marekpiec.zabrze
05.09.10, 20:29
Przestałem zawracać sobie głowę politykami. Już żadnej partii nie ufam. Ale -
jeśli to prawda co napisali w Dzienniku Zachodnim, to mamy w Zabrzu prawdziwą
aferę, którą wywołał poseł Sekuła usiłując zmanipulować wolne media!!! A potem
sam padł ofiarą swojej intrygi. Skandal i żałość...
Dziennik Zachodni z soboty 4 września 2010 roku. Str. 5.
Plakaty obwieszczające niedzielny festyn na stadionie Walki Makoszowy zostały
dziś oklejone paskami z napisem "Odwołane ze względu na zakaz prezydenta
miasta Zabrze Małgorzaty Mańki-Szulik". Stało się to po tym, jak organizujący
imprezę na zlecenie lokalnej Platformy
Obywatelskiej Marcin Mańka z agencji Evergroup miał odebrać telefon od
prezydent Małgorzaty Mańki-Szulik.
Ta miała go poinformować, że nie zgadza się użyczenie miejskiego obiektu.
Powód? Jednym z
gości ma być poseł Mirosław Sekuła, jej kontrkandydat w wyborach samorządowych.
Pismo o odwołaniu festynu podpisane przez posła Sekułę trafiło do redakcji
"PDZ". Poseł zarzuca w nim pani prezydent wykorzystywanie funkcji do walki
politycznej. Twierdzi, że umowę na festyn podpisano tydzień temu. Pytany o
szczegóły odsyła do Janusza Władacza, szefa lokalnej PO oraz do Evergroup.
Okazuje się, że festyn był zapowiadany, choć umowy nie było. Gdy Evergroup
wystąpił o nią dowiedział się, że w tym dniu na boisku zaplanowano remont.
- Nie jestem stroną w konflikcie. Dla mnie ustne zapewnienia były wiarygodne.
Co do telefonu od pani prezydent, nie jestem w stanie go zweryfikować, bo nie
wyświetlił się
numer abonenta - mówi teraz Marcin Mańka.
W sprawę został też zamieszany kabareciarz Mirek Szołtysek. Według Władacza
miał być jednym z prowadzących. - To nieprawda. Nie podpisałem żadnej umowy -
twierdzi.
Dariusz Krawczyk, rzecznik zabrzańskiego UM mówi o mijaniu się organizatorów z
prawdą, skoro
zgody na użyczenie boiska nikt nie wydawał.
- Pani prezydent jest na delegacji. Z nikim nie rozmawiała o festynie, nic o
nim nie wie. Można odnieść wrażenie, że ktoś usiłuje wywołać sensację,
rozpowszechniając
nieprawdziwe informacje - dodaje Dariusz Krawczyk.
Janusz Władacz z PO twierdzi, że był przekonany o istnieniu umowy. Zastrzega,
że jej nie widział. Za zamieszanie wini Evergroup. - Czuję się jakby mi ktoś
napluł w twarz. Skoro
wyszły takie okoliczności, trzeba zerwać plakaty - stwierdził.