henry.morgenthau_jr.jr
10.01.05, 23:36
roztocze.net/newsroom.php/13190
Najgorsze było to odrywanie dzieci od rodziców i rozdzielanie ich. Gdy któraś
matka nie chciała wypuścić z rąk swojego dziecka, była bita - Józef Węcławik
ze Skierbieszowa zawiesza głos. Pamięcią wraca do obozu w Zamościu, w którym
hitlerowcy oddzielili go od matki i wraz z innymi dziećmi wysłali bydlęcym
wagonem w głąb kraju. Trafił do Żelechowa. W grudniu minie 60 lat.
Tragedia dzieci Zamojszczyzny zaczęła się 27 listopada 1942 r. o świcie. -
Wcześniej, wiosną, Niemcy robili spis ludności - wspomina Jadwiga Kropornicka
z Sadów. Miała wtedy 10 lat. Nie wiedziała, że już wtedy Niemcy segregowali
mieszkańców, decydując jaki dalszy los ich spotka: kogo do obozu zagłady,
kogo do Berlina, a kogo na służbę u niemieckich osadników. Listopadową nocą
Niemcy otoczyli wieś Sady, Skierbieszów i Zawodę.
Kolbami w drzwi
- Było jeszcze ciemno. Ojciec wyszedł na dwór, wraca i mówi, że coś
niedobrego się dzieje, bo jesteśmy otoczeni przez Niemców. Matka zaczęła nas
ubierać. Posłyszeliśmy, jak podjeżdżają furmanki. Niemcy stukali kolbami w
drzwi i kazali wychodzić. Matka chwyciła obraz Matki Boskiej i pierzynę. To
wszystko, co zdążyliśmy zabrać. Padał śnieg z deszczem. Upychali nas na
furmanki i polnymi drogami, przez Huszczkę, powieźli do Zamościa. Tą drogą
wieźli w tym czasie swoich osadników na nasze gospodarstwa - wspomina Aniela
Petz ze Skierbieszowa. Kiedy furmanki z Sadów jechały przez Skierbieszów, na
placu szkolnym tłoczyli się kolejni wysiedleńcy.
Furmanką do obozu
Nazajutrz wieczorem wszyscy dotarli do obozu w Zamościu. - Obóz był w miejscu
dzisiejszej "budowlanki” - opowiada Jadwiga Kropornicka z Sadów. - Wcześniej
był to obóz jeńców sowieckich. Została po nich starta słoma i wszy. Nas tam
wyładowali. Na drugi dzień zrobili apel i podzielili wszystkich według
przeznaczenia. Moich rodziców zabrali do "czternastki”. Byli przeznaczeni do
Niemiec. Ja sama zostałam... (pani Jadwiga nie może powstrzymać łez, kiedy
wspomina tamten dzień).
Rozpacz i śmierć
Potem była rozpacz i śmierć. Dzieci, zwożone z całej Zamojszczyzny,
umierały. - Furman obozowy, Czarnecki zbierał zmarłych jak śmieci i wywoził
na cmentarz w Zamościu - opowiada kobieta. Wkrótce, wraz z innymi dziećmi,
trafiła do wagonu na stacji wojskowej w Zamościu. Dostali tam chleb ze słodką
marmoladą, ale nic do picia. - Padaliśmy z pragnienia - opowiada
Kropornicka. - W ubikacji wagonu szyby były zamarznięte, więc lizałyśmy z
koleżanką ten lód, żeby ugasić pragnienie. Nasz wagon trafił po kilku dniach
do Pilawy. Umieścili nas w szkole. Ludzie przynieśli nam kawy do picia i
jedzenie. Następnego dnia rozwieźli nas furmankami do gospodarzy.
Trudne powroty
Część dzieci wróciła na Zamojszczyznę już w 1943 r. Ze świerzbem, czyrakami,
dyzenterią i wszami. Część odnaleźli krewni. Zofia Kubina została w Pilawie
do końca wojny. - Chodziliśmy tam żebrać. Ludzie dali czasem kartofla. Sami
byli biedni. Ja zachorowałam na nerki. Byłam cała spuchnięta. Zaopiekowała
się mną miejscowa położna. Woskowa się nazywała. Ona uratowała mnie od
śmierci - wspomina kobieta. - Pod Warszawą ludzie nas wykupili z wagonu i
pozabierali do domów - opowiada swoją historię Adela Mazurkiewicz z
Zawody.Zebrali się wczoraj w domu Anieli Petzowej w Skierbieszowie, by
opowiedzieć nam swoje losy: tułaczkę dzieci przeznaczonych na zagładę.
Większość ich bliskich zginęła w obozach koncentracyjnych. Oni przeżyli, by
zapisać karty historii. W sobotę ich imieniem nazwano Gimnazjum w
Skierbieszowie. Szkołę zbudowano na placu, na którym 27 listopada 1942 r.
spędzono wysiedlaną ludność.
Bye !
Against fascism !
HENRY MORGENTHAU jr. jr.