam. Wyjeli ja i pokazli mi ja nad glowa. To bylo piekne.
                Pocalowalam ja , dotykalam, mowilam jak ja kocham. Mysle ze to cos w
                stylu porodu naturalnego. Potem maz poszedl z lekarzem i Maja na
                pomiary :). Mnie zszyli i zawiezli na sale. Wazne jest to zeby przez
                12 godzin po ZZO lezec i nie podnosic glowy. Podobno zeby nie miec
                potem migren. Ja czasmi podnosilam ale, urodzilam Maje o 18.00 wiec
                zaraz byla noc ktora cala przespalam. Rano juz normalnie czualm nogi
                wiec pewnie w trakcie nocy, znieczulenie przestalo dzialac. Rana
                goila sie super, po 7 dniach sciagneli mi szwy. Rodzialm na slasku w
                Katowicach w szpitalu na Raciboskiej. Polecam ten szpital. ale sie
                rozpisalam, az mi sie lezka zakrecila na te wspomnienia :)
                • kfiatuszek80 Re: Nasze porody 01.12.09, 11:01
                  A kiedy to znieczulenie działa i nic nie czujesz od pasa w dól
                  jesteś w stanie poruszyć nogą czy zupełny bezwład?Ja dostałam
                  kubusia już wykąp[aego i zawiniętego w beciku więc zobaczyć taką
                  kruszynę zaraz po wyjęciu z brzuszka i usłyszeć pierwszy krzyk to
                  dla mamy bezcenne.
                    • kfiatuszek80 Re: Nasze porody 01.12.09, 11:17
                      Jescze jedno zapyta miałaś jakieś wskazanie do cc czy na "zyczenie"?
                      Ja mam wpisane w książeczkę brak postępu porodu,zagrożenie
                      wewnątrzmacicznym zamarciem płodu.I tak zastanawiam się czy na
                      podstawie przebiegu pierwszego porodu przy drugim mogłabym "żądać"cc?
                      • rudnicka_a Re: Nasze porody 01.12.09, 11:35
                        Z tego co wiem to jezeli pierwszy porod byl przez CC to jest to
                        wskazanie do drugiego porodu rowniez przez CC.
                        A jezeli chodzi o moj pierwszy to ja chodzilam na wizyty do
                        ordynatora szpitala w ktorym rodzilam. Kupe kasy kosztowaly mnie
                        wizyty ale byla to taka swoista "lapowka" za dobre taktowanie przy
                        porodzie w szpitalu - samo zycie. Przy samym porodzie juz nic nie
                        musialam placic a bylam traktowana jakos tak priorytetowo. Mialam
                        wybor jak chce rodzic, czy cc czy naturalny. Wybralam naturalny,
                        wiec dostalam super sale z skorzna kanapa :) dla meza ;) wanna,
                        prysznicem, ktg , polozna i cala reszta mniej istotna :). Ordynator
                        caly czas kontrolowal sytuacje, ustawial lekarzy. Kiedy juz nie
                        mialam sily sam zadecydowal o cesarce. Ogolnie zawsze sie tak
                        troszczyl o swoje pacjentki z wizyt prywatnych. Przy drugim dziecku
                        tez bede do niego chodzic, bo z tego co policzylam ile wydalam na
                        wizytach, to tyle samo laski placa za cc na zyczenie lub
                        znieczulenia ZZO. Ja wszystko na koncu mialam w cenie wizyt.
                        A wizyty tez byly ok , na kazdej USG, z 6 razy mialam robia
                        bakteriologie w trakcie ciazy, wymazy, mnostwo badan. Ogolnie lekarz
                        chuchal na zimne, mimo ze nie mialam ciazy zagrozonej.
                        • agawa22 Re: Nasze porody 01.12.09, 11:58
                          oj dziewczyny, ale straszycie te co jeszce nie rodziły:)
                          Ja dla odmiany miałam suuuper porody oczywiście naturalne.
                          Pierwszy trwał 10 min, przyjechałam do szpitala, bo byłam juz po terminie tydzień, lekarz kazał, ja czułam sie swetnie. położna na izbie kazała mi się położyć , zaglada i ze zdziwieniem pyta czy mnie nic nie boli, a ja a co ma boleć. Ona że mam 10 cm rozwarcia i rodze, a ja pytam gdzie te bóle? Przebiła mi pęcherz .
                          Po tej atrakcji wstałam przebrałam się w koszulę i dosłownie nie zdażyłam się nawet położyć ,krzyczę do tej położnej że juz mi dziecko wychodzi, jeden skórcz i synek był na swiecie (ważył 4200 tak wiec nie mało ). ja właściwie mogłabym wstać, dzieciaka pod pache i do domu.
                          Drugi był jeszcze szybszy, też byłam tydzień po terminie, w domu nagle pękł mi pęcherz, była noc, ja chłopa do samochodu i dosłownie 100 na h do szpitala, bo już czułam dziecko miedzy nogami. Zadzwoniłam do swojego lekarza, był akurat na dyżurze, to jak wysiadłam z samochodu to tylko doszłam do najblizszego gabinetu lekarskiego i on na kozetce złapał dziecko, nawet nie doszłam do izby przyjęć. A mały też 4200 i długi 66 cm.
                          TAk więc ja mogę rodzić co rok
                          • az-82 Re: Nasze porody 01.12.09, 12:07
                            A ty to niby nie straszysz? :P
                            Jak przeczytałam to od razu mi się przypomniała historia, którą kilka dni temu w telewizji pokazywali, jak to kobiecie dziecko gruchnęło głową o podłogę, jak jej się też tak szybko urodziło.

                            Ja bym chciała szybko, ale nie aż tak szybko jednak.
                            • ursgmo Re: Nasze porody 01.12.09, 19:20
                              e ja swoje porody wspominam dobrze , no te dwa oczywiście , zawsze
                              kulturalnie od 8 do 19 się wyrabiałam , kroplóweczka , skurcze
                              bolesne gdzieś od 15 , masaże szyjki , przebijanie pęcherza ,
                              żadnych koszmarów , parcie to ulga , choć jakbym miała znów przeć na
                              boku to bym zagryzła :-)
                              bardziej dokuczliwe dla mnie jest bolące zębisko albo taki fest ból
                              głowy , przy porodzie boli dxxx i brzuch , a to się da przeżyć , no
                              czasami krzyż :-/
                              marzy mi się takie dramatyczne filmowe "rodzę" i mężowska panika ,
                              ciekawe jak by to było ?? pomarzyć sobie mogę .....
                              przy następnym mogę mieć cc na życzenie , po trzech wywoływanych ,
                              ale dobrowolnie nie skorzystam , nawet mój gin mówił przy odbierniu
                              Macka że następnym razem zrobimy cc i możemy od razu walnąć plastykę
                              brzucha ała :-D

                              z opowieści koleżanek , jedna w czasie cc widziała swój brzuch w
                              lampie fuuuuj :-D , druga po głupim jasiu zaczęła śpiewać pieśni
                              kościelne poczynając od tych żałobnych :-D
                              moja przyjaciółka rodzi tak jak agawa , wpada na izbę położna głowa
                              między nogi a tam głowa na wierzchu , rodziła w kurtce skórzanej,
                              spódnicy zadartej i przyciskając torbę do brzucha , za nic podobno
                              nie chciała jej oddać , wcześniej zdjąć majtek też nie :-D

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka