Gość: Marek
IP: *.dip0.t-ipconnect.de
07.07.04, 22:30
Pozostaje w końcu pytanie, dlaczego duża część polskich
komentatorów próbowała zredukować debatę do osoby Eriki
Steinbach. Nawiasem mówiąc, kontrowersyjna okładka tygodnika
"Wprost", która pokazała ją w mundurze SS jadącą na kanclerzu
Gerhardzie Schr�derze, przysporzyła jej w Niemczech bardzo
wiele wyrazów solidarności, uczyniła ją też od razu znaną.
O przewodniczącej BdV polski czytelnik dowiedział się różnych
rzeczy, na przykład, że jest "fałszywą blondynką" i że ma
"fałszywy uśmiech". Dowiedział się, że jest córką niemieckiego
oficera okupanta z Rumi koło Gdyni. Ale nie dowiedział się, że ten
argument w Niemczech mało kogo interesuje. Ponieważ Rumia
należała do korytarza, który w roku 1920 musiał zostać bez
plebiscytu odstąpiony przez Rzeszę Niemiecką. Ziomkostwa
niemieckie wskazują, że w sąsiednich okręgach, w których odbył
się plebiscyt, ponad 90 procent ludności opowiedziało się za
pozostaniem przy Rzeszy Niemieckiej. Również przeważająca
część Kaszubów, którzy przez Polaków uważani są właściwie za
rodaków. Odstąpienie terenów, w których żyło niewielu Polaków,
Polsce, było w czasach Republiki Weimarskiej uważane przez
chyba wszystkich Niemców - od niemieckich nacjonalistów aż po
komunistów - za wielką niesprawiedliwość.
Istnieje jeszcze druga luka w prezentacji Eriki Steinbach przez
polskie media. Gdzie rozpoczęła ona swoje polityczną karierę?
Odpowiedź w Polsce mało znana: była przez wiele lat
zaangażowana w Kościele ewangelickim, a przy tym szczególnie
w dialogu chrześcijańsko-żydowskim. Była w radzie Forum
Żydowskiego Frankfurtu i współpracowała przy tym ściśle z
Ignatzem Bubisem, ówczesnym - pochodzącym z Wrocławia -
przewodniczącym Centralnej Rady Żydów w Niemczech.
Określanie jej jako "skrajnej nacjonalistki" nie odpowiada faktom.
Co więcej: jest zwalczana przez "beton" w Związku
Wypędzonych.