laband
14.10.04, 12:14
Czy Niemcom mniej wolno?
Rafał Woś 10-10-2004 , ostatnia aktualizacja 10-10-2004 16:23
Ostatnie spięcia na linii Berlin - Warszawa ujawniły olbrzymie pokłady
antyniemieckości, również w młodym pokoleniu Polaków. Czy jednak taka postawa
nie jest jałowa, czy nie prowadzi nas w ślepy zaułek - pyta Rafał Woś
Ty hitlerowska świnio, wyp...j do Reichu" - napisał gość internetowego
portalu "Gazety", komentując wyważony artykuł Piotra Burasa "Abdykacja elit"
("Gazeta" z 16 września br.), w którym autor skrytykował uchwałę Sejmu w
sprawie niemieckich reparacji wojennych. W innym komentarzu czytamy: "Niemcy
to naród agresorów w pełni zasługujący na potępienie. Nie wszyscy Niemcy są
oczywiście jednakowi. Jakieś 20 proc. zasługuje na ocalenie, a reszta do
gazu". Tak pewna czytelniczka zareagowała na tekst "Hitler bohaterem filmu"
("Gazeta" z 23 września br.) dotyczący filmu "Upadek" - historii ostatnich
dni Führera w berlińskim bunkrze. Wiadomość o ostrym i mocno konfrontacyjnym
wywiadzie, jakiego Jarosław Kaczyński udzielił niedawno tygodnikowi "Stern",
była newsem najczęściej komentowanym w portalu "Gazety". Pokonała
tak "wdzięczne" tematy, jak wypadek samochodowy pijanej posłanki SLD czy
rychły koniec epopei prałata Jankowskiego.
Bez wątpienia głosy internautów stanowią bardzo specyficzne źródło badania
opinii społecznej. Uczestnicy forów dyskusyjnych wypowiadają się anonimowo,
co zapewne nakręca ich radykalizm. Ale, mimo wszystkich zastrzeżeń, głosy te
pozwalają dostrzec społeczną recepcję trudnej teraźniejszości polsko-
niemieckiej. Zwłaszcza wśród ludzi młodych, bo w internecie rzadko zabierają
głos rówieśnicy Władysława Bartoszewskiego, czy Marka Edelmana - świadków
historii, którzy bezsprzecznie mają prawo, by do Niemców mieć stosunek
podejrzliwy. Swe opinie publikują głównie ludzie przed trzydziestką - ci, do
których, jak powiadają, przyszłość należy.
Szable starych i młodych
Już pobieżna analiza ich wypowiedzi przynosi obraz zaskakujący. Zaskakujący,
bo na moje oko nie ma większej różnicy w ocenie Niemców, wypędzeń czy Eriki
Steinbach ze strony dwudziestolatków urodzonych w stanie wojennym i ich
pięćdziesięcioletnich rodziców. Jedni i drudzy używają tych samych argumentów
i manifestują takie same emocje.
Powiedzmy zatem otwarcie: ostatnie spięcia na linii Berlin - Warszawa
ujawniły olbrzymie pokłady antyniemieckości w naszym społeczeństwie. Dotyczy
to w równym stopniu młodego pokolenia. Czy to nie dziwne? Rodzic wychowywał
się w zamkniętym na cztery spusty kraju, na gomułkowskich plakatach z
Adenauerem w stroju krzyżackiego komtura, na telewizyjnym serialu, w którym
głupich Niemców gromili czterej pancerni i pies Szarik. Młody zaś nie mógł
nie słyszeć o Krzyżowej, o pojednaniu polsko-niemieckim, o studenckich
wymianach i stypendiach. Zdawałoby się, dwa światy - powinni się różnić,
kłócić, wadzić. Tymczasem jesteśmy świadkami zdumiewającej zgodności
ponadpokoleniowej.
To kolejny dowód na to, że polsko-niemieckie pojednanie było tylko "kiczem",
jak nazwał je niemiecki dziennikarz Klaus Bachmann, albo "niby-pojednaniem",
jak pisał Piotr Cywiński ("Gazeta" z 22 września br.). To dowód na istnienie
jakiegoś drugiego obiegu opinii, w którym dochodzą do głosu utrwalone w
pamięci urazy, fobie i legendy tysiącletnich zmagań z "germańskim najeźdźcą".
Polak wcale nie zawiesił na kołku szabli po dziadku. W każdej chwili gotów
jest zdzielić nią Niemca przez łeb, gdyby tylko nasz sąsiad zbytnio się
rozpychał przy europejskim stole.
Wydawało się, że młodzi są wolni od frustracji swych rodziców, że będą
budować normalne sąsiedztwo we wspólnej Europie. Nic z tego, niestety. Skoro
pojednanie było "niby-pojednaniem", skoro w naszej dyskusji publicznej ton
nadają politycy gotowi w każdej chwili nazwać zwolenników
pojednania "użytecznymi idiotami" i sprzedawczykami, trudno się dziwić, że
Polacy wciąż gotowi są sięgnąć po szablę. I nie zmieni tego zwykła wymiana
pokoleń. Przynajmniej nie tak szybko, jakby się chciało...
Czy mamy się obrazić
Zejdźmy jeszcze głębiej. W internecie spory ogniskują wokół kilku kwestii:
Czy Niemcy znają historię, czy pamiętają o winach przodków? Czy polskie rany
można kiedykolwiek wybaczyć? Czy Polakom nie bardziej by się przydało 50 mld
odszkodowań wojennych niż dobre sąsiedztwo? Czy to nie Niemcy wywołali obecne
spory? Lecz w istocie wszystko sprowadza się do pytania: Czy Niemcom mniej
wolno? Czy - ze względu na historię - nadal powinni, jak przez cały okres
powojenny, zachowywać skromność, trwać w rozkroku pomiędzy swym olbrzymim
potencjałem a samoograniczeniem?
Możliwe są dwie odpowiedzi. Pierwsza: tak, Niemcom wolno mniej. Powinni na
zawsze pozostać eunuchami historii. Ta odpowiedź może nas jednak zaprowadzić
w ślepą uliczkę. Każe nam ona bowiem występować w todze cierpiętnika, który
chce swoim cierpieniem uwodzić, chce epatować swą wyższością moralną. Pytanie
tylko, czy ktoś w ogóle zechce nas słuchać. Czy nie narazimy się na
niezrozumienie ze strony innych narodów, oskarżenia o groteskowe prężenie
muskułów, a wreszcie - na izolację?
Ta droga prowadzi donikąd - do bojkotu i Niemców, i ich "sługusów" z Unii
Europejskiej, do Gombrowiczowskiej postaci zgorzkniałej starszej pani
umierającej cichutko w swym ciasnym mieszkanku na prowincji i wspominającej
pradziadka, co kiedyś miał dom pod Paryżem. Niemcy już zdecydowali, że
eunuchami historii dłużej być nie chcą, a strażnicy poczdamskiego ładu dawno
na to przystali. Ta droga - to ucieczka przed rzeczywistością.
Jest i druga odpowiedź. Jeśli ją wybierzemy, musimy się pogodzić ze światem i
jego niesprawiedliwością, z innością innych, z oczywistą różnicą potencjałów
Polski i Niemiec na arenie międzynarodowej. Co najważniejsze, musimy zawiesić
dziadkową szablę w muzeum. Może okładanie Niemca II wojną i Powstaniem
Warszawskim uda się raz czy drugi. Schröder przyjedzie, przyklęknie i
przeprosi - ale co dalej? Gdzie gwarancja, że któryś z jego następców,
nieobciążony już przeszłością, nie wzruszy tylko ramionami na nasze
historyczne urazy?
Jeśli chce się mieć wpływ na bieg zdarzeń, trzeba być w środku, nie można
bojkotować faktów. Jeżeli nie podoba nam się pomysł Centrum przeciw
Wypędzeniom w wydaniu Eriki Steinbach, zrealizujmy go w innej formie, gdzie
indziej, z kimś innym. I zrozumiejmy wreszcie, że w demokratycznym świecie
nie można komuś czegoś zabronić tylko dlatego, że nam się to nie podoba. Nie
można się obrazić na rzeczywistość. Trzeba zaproponować alternatywę i podjąć
dyskusję, bo tylko w ten sposób możemy mieć wpływ na bieg wydarzeń.
Nie chodzi nawet o ocenę uchwały sejmowej, postawy rządu czy opozycji wobec
kwestii niemieckiej - to doraźna dyplomacja robiona przez "dorosłych". Chodzi
o receptę na ułożenie sobie stosunków z silnym sąsiadem w Unii Europejskiej,
o pewien program myślowy dla tego pokolenia, które dziś się wszystkiemu
przypatruje i kształtuje swą postawę na przyszłość.
Chcę skończyć tam, gdzie zacząłem - na forum internetowym. Tam będę czekał
reakcji, ripost i komentarzy. Błagam, piszcie - przynajmniej będziemy
wiedzieć, co naprawdę myśli młode pokolenie w sprawach, o których zwykle
rozmawiają tylko eksperci i weterani.
Rafał Woś - ur. 1982, student prawa i stosunków międzynarodowych na
Uniwersytecie Warszawskim, współpracuje z Fundacją im. Roberta Schumana