slazak.slowianin
06.01.04, 15:55
1939
Kampania wrześniowa w relacji niemieckiego strzelca...
Do dziś, po upływie 60 lat, nie znamy pełnej listy zbrodni dokonanych przez
Wehrmacht na żołnierzach polskich we wrześniu 1939. Z wielu egzekucji nie
ocalał żaden świadek. Żołnierzom niemieckim bardzo często po prostu "nie
chciało się" odprowadzać, do oddalonych punktów zbornych małych grupek
Polaków, którzy po przegranej walce oddali się do niewoli. Życie takich
pojedynczych jeńców kończył na ogół strzał w plecy.
Odbywały się też masakry na większą skalę: w Katowicach zamordowano 80
jeńców - w tym nieletnich harcerzy, pod Serockiem: 66, pod Morycą: 19
oficerów, w Zamborowie: 300 - w tym część rannych, w Śladowie: 150, pod
Przemyślem: 100, pod Tomaszowem Lubelskim: 42, w Zakroczymiu: około 500...
To tylko niektóre przykłady "walk rycerskiego Wehrmachtu".
Jedną z największych, co do ilości ofiar, była zbrodnia dokonana na 300
jeńcach WP koło wsi Ciepielów w powiecie iłżeckim. Egzekucja przeprowadzona
została w lesie państwowym pod Dąbrową, z dala od wioski. Miejscowa ludność
słyszała o niej, lecz brak było naocznych świadków...
Wyjaśnienie tej zbrodni nadeszło z najmniej oczekiwanej strony. W sierpniu
1950 Polska Misja Wojskowa d/s Badania Zbrodni Wojennych z siedzibą w
Berlinie, otrzymała za pośrednictwem istniejącego jeszcze w owym czasie
Konsulatu Polskiego w Monachium, anonimową przesyłkę, zawierającą 5
fotografii oraz dwustronicowy maszynopis w języku niemieckim, bez daty i
podpisu...
Oto dosłowna treść maszynopisu:
"Nasze pierwsze starcie w Polsce.
Dotychczasowe wydarzenia nie zdają się wróżyć niczego dobrego. Przedwczoraj
nasz starszy sierżant z jadącego powoli samochodu zastrzelił ze swej "ósemki"
jakiegoś 60- czy 70-letniego chłopa, który chciał zaprowadzić do obory swoją
krowę, prawdopodobnie po to, by nie wałęsała się po szosie. Był bardzo dumny
z tego wyczynu strzeleckiego, dokonanego - należy o tym pamiętać - z jadącego
samochodu z odległości 12 metrów. Nie mogę po prostu tego zrozumieć. Zaledwie
przed kilkoma tygodniami ożenił się i był taki czuły dla swojej żony, tak
miły dla starych teściów. A może chciał trafić tylko w krowę? Niestety, pycha
nie pozwoliła mu zamilczeć o tym strzeleckim wyczynie, nie można więc dojść
do tego wniosku. Poza tym jako doświadczony starszy sierżant, który chce się
dosłużyć stopnia oficerskiego, nie ryzykowałby w czasie marszu zastrzelić
krowę, której nie mógłby oddać na zaopatrzenie wojska. Byłaby to przecież
kradzież "własności wojskowej". Wobec tego, że kolumna wkrótce po strzale
zatrzymała się, można było jeszcze ujrzeć, jak jakaś stara, szpakowata
kobieta rzuciła się z płaczem na martwe ciało. Przypuszczalnie "bohater"
zastrzeliłby również i tę kobietę, gdyby samochód akurat się nie zatrzymał,
co oczywiście nadwerężyłoby jego "strzelecką sławę".
Tego dnia wciąż jeszcze nie braliśmy udziału w żadnej akcji bojowej. Jedynie
z prawego i lewego brzegu szosy widziało się powracających w pojedynkę
rannych żołnierzy polskich z podniesionymi do góry rękami. Oberjäger K.
zastrzelił z jadącej ciężarówki rannego żołnierza dlatego, że podniósł do
góry tylko jedną rękę. Widziało się dokładnie, że prawa ręka żołnierza
zwisała bezwładnie, gdyż całe jego prawe ramię było zmiażdżone. Oberjäger
uczynił to z czystej żądzy strzelania. Widziałem, jak mierzył z automatu do
tego człowieka, i krzyknąłem do niego z oburzeniem: "Oberjäger!" Wtedy
opuścił automat. W 10 sekund później, kiedy akurat zwróciłem głowę przed
siebie, rozległ się strzał. Polak się zwalił. K. nie mógł się jednak wyrzec
strzału. Jak zdołam to zrozumieć? Takie to były bohaterskie wyczyny naszej
kompanii, zanim jeszcze choćby jeden strzał padł w naszym kierunku.
A teraz w lesie ciepielowskim, niedaleko przed Zwoleniem, w czołówce
znajdowała się 11. kompania naszego batalionu. Posuwaliśmy się za nią. Słyszę
ogień karabinów maszynowych. Czołówka jest ostrzeliwana. Wysiadać! Jakoś
ogarnia mnie strach. Nie chcę nawet - to niedobrze być odważnym, jeśli nie
wiadomo w jakim celu. Zdenerwowanie, rozkazy, tyraliera, 10. kompania na lewo
od szosy. Robię to, co wszyscy. Wyczuwam niebezpieczeństwo, teraz mogę być
zakatrupiony za karę, za moją niekonsekwentną postawę i to usuwa wszelkie
uczucie strachu. Skradam się razem ze wszystkimi, lecz nie widzę żadnego
Polaka. Strzelec, oparłszy na ramieniu karabin maszynowy, strzela jak
wściekły. Brzęczą rykoszety. Teraz orientuję się, że Polacy także strzelają.
Gwizdnęło mi krótko przy samym prawym uchu. Wtem upadł kapitan Lewinskiy -
pierwszy. Postrzał głowy z góry. A zatem strzelcy na drzewach. Podziwiam
odwagę tych strzelców z drzew. Jeden zostaje wykryty. Sanitariusz
zestrzeliwuje go z pistoletu. Nagle urywa się łączność. Każdy jak szalony
pędzi przez las. W godzinę później zbierają się wszyscy przy szosie. Kompania
ma 14 zabitych, łącznie z kapitanem Lewinskiym. Dowódca pułku, pułkownik
Wessel [z Kassel], szaleje z monoklem w oku.
Na odwrocie fotografii napis:
"2 maruderów przed pułkownikiem Wessel. Jeden z polskich żołnierzy tłumaczy
błagalnie, że chciał tylko bronić swoich 4 dzieci.
Pułkownik z monoklem daje ruchem kciuka rozkaz rozstrzelania".
"Co za bezczelność, chcieć nas zatrzymać, a mojego Lewinskiyego mi
zastrzelili". Nie liczy się z tym, że to są żołnierze. Twierdzi, że ma do
czynienia z partyzantami, jakkolwiek każdy z 300 polskich jeńców ma na sobie
mundur. Zmuszają ich do zdjęcia kurtek. No, teraz już prędzej wyglądają na
partyzantów. Teraz zostają im jeszcze ucięte szelki, widocznie po to, by nie
mogli uciec.
Na odwrocie fotografii napis: "300 polskich żołnierzy, którzy w lesie pod
Zwoleniem [Ciepielów] wstrzymali posuwanie się zmotoryzowanej jednostki
piechoty [III./Inf.Rgt.15 (mot) 29.Inf.Div.], zostają odprowadzeni i
niezwłocznie rozstrzelani".
Następnie jeńcy muszą iść brzegiem szosy, rzędem jeden za drugim. Powstało
pytanie, dokąd się ich prowadzi?
W powrotnym kierunku do taborów, skąd ich wkrótce przeniosą do jenieckiego
punktu zbornego? W 5 minut później usłyszałem terkot tuzina niemieckich
automatów. Pośpieszyłem w tym kierunku i o 100 metrów z powrotem ujrzałem
rozstrzelanych 300 polskich jeńców, leżących w przydrożnym rowie.
Zaryzykowałem zrobienie dwóch zdjęć, a wtedy stanął dumnie przed obiektywem
jeden z tych zmotoryzowanych strzelców, którzy na polecenie pułkownika
Wessela dokonali tego dzieła".
Tu maszynopis się urywa...
Kim byli Polacy zamordowani w lesie pod Dąbrową? Oto, co udało się ustalić
już po wojnie:
O świcie 8 września 1939 pod Ciepielowem koło Zwolenia oddziałom niemieckiego
III batalionu zmotoryzowanego 15. pp, idącym w szpicy nacierającej z Lipska
na Zwoleń 29. dywizji zmotoryzowanej, zagrodził drogę I batalion 74. pp z
Lublińca, dowodzony przez mjr. Józefa Pelca. Doszło do walki, w której straty
poniosły obie strony, a szalę zwycięstwa na stronę niemiecką przeważyło
uderzenie czołgów. Opór polski ustał dopiero po wyczerpaniu amunicji. Niemcy
wzięli około 450 jeńców, którym odebrali mundury, znaczki rozpoznawcze,
dokumenty i 250 spośród nich rozstrzelali na miejscu. Pozostałych pognali pod
konwojem szosą i puścili za nimi samochód pancerny, który po chwili otworzył
ogień z karabinów maszynowych do idących jeńców. Wielu z nich - w tym kilku
oficerów - zginęło. Łącznie zamordowano ponad 300 jeńców.
Mjr Pelc poległ na początku starcia, zaś jego zastępca, kpt. Cyruliński, w
obliczu tragedii jaka spotkała powierzonych mu żołnierzy - popełnił
samobójstwo...